Nowe głosy klasyki. Tłumaczenie jako akt odwagi i odpowiedzialności
Szefowa działu kreatywnego Going. Pisze i rozmawia o książkach, feminizmie…
Anna Bańkowska tłumaczy Wichrowe Wzgórza a Dorota Konowrocka-Sawa Dumę i uprzedzenie. Co dają nam przekłady klasyków, odczytane na nowo i przepuszczone przez współczesną wrażliwość?
Spis treści
Dla obu tłumaczek nie były to pierwsze spotkania z klasykami. Dorota Konowrocka-Sawa i Anna Bańkowska mają na swoich kontach przekłady innych ikonicznych powieści. Postanowiliśmy zapytać je, czy praca z takimi tekstami to bardziej rekonstrukcja, czy raczej negocjacje między wiernością a interpretacją.
Między rynkiem a potrzebą nowego odczytania
Skąd potrzeba odświeżania tłumaczeń? Dorota Konowrocka-Sawa zaczyna od brutalnie pragmatycznej diagnozy: uzasadnienia należy szukać raczej w prawach rynku. Nowe przekłady pojawiają się, bo wydawnictwa nie mogą korzystać z istniejących licencji – ale to tylko początek historii. Jak zauważa tłumaczka, dawne przekłady bywają urocze w swej archaiczności, ale na koniec dnia często trącą myszką i stwarzają niepotrzebne przeszkody w lekturze. Nowe tłumaczenie staje się więc czymś więcej niż alternatywą – jest próbą odświeżenia relacji czytelnika z tekstem.
Podobnie widzi to Anna Bańkowska, choć akcentuje inne aspekty. Każdy kolejny tłumacz inaczej odczytuje tekst i podkreśla inne jego cechy – mówi, wskazując choćby na humor i kolokwializmy, które w dawnych przekładach bywają wygładzane. Jej praktyka polega na ich przywracaniu, nawet jeśli – jak przyznaje – bywa to krytykowane.
Bańkowska zwraca też uwagę na coś bardziej fundamentalnego: dawne tłumaczenia nie zawsze są kompletne. Zdarzają się pominięte zdania, a nawet całe rozdziały – podkreśla. Nowy przekład bywa więc nie tyle reinterpretacją, ile przywróceniem tekstu w pełniejszym kształcie.

Czytać innych, żeby pisać własnym głosem
Obie tłumaczki sięgają do wcześniejszych przekładów – ale robią to na własnych zasadach.
Dorota Konowrocka-Sawa wypracowała system niemal rytualny. – Czytam […] parę stron, żeby sprawdzić, jak wysoko zawieszona jest poprzeczka, ale nie więcej niż dziesięć, żeby nie zarazić się stylem i rozwiązaniami innego tłumacza – zdradza. To świadome odcinanie się od wpływu, które ma chronić autonomię języka. Dopiero po zakończeniu pracy wraca do wcześniejszych wersji, by skonfrontować wątpliwości.
Jednocześnie nie ukrywa, jak silnie oddziałują na nią mistrzowskie przekłady. – Świadomość, że istnieją takie tłumaczenia, zmusza mnie do tego, aby w swój przekład włożyć więcej pracy – mówi. Co więcej, śmiałość poszczególnych decyzji translatorskich traktuje jako przyzwolenie na odejście od dosłowności we własnej pracy.
Anna Bańkowska działa odwrotnie – stale zagląda do innych tłumaczeń. – Po pierwsze z ciekawości, poza tym pomaga mi to czasem w zrozumieniu tekstu – mówi. Ale jest też drugi powód, bardziej praktyczny: Muszę pilnować się, żeby nie posądzono mnie o plagiat. Już nieraz zdarzało mi się rezygnować z jakiegoś rozwiązania, bo inny tłumacz wpadł na taki sam pomysł! – zdradza.
Wierność, która zawsze jest interpretacją
Najciekawsze napięcie pojawia się tam, gdzie tłumaczki próbują odpowiedzieć na pytanie o granice wierności.
Konowrocka-Sawa podważa samą możliwość jednoznacznej odpowiedzi. – Każdy komunikat jest interpretacją – podkreśla. I rozwija tę myśl w sugestywny model: tłumaczenie to wydłużony łańcuch znaczeń – od intencji autora, przez jego zapis, rozumienie tłumacza, aż po efekt końcowy u czytelnika. – Na każdym z tych etapów dochodzi do rozmaitych przesunięć i przekłamań – podsumowuje.
Jej definicja pracy tłumacza jest niemal obrazowa: autor podaje mi słowa – ja widzę oczyma duszy jakąś scenę – oddaję ją własnymi słowami. Ten etap widzenia jest kluczowy – i nieunikniony. Bo, jak dodaje Konowrocka-Sawa, każdemu odmaluje się coś trochę innego.
Anna Bańkowska jest bardziej ostrożna wobec interpretacji – wręcz podejrzliwa. Przywołuje przykład błędnego tłumaczenia zdania There was a wash under the cliffs jako Baby prały bieliznę pod klifami, ironicznie podkreślając absurd sytuacji: W morzu, w słonej wodzie ją prały!. To dla niej przestroga: interpretacja może prowadzić na manowce. Jednak i ona przyznaje, że bez wyobrażenia sceny nie ma tłumaczenia. – Zawsze staram się „zobaczyć” scenę, którą tłumaczę i opisać ją w sposób zrozumiały dla czytelnika. Nie każda przenośnia użyta przez anglojęzycznego autora jest oczywista dla Polaka i czasem trzeba poszukać innej albo nawet z niej zrezygnować – mówi. Różnica polega więc nie na samym akcie interpretacji, lecz na stopniu zaufania do niego.

