Czytasz teraz
Fukaj: „To może być pierwsza płyta, z której po czasie nadal będę dumny”  
Muzyka

Fukaj: „To może być pierwsza płyta, z której po czasie nadal będę dumny”  

Fukaj

Wypełniony duetami ze znakomitymi gośćmi: Vito Bambino, Zalią czy Kasią Lins. Nagrany w tym samym studiu, które przed laty gościło tuzy rocka pokroju Oasis, The Stone Roses i The Verve.  Stworzony bez kompromisów i na najwyższym artystycznym poziomie. Taki jest album Znajdź mnie w tym, z którego autorem porozmawialiśmy chwilę po premierze i tuż przed trasą koncertową.

fot. Miko Marczuk / SBM Label / materiały prasowe 

Stanisław Bryś, Going. MORE: Rozmawiamy świeżo po premierze płyty. Jakie towarzyszą ci emocje? 

Fukaj: Jest dobrze. Czuję dużą ulgę i radość, bo widzę, że bardzo przyjęła się wśród moich fanów. Cieszy mnie to, bo sam jestem ogromnym fanem tej płyty i uważam, że jest najlepsza, jaką zrobiłem w całym swoim życiu.

Tworząc ją, podjąłeś ryzyko? 

Fukaj: Szczerze mówiąc, nie. Wiem, o co ci chodzi, ale czułem, że to, co robię, jest po prostu dobre i w zgodzie ze mną. Że to moja droga, której szukałem chyba przez całe życie. Odnosząc się do tytułu albumu, w końcu ją znalazłem. 

W którym momencie wkroczyłeś na tę drogę? 

Fukaj: Wszystko zmieniło się w grudniu 2024 roku, gdy pojechaliśmy do Sawmills Studios – studia nagraniowego na zachodzie Anglii, gdzie można dopłynąć tylko łódką. To taki stary tartak w środku lasu. Tworzyli tam Oasis, The Verve, The Stone Roses i dużo innych legendarnych brytyjskich zespołów. Zabrał się z nami gitarzysta, który w zamyśle miał dogrywać partie do rapowych kawałków. Skończyło się tak, że robiliśmy razem numery w stylu I nie puszcza lub Baba z wozu, koniom lżej, a on stał się nieodłączną częścią naszego zespołu.

Fukaj
Fukaj / fot. Miko Marczuk

Od początku miałeś upatrzone Sawmills Studios? 

Fukaj: Tak, tuż po tym, gdy obejrzałem dokument o Oasis. Panowie powiedzieli w nim, że nagrywali tam pierwszą płytę Definitely Maybe. Sprawdziłem w Internecie, że studio nadal istnieje i można je wynająć. Stwierdziłem, że muszę tam jechać i po prostu to zrobić. Raczej się nie stresowałem, towarzyszyła mi raczej ekscytacja. 

Jakich zespołów gitarowych słuchasz poza Oasis? 

Fukaj: Na pewno Radiohead. Ze starszych: Pink Floyd, The Smith, King Crimson, Pulp, z nowszych: Arctic Monkeys i The Strokes. Jako fanowi Oasis pewnie nie przystoi mi to mówić, ale bardzo lubię też Blur. Odkąd 3-4 lata temu postanowiłem, że będę co roku przesłuchiwać nowe albumy, sporo tego przerobiłem. Jakoś wyrobiłem już swoje gusta. 

Wszystkie wskazane przez ciebie grupy orbitują wokół rocka. 

Fukaj: Tak, ale nie chcę być zaszufladkowany. Udzielając poprzednich wywiadów, myślałem, że będę robić tylko rockową muzykę, ale tak naprawdę chcę nagrywać muzykę wszelkiej maści. Jednego razu najdzie mnie ochota na rapową zwrotkę, potem zrobię rockową, a jak mi odbije, to zacznę grać jazz i ćwiczyć na perkusji. 

