Black Veil Brides wydali album zakorzeniony w zemście. Zimą usłyszymy go na żywo w Polsce
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach…
Grupa dowodzona przez charyzmatycznego Andy’ego Biersacka zaplanowała dwa koncerty we Wrocławiu i Warszawie.
Spis treści

Iść na całość
Black Veil Brides bynajmniej nie grają rocka chrześcijańskiego, ale swoją nazwę zaczerpnęli z ufundowanej na nim religii. Jak tłumaczył były basista grupy, Ashley Purdy, czarne welony noszą zakonnice, które zrezygnowały z tradycyjnie pojmowanego małżeństwa i w całości zawierzają swoje życie Bogu. Artyści porównują się do nich, bo sami też postawili wszystko na jedną kartę. – W zespole rockowym trzeba poświęcić wiele w pogoni za tym, czym się pasjonujesz lub w co wierzysz. Nasza nazwa zawiera też dychotomię tego, co pozytywne i negatywne. Ślub może być najszczęśliwszym momentem w czyimś życiu, a pogrzeb bliskiej osoby – czymś zupełnie innym – mówił muzyk.
Glam na własnych zasadach
Purdy odszedł z zespołu w 2019 roku, niedługo po wydaniu płyty Vale. Pozostali członkowie, w tym charyzmatyczny lider Andy Biersack, z powodzeniem grają za to do dziś, a ich formacja właśnie obchodzi 20-lecie istnienia. W tym czasie panowie pozostali wierni swoim początkowym założeniom. Swobodnie meandrują między gatunkami — od glam metalu, przez heavy metal i hard rock, aż po metalcore — ale cokolwiek wybierają, zgrabnie uzupełniają to przemyślaną warstwą koncepcyjną. Nie mają czasu, by stosować półśrodki, idą na całość.
Wokół Black Veil Brides już na etapie debiutanckiej płyty We Stitch These Wounds (2010) powstała zwarta, oddana społeczność. Sympatia fanów ciężkich brzmień nie dziwi o tyle, że Amerykanie faktycznie mają do zaoferowania coś więcej niż potężne ściany dźwięku. Swoim image’em, pełnym mrocznych makijażów, natapirowanych butów i skórzanych ubrań, podejmują dialog z ejtisowymi klasykami (m.in. Marilynem Mansonem, Kiss czy Metallicą), a zarazem bawią się stylem. W tekstach składają zaś hołd tym, których inni zdążyli odprawić z kwitkiem. — Występujemy w obronie tych w gorszej sytuacji i pozbawionych praw. Wszystko, co dziwne, nietypowe lub wyjątkowe… przyjmujemy to z otwartymi ramionami. Chodzi po prostu o to, by bronić siebie. Baw się dobrze i żyj tak, jak chcesz — mówił Purdy.
Wytrwałość zrodzona z zemsty
Szeroki polski oddział BVB Army (tak oficjalnie nazywa się fandom) ma w tym roku dwa duże powody do zadowolenia. Kilka tygodni temu usłyszał Vindicate — siódmy długogrający album zespołu. To materiał cięższy niż poprzednie krążki, gęsty od gitarowych sprzężeń i teatralnych krzyków Biersacka. Taką zmianę uzasadnia ładunek emocjonalny piosenek. — Album jest głęboko zakorzeniony w uczuciu zemsty i zadośćuczynienia. To emocje, które mogą popychać nas do przodu albo od czegoś odwieść. (…) Każdy utwór zgłębia inną stronę walki z nimi — przekonuje wokalista, wierząc, że ze zmagań z mroczniejszą stroną psychiki można wyjść obronną ręką. Na końcu długiej drogi czekają męstwo i wytrwałość.
Jaka jest zaś druga radosna nowina? Vindicate już wkrótce rozbrzmi na żywo nad Wisłą. Po pięciu latach przerwy grupa wraca do Polski w ramach trasy koncertowej promującej album. Podczas europejskiego tournée odwiedzi warszawską Stodołę (30.01) i wrocławskie A2 (4.02). Wraz z nimi koncertowy 2027 rok rozpocznie się w najlepszym możliwym stylu!
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach „newonce", „NOIZZ", „Czasopisma Ekrany", „Magazynu Kontakt", „Gazety Magnetofonowej" czy „Papaya.Rocks". Mieszka i pracuje w Warszawie.