Emocje, które zostają w języku
Choć tłumaczenie wydaje się zajęciem intelektualnym, obie rozmówczynie mówią o jego wymiarze emocjonalnym. Dorota Konowrocka-Sawa z dystansem podchodzi do romantycznych napięć Austen. – Trudno umrzeć z niepokoju, że rodzinę Bennetów czeka całkowita ruina i towarzyski upadek, skoro zna się tę historię na wylot i wiadomo, że wszystko dobrze się skończy i nawet Lydia z Wickhamem ułożą sobie w tym układzie jakąś znośną egzystencję – zwierza się. Tłumaczaka wskazuje jednak na inne źródło emocji: niesprawiedliwość wobec Jane. – Lizzy jest bardziej przenikliwa niż Jane, Charlotte bardziej pragmatyczna, Lydia sama bywa podła – każda z nich lepiej niż Jane zniosłaby nikczemność i obłudę. Jane jest najbardziej bezbronna, więc budzi największe współczucie – wspomina.
Anna Bańkowska przeciwnie – zanurza się w mroku. Wskazuje sceny z Wichrowych Wzgórz, które były dla niej najtrudniejsze emocjonalnie: okrucieństwo Heathcliffa wobec psa Isabeli oraz jego makabryczne wyznanie nad grobem Catherine. Wskazane fragmenty – pełne obsesji, tęsknoty i szaleństwa – pokazują, jak daleko może sięgać zaangażowanie tłumacza w przekład. To nie przypadek, że właśnie te sceny wróciły także przy pytaniu o najtrudniejsze fragmenty do przełożenia.
Język: między XIX wiekiem a współczesnością
Obie tłumaczki balansują między historycznym tonem a współczesną czytelnością.
Dorota Konowrocka-Sawa precyzuje: Z pewnością nikt nie mówi w tej książce „siema” i „nara”. Nie jest to również Orzeszkowa, bardziej Prus, choć z uwspółcześnioną ortografią, składnią i interpunkcją. Tłumaczka podkreśla, że starała się dobrać styl i rejestr w taki sposób, by nikt nie miał wątpliwości, że jesteśmy w początkach XIX wieku w angielskich (względnie) wyższych sferach. Jednocześnie nie chciała stwarzać czytelnikowi sztucznych przeszkód w odbiorze tekstu.
Tymczasem Anna Bańkowska deklaruje większą powściągliwość: W ogóle starałam się unikać zbyt współczesnych wyrażeń. Cały czas miałem w pamięci, że to powieść z I połowy XIX wieku. Zresztą redaktorka też nad tym czuwała. Jednocześnie tłumaczka Wichrowych Wzgórz musiała zmierzyć się z problemami bardziej strukturalnymi. Chodzi na przykład o język Josepha. Zapytana o decyzje, podjęte wobec tej postaci, odpowiada: Nie wyobrażam sobie Brytyjczyka mówiącego gwarą polskiego górala spod samiuśkich Tater (jak w przekładzie Grzesika). Ale nie mógł też mówić normalnym językiem, jak u Sujkowskiej, to byłoby sprzeczne z wolą autorki. Dlatego po namyśle zdecydowałam się na „eklektyczną” stylizację.
Bohaterowie pod lupą tłumaczek
Tłumaczenie zmienia sposób widzenia postaci – ale nie zawsze w oczywisty sposób.
Dla Doroty Konowrockiej-Sawy pan Darcy pozostaje postacią drugiego planu. Interesuje ją raczej galeria intrygujących postaci i sieć relacji społecznych niż romantyczna oś powieści. Jednocześnie broni Darcy’ego przed współczesnymi oskarżeniami. – Nie uwodzi podstępnie […] i nie doprowadza […] do rozstroju nerwowego – podkreśla autorka przekładu. Widzi w nim raczej człowieka zdolnego do przemiany.
Praca nad Wichrowymi Wzgórzami nie złagodziła obrazu Heathcliffa: – Z jednej strony to człowiek głęboko nieszczęśliwy, a z drugiej właśnie toksyczny, który unieszczęśliwia wszystkich – wspomina pracę nad powieścią Anna Bańkowska. Jej celem nie jest więc rehabilitacja bohatera, lecz właśnie podkreślenie tej niejednoznaczności.
Tłumacz jako ogrodnik
Najbardziej poruszająca jest chyba metafora, którą proponuje Dorota Konowrocka-Sawa: tłumaczenie jako ogród. Redagowanie tekstu to więc przycinanie, odchwaszczanie i przesadzanie słów. To praca cierpliwa, wymagająca, ale też twórcza. W końcu każdy ogród, nawet jeśli oparty na tym samym planie, wygląda inaczej.
W tym sensie nowe przekłady klasyki nie są konkurencją dla starych, lecz ich dopełnieniem. Pokazują, że literatura nie jest martwym kanonem, lecz żywą materią. Zmienia się wraz z czytelnikiem, językiem i wrażliwością tych, którzy ją na nowo opowiadają.
Szefowa działu kreatywnego Going. Pisze i rozmawia o książkach, feminizmie i różnych formach kultury. Prowadzi audycję / podcast Orbita Literacka. Prywatnie psia mama.