Nie da się jednak ukryć, że na Znajdź mnie w tym wpuściłeś więcej rocka niż kiedykolwiek wcześniej. Co przyciąga cię do tej estetyki? 

Fukaj: Poza tym, że słucham takiej muzyki, poczułem, że daje mi dużo większą radość i wolność. Bardziej się w niej spełniam. Czuję, że dzięki niej mogę więcej przekazać i tekstowo, i muzycznie. 

Fukaj – Pełnia

Jak postrzegasz tę płytę na tle pozostałych? 

Fukaj: Na pewno jest najbardziej dopracowana miksowo, aranżacyjnie, produkcyjnie i tekstowo. Wszystko jest na najlepszym poziomie, jaki byliśmy w stanie osiągnąć. Na tę chwilę nie widzę w niej nic, co mógłbym poprawić: jest dokładnie taka, jaka miała być. Dostrzegam u siebie ogromny progres, nawet w takich prostych rzeczach: lepiej śpiewam i piszę teksty, mam większe flow i czuję, że mogę więcej niż 2-3 lata temu. Myślę, że to może być pierwsza płyta, z której po czasie nadal będę dumny.

Różnicą dostrzegalną już na samej trackliście jest obecność gości spoza rapowego świata. Nagrywałeś z Vito Bambino, Kasią Lins, Livką, Zalią i braćmi Kacperczyk. Dlaczego akurat z nimi? 

Fukaj: Dobieram takich gości, którymi prywatnie jaram się jako słuchacz. Gdy powstaje numer, do którego mogliby moim zdaniem pasować, po prostu się do nich odzywam. W tym przypadku akurat wszyscy byli chętni, więc nie mieliśmy żadnego problemu z featuringami. Piosenki z jednym wyjątkiem nagrywaliśmy razem w studiu. Tylko Znajdź mnie w tym, numer z Kasią Lins, zrobiliśmy korespondencyjnie. Widziałem ją po raz pierwszy w życiu dzień przed premierą albumu. Okazała się czarującą osobą. Ma własny, mocno wyrobiony styl. Jest bardzo jakaś. 

Z Zalią, współautorką Wszystko znika przy tobie, spotkaliście się jeszcze wcześniej przy okazji Red Bull Track Takeover. 

Fukaj: Poznałem ją 4 albo 5 lat temu, ale tylko się przywitaliśmy. Od tamtej pory nie widzieliśmy się aż do momentu projektu z Red Bullem. Tuż przed nim odbywała sesję w studiu z moimi producentami. Wpadłem tam, bo akurat byłem w okolicy, a poza tym wiedziałem, że będziemy razem działać. Zapytałem się przy okazji, czy nie chciałaby zrobić czegoś na moją płytę. Znów minęło trochę czasu, bo Zalia ma bardzo napięty kalendarz. Początkowo miała dograć się do zupełnie innego kawałka, ale finalnie stanęło na tym, że zrobiliśmy Wszystko znika przy tobie. 

Fukaj ft. Zalia – Wszystko znika przy tobie

Jak powstawały teksty do tych duetów? 

Fukaj: Różnie. W przypadku Zabiorę Cię tam z Vito napisaliśmy osobno swoje zwrotki, a refren jest wspólny. Z Kacperczykami całość zrobiliśmy razem. Tekst Pierwszego razu, gdzie śpiewa Livka, napisałem sam, a Zalia we Wszystko znika przy tobie zajęła się swoją zwrotką. No i jest jeszcze Kasia, z którą pracowaliśmy zdalnie. 

Pytam o to, bo mam wrażenie, że poza warstwą muzyczną Znajdź mnie w tym wyróżnia się na poziomie lirycznym. Nie sądzisz, że to twoja najbardziej osobista płyta? 

Fukaj: Zdecydowanie. Upchnąłem na niej najwięcej emocji, sam nawet nie wiem, dlaczego. Chyba poczułem, że w końcu mam jak to zrobić i dysponuję umiejętnościami, żeby to dobrze wyszło. Naprawdę bez głębszego powodu ta płyta stała się tak osobista. 

