Czytasz
Ogień, woda i Kraków. Kobik i Lanek o swoim dawnym albumie

Ogień, woda i Kraków. Kobik i Lanek o swoim dawnym albumie

10 lat temu ukazała się Pierwsza Taka Płyta. Nie wiedzieliście? Spokojnie, nie wy jedni. Dzięki naszym namowom Kobik i Lanek powrócili do czasów, gdy jeszcze raczej nie marzyli, że staną się ważnymi postaciami BOR i SBM Label.

Pomysł na wspólny krążek

Kobik: Zanim odpowiem, muszę w ogóle podziękować za zaproszenie do rozmowy. Nie spodziewałbym się, że po dziesięciu latach ktokolwiek będzie się pochylał nad naszą płytą.

Szczerze mówiąc, sam nawet nie pamiętam, kiedy pojawił się pomysł. Byłem chwilę po wydaniu pierwszego bardzo, ale to bardzo amatorskiego mixtape’u, gdy nasz wspólny kolega poinformował mnie o tym, że na krakowskiej Olszy I, osiedlu, na którym spędzałem wtedy dużo czasu, ziomale zbudowali sobie swoje własne garażowe studio i byłoby fajnie, jakbym w wolnej chwili do niego wpadł. Tak zaczęła się nasza relacja.

Pod szyldem Hayabuza Records nagraliśmy sporo numerów – w różnych kombinacjach, z bliższymi i dalszymi kolegami. Kilka z tych utworów ciągle można znaleźć w serwisie YouTube. W tamtym momencie wiedziałem już, że bardzo chciałbym nagrać swój pierwszy solowy album. Kamil też tak naprawdę dopiero zaczynał produkować, ale i tak jego podkłady były świeższe od większości producentów, których znałem. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy zarówno prywatnie, jak i muzycznie, mimo że wcześniej robił trochę inną muzykę. Kiedyś powiedziałbyś, że bardziej klasyczną, dziś – że truskulową, a ja miałem wielką wizję zrobienia albumu, którego motywem przewodnim będzie oczywiście szeroko pojęty dirty south.

We wspomnianym studiu spędzaliśmy wspólnie naprawdę sporo czasu. Zresztą była tam nie tylko nasza dwójka. Mieliśmy wtedy po 20 lat z hakiem, nie mieliśmy zbyt wielu obowiązków. Niemalże codziennie, kiedy kończyłem pracę, pojawiałem się w garażu, który poza nagraniami służył oczywiście również jako miejsce spotkań lokalnych ziomali.

Lanek: Prawdopodobnie byłem jedynym producentem w gminie, który potrafił w tamtym czasie wyprodukować taką liczbę zróżnicowanych bitów.

Selekcja bitów i rapów

Kobik: Ciężko mi po tylu latach o tym opowiedzieć, bo bardzo dużo się wtedy działo. Kamil non stop produkował, ja spędzałem dużo czasu w studiu, sporo pisałem, miałem dużo pomysłów… Przychodziło to dość naturalnie. W późniejszym etapie przeniosłem jednak nagrania wokali do innego miejsca – przydomowego studia u naszego kolegi, który zajmował się muzyką dancehall. Podjąłem taką decyzję, ponieważ Piotrek miał większą wiedzę, nazwijmy to inżynierską, i bardziej profesjonalne warunki do pracy. Pamiętam też, że część nagrań odbyła się u Klebana, w Studiu Dycha. To on zajął się mixem i masteringiem całości materiału. Nawet nie pamiętam, ile czasu powstawał cały materiał, ale na pewno nigdzie się nam nie spieszyło.

Lanek: Kobik tym zarządzał, przenosząc najświeższe trendy z południa.

Kontakty prywatne

Kobik: Śmiało mogę powiedzieć, że Kamil w tamtym okresie był jednym z moich najlepszych przyjaciół, nawet jeśli ktoś uznałby to za nadużycie. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Choć nie mieliśmy najłatwiejszych charakterów, a więc i ta przyjaźń nigdy nie była łatwa.

Lanek: Piliśmy alkohol i błąkaliśmy się po mieście.

