Czasem trzeba opuścić gardę. Muzycy GoGo Penguin o wrażliwości, wspólnocie i erze zmian
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach…
Goście specjalni, więcej elektroniki, a przede wszystkim płynąca z różnych stron odwaga do grania po swojemu i zachowania autentyczności — to wszystko znajdziemy na Necessary Fictions, nowym albumie zespołu GoGo Penguin. O premierowym materiale tuż przed polskimi koncertami rozmawiamy z pianistą Chrisem Illingworthem i kontrabasistą Nickiem Blacką.

Stanisław Bryś, Going. MORE: Wspomnieliście, że wasza nowa płyta Necessary Fictions opowiada o zmianie soczewek, przez które patrzyliście na przeszłość. Kiedy zdaliście sobie sprawę z ich istnienia?
Nick Blacka, kontrabasista GoGo Penguin: To nadeszło stopniowo, wraz z wiekiem. Gdy zaczynaliśmy grać, nawet jeszcze przed GoGo Penguin, które istnieje od 14 lat, byliśmy całkiem młodzi. Dzięki doświadczeniu teraz możemy spojrzeć wstecz i spróbować znaleźć swoje autentyczne części, które chcielibyśmy zachować. Bo przypuszczalnie w pewnym momencie udawaliśmy albo podążaliśmy za głównym nurtem.
Często nie ma zbyt wiele czasu, by przemyśleć, co jest dla ciebie prawdziwe, a co zostało wpojone przez oczekiwania innych. Tak jest z muzyką. Przeszliśmy długą drogę i zaczęliśmy włączać do naszych utworów syntezatory i więcej elektroniki. Nie czujemy, że to ogromna zmiana, po prostu dodaliśmy nowe kolory. Być może niektórzy będą nas przez to postrzegać za trio klawiszowe, ale staramy się tym nie przejmować. Po prostu chcemy, by cały czas odpowiadał nam nasz styl, nawet jeśli będzie to oznaczać głębszą refleksję albo zakwestionowanie rzeczy, w które zawsze wierzyliśmy.

Skąd płynęły zewnętrzne oczekiwania w waszym przypadku?
Chris Illingworth, pianista GoGo Penguin: Nie było tak, że wytwórnia wywierała na nas ogromną presję, nawet jeśli za wsparciem, które udzielali, szły konkretne oczekiwania. Nie czuliśmy ich też ze strony fanów. Wręcz przeciwnie: mamy ogromne szczęście, że jedziemy na drugi koniec świata, a tam czeka publiczność, która zna naszą muzykę i chce jej słuchać. Ale z drugiej strony od czasu słyszymy zaskoczenie, że pojawiają się u nas elektroniczne elementy. Kiedy jesteś młodszy i mniej doświadczony i trudniej zmagać ci się z rzeczami, które podsuwa los, łatwiej było się tym przejąć.
Czasem dochodzisz do momentu, w którym kwestionujesz nowe pomysły i zastanawiasz się nad tym, czy w ogóle możesz je wdrożyć. Z tyłu głowy towarzyszą ci negatywne głosy i to trudne, by je zignorować. Jestem pewien, że prawie każdy artysta przechodzi przez coś podobnego na pewnym etapie swojej kariery. Niestety, niektórzy nigdy z tego nie wychodzą, ale nam udało się z tym uporać. W ciągu ostatnich kilku lat mocno zastanawialiśmy się nad tym, co właściwie chcemy powiedzieć. Mam nadzieję, że właśnie to ekscytuje ludzi, a nie stworzenie czegoś, co arbitralnie, w naszym mniemaniu, mogłoby być dla nich interesujące. Nie sądzę, że wiele osób naprawdę poczułoby taką muzykę.
Zmiana na Necessary Fictions nie dotyczy tylko zwrotu w kierunku elektroniki, ale też udziału gości. Od początku zakładaliście ich obecność?
Chris: To wyszło bardzo naturalnie i nie dyskutowaliśmy o tym zbyt wiele. Znamy Daudiego Matsiko od dawna, chyba jakoś od 10 lat. Bardzo się z nim zaprzyjaźniliśmy. Ruszyliśmy razem w trasę, więc siłą rzeczy słyszeliśmy jego muzykę — naprawdę piękną i przejmującą. Któregoś razu stwierdziliśmy, że fajnie byłoby nagrać razem utwór, ale wszyscy byliśmy zajęci.