Jaki moment w swoim życiu w niej dokumentujesz? 

Fukaj: Właściwie to rok: rozpoczęliśmy pod koniec 2024 roku, a skończyliśmy w grudniu 2025. Tracklista, chyba nawet nieświadomie, jest mniej więcej ułożona zgodnie z chronologią powstawania numerów. Gdy słucham tej płyty, widzę przed oczami cały ten okres. Wiem, w jakich etapach życia byłem, i przypominam sobie konkretne momenty: i te lepsze, i gorsze. 

Fukaj / fot. Miko Marczuk

Jak pracujesz teraz nad tekstami? Starasz się napisać coś za jednym zamachem czy raczej dawkujesz słowa? 

Fukaj: Raczej to pierwsze. Mam wrażenie, że wtedy najlepiej chwyta się emocje w danym momencie. Muszę czuć coś konkretnego, ale kiedy to się stanie, staram się skończyć na jednym posiedzeniu. Nie umiem tego dobrze opisać, ale gdy nadchodzi taka chwila, wiem, że powstanie coś dobrego. Często jest tak, że przychodzi mi do głowy konkretny wers, a potem samo leci. Tak było z numerem z Vito.

Na pewno sprzyja w tym przewietrzony, otwarty umysł. Na głowie mam wtedy antenkę wystawioną na zbieranie inspiracji.

Czujesz, że odsłaniasz się swoimi przemyśleniami przed słuchaczami? Towarzyszy temu jakiś niepokój?

Fukaj: W sumie nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Od zawsze przelewałem swoje emocje na papier, bo to zawsze działało na mnie terapeutycznie. To, co się potem z tym działo, nigdy specjalnie mnie nie obchodziło. Dla mnie najważniejsze, by gotowy numer był fajny i podobał się mnie samemu. 

Fukaj ft. Kasia Lins – Znajdź mnie w tym

Na Znajdź mnie w tym zawarłeś też dwa krótkie interludia: Limbo #01 i Limbo #02. Od początku zakładałeś ich obecność? 

Fukaj: Niekoniecznie. Dopiero potem stwierdziliśmy, że cały album – z wyłączeniem Dziękuję i Proszę powiedz mi, które celowo zrobiliśmy w bardziej harsh stylu – bazował na płynnym przechodzeniu z numeru na numer. Poza tym chcieliśmy nimi podprowadzić narrację, którą budują głosówki. 

Ale w videocaście Próba Mikrofonu odżegnałeś się od tego, żeby nazywać krążek koncepcyjnym. 

Fukaj: Tak, bo czuję, że w takich albumach trzeba jeszcze bardziej stawiać na koncepcję. Udało nam się jednak uchwycić historię, która kryje się nawet w tych nieuświadomionych emocjach. Czy i jak zauważa ją słuchacz, zostawiam już jemu samemu. Jaki jest koń, każdy widzi. Najważniejsze, że ja to dostrzegam i jestem z tego dumny. 

A co z okładką? Czy za tą dość charakterystyczną czerwienią kryje się coś więcej? 

Fukaj: Ten kolor towarzyszył mi przez całe życie i od zawsze mi się podobał. Zwróciłem uwagę, że każda moja poprzednia płyta miała jakiś element w tej barwie i stwierdziłem, że pora jeszcze bardziej ją uwydatnić. Mam wrażenie, że jakoś po prostu oddaje, kim jestem. Nie kryją się za nią żadne metafory władzy albo złości. Nie jestem też wkręcony w żadne energie albo kryształy (śmiech). 

okładka albumu Znajdź mnie w tym Fukaja / fot. Miko Marczuk

Płyta płytą, ale za chwilę ruszasz też na koncerty. 