Etap kariery

Kobik: Nie byłem na żadnym etapie kariery. Ciężko było wtedy mówić o jakiejkolwiek karierze. Oczywiście myślałem o tym, że zajebiście by było za kilka lat móc utrzymywać się z muzyki, ale nikt tego nam nie gwarantował. Prawie wszystko robiliśmy sami z ekipą zaangażowanych ziomali: studio, produkcję, okładki, teledyski, ciuchy i podziemne imprezy, na które przychodziło całkiem sporo ludzi. W tamtym czasie pracowałem jeszcze przy układaniu parkietów i innych podłóg drewnianych. Pozdrawiam wszystkich ziomków z firmy.

Lanek: To sam początek, robiłem bity maksymalnie dwa lata. A czym się zajmowałem zawodowo? Niczym. Byłem bezrobotnym hiphopowcem z marzeniami dotyczącymi jakiejkolwiek monetyzacji muzyki.

Podejście ludzi do crunku

Kobik: Delikatnie mówiąc: sceptyczne, z dużym dystansem. Przynajmniej w Krakowie. Nie chodzi mi tutaj wyłącznie o crunk, a raczej o cały zbiór brzmień i wpływów z południa. Mówię o większości osób z rapowych kręgów. Wyjątki typu Last Dance oczywiście tylko potwierdzały tę regułę.

Ludzie nie byli przyzwyczajeni do cykających, plastikowych bitów, nawijania o ciuchach itd. Wszystko traktowali śmiertelnie poważnie. Nie wspominając nawet o rzeczach typu autotune. Jak widać, wcale nie tak dużo czasu musiało minąć, by scena i kierunek przez nią obrany zmieniły się o 180 stopni. Niektórzy oczywiście do dzisiaj nie kumają wielu rzeczy, ale to temat na inną rozmowę.

Lanek: Głównie był wyśmiewany lub słuchany mocno ironicznie.

Zagraniczne inspiracje

Kobik: Nie przypominam sobie, żeby były to jakieś konkretne inspiracje. Nie przeprowadzaliśmy rozmów w stylu: zrobimy taki i taki krążek. To wszytko były wypadkowe, ale na pewno poza No Limit czy Cash Money słuchałem wtedy dużo Atlanty, m.in. Dem Franchize Boyz i Crime Mob, no i jakichś cięższych rzeczy z Houston.

Pokazywałem Kamilowi masę muzyki, którą się wtedy jarałem i z którą się utożsamiałem, a on próbował to przekuć na produkcje. Wybierałem z nich te, które najbardziej czułem, co nie znaczy, że najłatwiej mi się na nich rapowało. Jeśli chodzi o teksty, to te powstawały w 100 procentach na wyprodukowanych już podkładach. Musisz zrozumieć, że to były praktycznie początki naszej muzycznej przygody i nie mieliśmy prawie żadnej profesjonalnej wiedzy na temat produkowania nagrań, realizacji. Sporo rzeczy powstawało po omacku.

Lanek: Houston.

Najtrudniejsze rzeczy

Kobik: Trudny mógł być spory chaos panujący dookoła tego całego przedsięwzięcia, trudna była nasza niewiedza i trudne były ewidentne braki warsztatowe. Ciągły melanż też na pewno nam nie służył, aczkolwiek w ogólnym rozrachunku to wszystko było cenną lekcją na przyszłość. Jestem dumny, że udało się to wszystko dopiąć.

Lanek: Czasy.

Bycie prekursorami

Kobik: Jeżeli chodzi o bycie prekursorem południowego brzmienia w Krakowie, to na pewno jest nim Last Dance. Jego muzyka i sposób, w jaki rapował, kiedy byłem małolatem, tylko pokazywały mi, że też mogę to robić. W ogóle cała jego postać działała na nie mnie bardzo motywująco i inspirująco. Kiedy nagrywaliśmy album z Kamilem, doskonale zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że to, co robimy, różni się od większości płyt na polskim rynku, że to właśnie rozwój rapu, że to my go definiujemy na nowo i że ta muzyka bardzo się zmieni.

Sprawdź też
Walentynki 2024

Lanek: Oczywiście.