Później wróciliśmy do pomysłu już podczas pisania Forgive the Damages. Wiedzieliśmy, że w tej muzyce kryje się coś wyjątkowego. Czuliśmy się z nią dobrze, ale wiedzieliśmy, że wciąż jest w niej przestrzeń, w którą warto byłoby wpisać coś naprawdę ważnego. Próbowaliśmy różnych rzeczy. Nick wpadł na pomysł, by zarejestrować trochę dźwięków z otoczenia i połączyć je z nagraniami członków naszych rodzin oraz zapisów innych istotnych sytuacji. Potem myśleliśmy o spoken word albo o ludziach piszących poezję. Spotkaliśmy się z kilkoma osobami, ale wciąż to nie było to.
Rozumiem, że to wtedy niczym rycerz na białym koniu pojawił się Daudi.
Chris: Nick się z nim spotkał. Nadrobili towarzyskie zaległości, wypili kilka piw i porozmawiali o pomysłach na cały album. Daudi napisał tekst do tego konkretnego utworu i wszystko jakoś się potoczyło. Właśnie do takiego trybu pracy staramy się dążyć. To nie znaczy, że rzeczy są łatwe, bo wymagają dużo wysiłku, prób i radzenia sobie z licznymi wyzwaniami. Trzeba umieć rozpoznać, kiedy wszystko wydaje się być takie, jak powinno, wykorzystać tę okazję i puścić się pędem.
Tak samo było w przypadku Luminous Giants i State of Flux, do których zaprosiliście skrzypaczkę Rakhi Singh i jej orkiestrę Manchester Collective?
Chris: Jeśli chodzi o State of Flux, zapisałem wcześniej kilka pomysłów z syntezatorowymi smyczkami, ale brzmiały dość tanio, w stylu lat 90., trochę jak daleki wujek Underworld. Było w tym coś charakterystycznego, ale pomyśleliśmy: „Znamy Rakhi, wiemy, że ma zespół. Może praca z nimi byłaby świetną zabawą?”. Gdy tylko się z nią spotkaliśmy, wszystko znów poszło naturalnie. Łatwo nawiązaliśmy muzyczną relację i rozważaliśmy pomysły.
Później sięgnęliśmy po szkice do Luminous Giants, które Rakhi uzupełniła improwizowanymi partiami na skrzypcach. Niektóre się sprawdziły, inne nie, ale mogliśmy użyć tych pierwszych i wykorzystać je w kreatywny sposób, z którego razem byliśmy zadowoleni. Wiem, że ciągle się powtarzam, ale w muzyce chodzi o to, żeby wszystko brzmiało naturalnie, a nie sztucznie.
Daudi znów ruszy z wami w trasę koncertową. Co najbardziej urzeka was w jego twórczości?
Nick: Bardzo otwarcie mówi o zmaganiach ze zdrowiem psychicznym. Nie jest żadną tajemnicą, że cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. Miał epizody psychotyczne i załamania nerwowe, było mu naprawdę ciężko. Niewiele osób potrafi się do tego przyznać, bo raczej dominuje przekonanie, że trzeba być cool lub to skutecznie udawać. On po prostu mówi: „Oto, kim jestem. To mi się przydarzyło i naprawdę potrzebuję pomocy. Tak zmagam się z życiem” i tworzy z tego piękną muzykę.
Zabawne, że gdy porozmawiasz z nim na żywo, pomyślisz coś zupełnie odwrotnego. Na pierwszy rzut oka jest przyjazny i pozytywny, cały czas się śmieje. Ale jako artysta ma w sobie coś prawdziwego i autentycznego.

Jak w procesie twórczym nauczyć się tak odsłaniać?
Nick: Wrażliwość zawsze będzie dla mnie zaletą, chociaż ludzie jej tak nie postrzegają, a artystom bywa z nią ciężko. Weźmy choćby przykład pokazania osobistego pomysłu swojemu zespołowi. Koledzy powiedzą, że nie jest zbyt dobry, a to uruchomi w tobie różne wątpliwości. Ale zaakceptowanie tego stanu rzeczy jest piękną częścią procesu twórczego. Mam nadzieję, że pozostanie przeciwwagą dla sztucznej inteligencji, która umie tylko naśladować coś istniejącego. Nie potrafi przekazać własnych emocji. Niemniej jednak wciąż jest dość przerażająca, biorąc pod uwagę obecny kierunek rozwoju. Trudno przewidzieć, jak zmieni świat muzyki, ale i bardziej fundamentalnych rzeczy, na przykład bezpieczeństwa.