Fukaj: Przede wszystkim nie mogę się ich doczekać. Aż nieświadomie spojrzałem na zegarek, gdy to powiedziałem, bo naprawdę odliczam dni. Bardzo długo przygotowujemy się do tych koncertów. Wiem już, jak to wszystko brzmi, i czekam, aż usłyszą to inni ludzie. Sam, gdy jestem na próbach i widzę grających chłopaków, czuję się, jakbym był na koncercie mojego ulubionego zespołu. O, i jeszcze może warto podkreślić, że zobaczycie miotacz ognia z gitary. 

To bezpieczne? 

Fukaj: Mam taką nadzieję! (śmiech) To mój autorski pomysł. Naprawdę nie mogę się tego doczekać. To będą najlepsze koncerty, jakie zagram w życiu.

Z kim zobaczymy cię na scenie? 

Fukaj: Poza mną będzie gitarzysta Maki, perkusista Benjur, basista Woju i charlie moncler na klawiszach. Działamy razem od lipca zeszłego roku. Występuje mi się z nimi dużo lepiej niż z DJ-em, bo wspólna radość, brzmienie i końcowy rezultat tych koncertów są sto razy lepsze. Odczuwam to na własnej skórze i jestem dumny z tego, jak to wygląda. Mam wrażenie, jakbym dopiero teraz zaczął faktycznie grać. Wszystko przedtem to były koncertopodobne rzeczy. Oczywiście, musiała zmienić się sama muzyka, bo wcześniej taki format nie miałby większego sensu. Dziś, z drugiej strony, puszczanie gitary przez DJ-a, na przykład w Baba z wozu koniom lżej, brzmiałoby po prostu karykaturalnie. 

Rozumiem, że z chłopakami udało ci się znaleźć dobre flow? 

Fukaj: Totalnie, nie wyobrażam sobie teraz czegoś innego. Czuję się, jakbyśmy grali całe życie, chociaż robimy to dopiero od pół roku. Chłopaki są teraz najbliższymi mi osobami w życiu, jest między nami niesamowita chemia. Poza charliem, którego znam już od liceum, poznałem wszystkich przez Makiego, który pojechał wtedy z nami do Sawmills Studio. 

Zobacz również
koncerty muzyki filmowej

Jesteśmy naprawdę taką małą rodzinką. To nie zespół złożony z sesyjniaków, w którym mówimy sobie cześć i ruszamy w drogę w słuchawkach. Raczej jest tak, jakbyśmy jechali na zieloną szkołę i wszyscy siedzieli z tyłu autokaru.

Proces ich doboru różnił się od selekcji gości na płytę? 

Fukaj: W umiejętności chłopaków w ogóle nie wątpię, ale gdybyśmy się nie lubili, granie i koncertowanie byłoby znacznie trudniejsze. Więc przede wszystkim trzeba się dobrze dogadywać prywatnie. Jeśli zaś chodzi o featy, przykład Kasi Lins, której wcześniej nie znałem – choć teraz już się kumplujemy – pokazuje, że czasami wystarczy sama muzyka. 

Zaczęliśmy od podejmowania ryzyka i na sam koniec chciałbym do niego wrócić. Chodziło mi o to, że niewielu artystów łączyło dotąd rock z rapem. Czujesz, że przecierasz szlaki na tym polu? 

Fukaj: Wiesz, zawsze chciałem coś takiego zrobić. Bycie pionierem to mocna rzecz, bo w końcu takie miano może uzyskać tylko jedna osoba. Nie rozpatrywałem jednak tej płyty w tym kontekście. Po prostu miałem nadzieję, że zrobię coś najlepiej, jak mogę, i bardzo będzie mi się to podobać. Ale fakt, na polskiej scenie rzeczywiście nie ma wiele takich projektów. Mam wrażenie, że powoli zaczynają wracać i że w dobie muzyki robionej hurtowo i w dobie AI instrumenty będą z powrotem docenione.









 

Copyright © Going. 2024 • Wszelkie prawa zastrzeżone

Do góry strony