Wpływ krakowskiej lokalności

Kobik: Zawsze czułem dumę z tego, skąd pochodzę, wciąż bardzo lubię to podkreślać. Myślę, że da się to odczuć w trakcie słuchania wielu momentów albumu. Mam wrażenie, że powinno być to normalną kwestią. Goście to też w większości, o ile dobrze pamiętam, nasi ówcześni koledzy z miasta. Z większością utrzymuję mniejszy bądź większy kontakt aż do dziś. To był mocno lokalny projekt, przynajmniej tak to zapamiętałem. Ale my i tak niespecjalnie oglądaliśmy się na większość krakowskiej sceny.

Lanek: 70 procent tożsamości tego albumu to krakowska lokalność (lojalność, ziom).

Niecodzienne sytuacje

Kobik: Może nie tyle z nagrywek samego krążka, ile za czasów Hayabuzy działo się sporo. Zdecydowanie niecodzienną sytuacją był jeden z melanży, podczas którego doszło do małej awantury przed naszym garażem. Dwóch najebanych ziomali zaczęło się ze sobą szarpać, na nasze nieszczęście akurat przejeżdżał patrol policji, który przyczaił całą awanturę i to, że w środku jest chyba z 15 osób. Postanowili zadzwonić po posiłki. Cały rząd garaży zajebany policją, chyba ze 20 suk i radiowozów po dwóch stronach na syrenach, mandaty, kilka zagazowanych osób. Ogólnie bardzo miła atmosfera.

Lanek: Kiedyś pod nasze studio przyjechało ze 20 radiowozów, zdarzało się tez nieść ciężkie gramofony po imprezie, z buta do domu.

Promocja krążka

Kobik: Nie przypominam sobie jakiejś specjalnej akcji promocyjnej. Samo to, że były trzy teledyski, wytłoczona płyta i zapewne jakieś podziemne eventy w międzyczasie, to już naprawdę dużo. Przynajmniej dla mnie. Z tego, co pamiętam, płyta została bardzo fajnie przyjęta, mieliśmy już wtedy jakieś grono supporterów, którzy dawali nam odczuć swoje wsparcie. Hejterów oczywiście też nie brakowało. Co do sprzedaży, to wytłoczone zostało bodajże 200 czy 300 sztuk – część z tego oczywiście została rozdana, a reszta rozeszła się bardzo szybko. Pozdro dla wszystkich posiadaczy fizyków.

Lanek: Nie pamiętam, ale na pewno było fajnie.

Hit w postaci kawałka 5 Minut

Kobik: Lokalnie może i było nim, nie mnie to oceniać. Na pewno jednak ten utwór pozwolił mi się przebić szerzej, do ogólnopolskiej świadomości słuchaczy, choć myślę, że to nie ten utwór był dla mnie przełomowy. Może dzięki temu, że jest bardzo bezkompromisowy, padło w nim kilka ksyw, tworzył jakąś dyskusję, napisał o nim Glamrap.pl, co wtedy było sporym boostem. Wszyscy do mnie dzwonili, mówiąc, że wrzucili mój klip i że ma już chyba z 20 tysięcy wyświetleń po nie pamiętam ilu godzinach, ale ogólnie… To było w chuj. Ciekawostka jest jeszcze taka, że ten kawałek nagrałem jako ostatni, gdy cała reszta albumu była już zamknięta. Wiem, że miał duży wpływ na kilku ciekawych, troszkę młodszych raperów, którzy dobrze dzisiaj sobie radzą, co bardzo mnie cieszy i trzymam za nich kciuki.

Zmiany w krążku po latach

Kobik: Szczerze to nawet nie pamiętam go w całości. Na pewno dzisiaj zmieniłbym wiele, ale na tamten moment wydawał mi się zajebisty i to jest dla mnie najważniejsze. Samo to, że dzisiaj o nim rozmawiamy, świadczy, że może nie powinniśmy nic zmieniać. Najchętniej natomiast wracałbym chyba do takich numerów jak Sorry, Gucci To Louis Tamto czy tytułowy Pierwsza Taka Płyta. To dla mnie najmocniejsze i chyba też najbardziej południowe numery na albumie.

Dostępność w streamingach

Kobik: Nigdy nawet się nad tym nie zastanawiałem. Serio. Ale temat jest otwarty i niewykluczone, że kiedyś nasz album pojawi się w digitalu.

Najlepsze koncerty znajdziesz tutaj!

Copyright © Going. 2021 • Wszelkie prawa zastrzeżone