Chris: Dodam jeszcze, że ta wrażliwość działa w dwie strony. W rozmowach, które prowadzimy z fanami, uwielbiamy to, że możemy usłyszeć, jakie emocje żywią względem naszej muzyki. Każda wypowiedź jest inna i naprawdę wyjątkowa.
W GoGo Penguin zachowujemy podobną niejednoznaczność. Nie chcemy zdradzać wprost, o czym opowiada konkretny utwór. Zawsze ma jednak swoje źródło: pomysł, koncepcję, coś, czego doświadczyliśmy lub o czym myślimy. Później łapiemy towarzyszące temu emocje, sprowadzamy je do postaci muzyki i liczymy na to, że ktoś inny na nią zareaguje.
Wychodzimy na scenę i staramy się być naprawdę otwarci w tym, jak wyrażamy siebie. Opuszczamy gardę i mówimy: „Oto, co stworzyliśmy”. Informacja zwrotna od fanów naprawdę wiele dla nas znaczy, choć wcale jej nie oczekujemy. To po prostu piękne, gdy ludzie mogą bezpiecznie czuć się ze swoimi słabościami i powiedzieć: „Pomogliście nam”. Bo też zmagali się z jakimiś trudnościami, kogoś stracili albo za kimś tęsknią. Bycie życzliwym, kochającym i troskliwym, zwłaszcza w świecie, który w wielu aspektach pozostaje agresywny, konkurencyjny i krzywdzący, łączy ludzi. Co najmniej tyle możemy zrobić.

Nick, wspomniałeś, że nie chcecie narzucać interpretacji waszych utworów, ale nie mogę nie zapytać o dwa nawiązania do kultury tajlandzkiej, które ostatnio pojawiły się w waszej muzyce. Skąd się pojawiły?
Nick: Float, o które pewnie pytasz, zostało zainspirowane tajlandzkim świętem Loy Krathong. Podczas niego buduje się tradycyjne konstrukcje z liści bananowca, ze świecami i kadzidłem, które następnie wypuszcza się na rzekę. To forma złożenia hołdu bogom wody i zaadresowanie w ich stronę życzeń — lub wręcz przeciwnie, pozostawienia za sobą niechcianych rzeczy. Całe to wydarzenie, bardzo zresztą piękne, przyszło mi do głowy, gdy pisaliśmy z Chrisem melodię i musiałem dołożyć swoją partię basu.
Tytuł naszego najnowszego utworu, czyli Kai Dao, to z kolei po prostu chrupiące smażone jajko kładzione na wierzch różnych dań. Mieszkałem przez jakiś czas w Tajlandii, mam tam przyjaciół, więc to bardzo bliskie mi miejsce.
Swoją drogą, Kai Dao, które wydaliście już po premierze Necessary Fictions, chyba najlepiej oddaje waszą fascynację elektroniką, o której wspomnieliście. Bylibyście gotowi nagrać cały album w takiej estetyce?
Chris: Mało prawdopodobne, żebyśmy poszli w taką skrajność. Nie sądzę, żebyśmy stali się zespołem stawiającym tylko na elektronikę. Brakowałoby nam instrumentów akustycznych. Nick świetnie to ujął, że teraz po prostu dodajemy nowe kolory do naszej muzyki, ale to nie tak, że mówimy: „OK, w naszej palecie pojawiło się trochę czerwieni, więc pozbywamy się całego błękitu”.
W całej historii GoGo Penguin sięgaliśmy po fortepian, kontrabas i perkusję, bo po prostu na nich graliśmy. Ale od zawsze fascynowały mnie instrumenty elektroniczne, tyle że po prostu są dość drogie. Kiedy byłem dzieckiem, nie mogłem pozwolić sobie na syntezatory. Któregoś dnia rodzice kupili mi Rolanda MC-307 znanego także jako Groovebox. Jest już brudny, stary i mocno zużyty, ale wciąż go mam. Dzięki niemu mogłem tworzyć muzykę w zupełnie inny sposób, niż robiłem to na fortepianie.
Dziś, tak jak mówiłem wcześniej, dojrzeliśmy do tego, by po spróbowaniu czegoś móc stwierdzić: „To nie jest właściwe”, zupełnie odłożyć to na bok albo zachować na inny, lepszy moment. Tak było z utworem z Daudim. Choć uwielbiamy jego samego i muzykę, którą tworzy, początkowo ta współpraca mogła nie zadziałać. Któregoś razu wydała się jednak idealna: poczuliśmy coś, zareagowaliśmy na to w określony sposób i nadaliśmy temu wartość.
Tak właśnie było z Kai Dao. Wcześniej eksperymentowałem z syntezatorem modularnym. Nick przyniósł Grandmother od Mooga, naprawdę świetny instrument. Zabawne wydaje mi się przekonanie, że elektronika jest mniej ważna od gry na pianinie albo pianinie. Z każdego sprzętu, niezależnie od tego, czy to syntezator, komputer albo przypadkowy kawałek drewna lub metalu, można wydobyć niesamowity dźwięk. Niektórzy tworzą piękne rzeczy z przedmiotów, po których zupełnie byś się niczego nie spodziewał.
Chcemy po prostu dobrze się bawić i próbować nowych rzeczy. Sprawdzamy, co działa, a co nie, i w przyszłości będziemy to rozwijać. W tej chwili pochłania nas trasa koncertowa, ale jestem pewien, że w przyszłości w naszym studiu pojawią się syntezatory. Czy ich użyjemy i w jakim stopniu, tego jeszcze nie wiem.
Tajlandzka kultura, goście, elektroniczne instrumenty — to wszystko nowości w GoGo Penguin. Samą okładką płyty Necessary Fictions, na której widnieje modernistyczny Toast Rack, podkreśliliście jednak swoje manchesterskie korzenie. Dlaczego ten budynek okazał się dla was tak ważny?
Nick: To ważny punkt orientacyjny w Manchesterze, mimo że nie cieszy się ogromną popularnością. Znajduje się bardzo blisko mojego domu, zresztą dziś rano biegałem tuż obok niego. Jest ważną częścią mojego życia w tym sensie, że po prostu tam stoi i nawet się nad tym specjalnie nie zastanawiam. Dziś pozostaje opuszczony. Kiedyś rezydowała w nim szkoła gastronomiczna, skąd nazwy Toast Rack i Fried Egg, którą określa się okrągły budynek obok.
Zacząłem robić im zdjęcia. Kiedy przyszło do tworzenia oprawy albumu, chłopaki poprosili mnie o te fotki. Było ich na tyle dużo, że zrozumiałem, że chyba mam małą obsesję na punkcie Toast Rack (śmiech). Ale po prostu uważam, że ten budynek wygląda naprawdę dobrze. Chris trochę poprawił obraz, a później wpisał go w niesamowity projekt z bocznym paskiem. Ta okładka jest naprawdę mocna i jestem dumny, że pojawia się na niej Manchester. To miasto wiele dla nas znaczy i sporo mu zawdzięczamy.

Stąd pewnie też zaproszenie Manchester Collective i Rakhi Singh, prawda?
Chris: Zdecydowanie. Mogliśmy zwrócić się do wielu różnych osób mieszkających zarówno w naszym kraju, jak i zagranicą, zwłaszcza że tak łatwo dziś nagrywać na odległość. Sensowniejsza zdała nam się jednak celebracja kreatywności środowiska muzycznego w Manchesterze. Poza Rakhi Singh znałem jej siostrę jeszcze z czasów, gdy studiowałem w szkole muzycznej. Dobrze było móc spotkać się osobiście i prowadzić twórcze rozmowy, zwłaszcza że z naszym perkusistą, Jonem Scottem, który mieszka w Londynie, często pracujemy zdalnie.
Lubimy wracać z długich podróży, bo w Manchesterze czujemy się jak w domu. Dla osób spoza Anglii to fascynujące miasto, z bogatą historią muzyczną, artystyczną i przemysłową. Dzieje się tu mnóstwo rzeczy, ale wszystkie można objąć rozumem i się nie pogubić. W niektórych metropoliach rzeczy są rozrzucone i oddalone od siebie o wiele kilometrów. Tu wszystko jest dość zwarte, skoncentrowane i wyzwala przez to prawdziwą energię. Zdecydowanie powinieneś odwiedzić Manchester!
Na koniec dopytam o tytuł waszej najnowszej płyty, który w dosłownym tłumaczeniu oznacza niezbędne fikcje. Czy istnieją mity związane z GoGo Penguin?
Nick: Wiesz, raczej staramy się z nimi walczyć. Ale jeśli mielibyśmy cokolwiek wskazać, to chyba przekonanie, że jesteśmy jazzowym zespołem. Cóż, może tak już zostanie (śmiech).
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach „newonce", „NOIZZ", „Czasopisma Ekrany", „Magazynu Kontakt", „Gazety Magnetofonowej" czy „Papaya.Rocks". Mieszka i pracuje w Warszawie.

