Czy Polska dogania koncertowe trendy? Założyciele Winiary Bookings o branży eventowej w 2026 roku
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach…
Sean Paul, Louis Tomlinson, Portugal. The Man, Tash Sultana, Garbage, Breaking Benjamin i cała masa innych przedstawicieli różnych gatunków: od rocka i metalu, przez pop, aż po elektronikę i eksperymentalny hip-hop. W kalendarzu Winiary Bookings nowe koncerty pojawiają się właściwie w każdym tygodniu. O to, jak dziś wygląda ich organizacja od kuchni, pytamy założycieli agencji — Tomasza Masłowskiego i Bartosza Stobińskiego.
Stanisław Bryś, Going. MORE: Mimo że styczeń już za nami, chciałbym wrócić myślami do poprzedniego roku. Jaki to był okres dla Winiary Bookings?
Tomasz Masłowski, Winiary Bookings: Zdecydowanie nie był spokojny. Raczej należał do bardzo intensywnych, pracowitych i chyba rekordowych, jeżeli chodzi o liczbę koncertów i ilość pracy. Nie pamiętam dokładnych statystyk, ale zrobiliśmy ponad 300 występów. Poza tym mieliśmy masę wyzwań, z mojej perspektywy największych w naszej karierze.
Bartosz Stobiński, Winiary Bookings: No i to był przełomowy rok, bo w końcu udało się odpalić nasz pierwszy festiwal.
Rozumiem, że chodzi o Summer Punch w Letniej Scenie Progresji?
Tomasz: Dokładnie. To dla nas kompletna nowość, jeżeli chodzi o formę promocji wydarzenia. Nie wiedzieliśmy, czego do końca oczekiwać i jaki będzie odbiór. Ten projekt był trochę niewiadomą mimo naszej dużej wiary w całą koncepcję, co generowało dużo stresu. Inaczej przygotowuje się tego typu imprezę niż pojedynczy koncert klubowy. Poprzedzają ją długie miesiące pracy i planowania, zanim człowiek cokolwiek wypuści. Jest dużo trudności, ale i ekscytacji.
A które z ubiegłorocznych koncertów okazały się dla was największym wyzwaniem?
Bartosz: Ostatnie dwa, czyli Żabson i The Blaze na EXPO XXI. Do samego końca po drodze wyskakiwało wiele różnych przeszkód. Musieliśmy uporać się z nimi na bieżąco, ale jakoś się udało. Oba wydarzenia się wyprzedały i były halowe, więc to była mocna końcówka roku.
Set The Blaze zorganizowaliście w ramach cyklu ARK, który w 2025 roku rozwinął skrzydła. Jak dziś wpisuje się w charakter działalności Winiary Bookings?
Tomasz: Właśnie nie do końca się wpisuje. To trochę osobny byt, marka powstała we współpracy z Tomkiem Nowakowskim, który jest naszym menedżerem od imprez klubowych. Jak dobrze wiadomo, Winiary Bookings nigdy nie miało dłuższego romansu z muzyką elektroniczną poza pojedynczymi strzałami. Chcieliśmy z ARK opowiedzieć zupełnie inną historię, trafiającą do innych odbiorców, choć oczywiście bazujemy na naszym zapleczu i doświadczeniu. To ma być długoletni projekt, który będzie powoli raczkować. Nie wchodzimy od razu na stadiony.
Bartosz: Nasza oferta koncertowa jest bardzo szeroka i zawsze zależało nam na tym, by sięgać po różne gatunki. Ciągnęło nas w kierunku próbowania elektroniki, ale mieliśmy poczucie, że trzeba ją inaczej ugryźć. Fajnie, że udało się to wydzielić, bo imprezy rządzą się innymi prawami. Trzeba na przykład inaczej komunikować się z klientami.
Czy odnosicie wrażenie, że DJ sety zaczynają wypierać tradycyjne koncerty? Na dowód jedna statystyka: aż 39% artystów z line-upu ubiegłorocznej Coachelli reprezentowało muzykę elektroniczną.
Tomasz: Nie odczuwam tego osobiście. Widzę za to mocny powrót do korzeni muzyki gitarowej, w szczególności jeśli chodzi o koncerty i ich sprzedaż. Wystarczy spojrzeć, jakie wydarzenia stadionowe i arenowe odbywają się w Polsce. Na pewno świat elektroniki rośnie, ale nie konkuruje aż tak z innymi gatunkami. Ma za to z nimi wiele podobieństw.
Jakich?
Tomasz: Są w nim obecni duzi gracze, którzy cały czas się rozwijają i wyprzedają coraz większe obiekty. Jednocześnie wielu artystom trudno zapełnić nawet te mniejsze sale i podobnie jest w muzyce alternatywnej albo popowej. W każdym gatunku po czasie zachodzi taka hierarchia. Początkowo mówiło się, że hip-hop w każdej postaci będzie się dobrze sprzedawać, ale pojawił się w nim ten sam porządek.
Bartosz: Wrócę jeszcze do twojego poprzedniego pytania. Globalnie faktycznie zachodzi taki trend. Gdy byłem na konferencji w Londynie poświęconej festiwalom, na jednym z paneli zwrócono uwagę na to, że na największych europejskich i światowych festiwalach wśród headlinerów zawsze są DJ-e. To jednak ma się nijak do polskiego rynku. Najwięksi gracze żądają kosmicznych stawek, a nie jesteśmy jeszcze tak dużym rynkiem, żeby sprzedawali się tak dobrze jak zagranicą. A takich pewniaków jak Boris Brejcha, Armin van Burren czy ARTBAT nie ma zbyt wielu.
Pogadajmy o rdzeniu działalności Winiary Bookings, czyli muzyce gitarowej. Jak według was Polska przyjmuje pojawiające się w niej trendy?
Tomasz: Niektóre, chociażby te w szeroko rozumianej muzyce alternatywnej, jeszcze do nas nie trafiły. Przychodzą mi do głowy choćby artyści pokroju Phoebe Bridgers, która nie zagrała jeszcze koncertu w Polsce, mimo że jest wielką artystką w Europie, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych.
Dogoniliśmy jednak masę innych trendów. Sami z Bartkiem byliśmy zaskoczeni, bookując jakiś zespół i widząc, jak sprzedał się w Polsce. Taką grupą jest Bad Omens, dziś headlinerzy Summer Punch. W 2023 roku zorganizowaliśmy ich koncert w Hydrozagadce z potencjałem na 400 widzów. Okazało się, że musieliśmy dwukrotnie przenieść go do większej sali, gdzie i tak był sold out. Nie do końca dostrzegliśmy, że moda na Bad Omens dotarła do Polski. Gdzieś poszedł viral, a ty nawet o tym nie wiesz.
Umiecie przewidzieć nagły wzrost zainteresowania konkretnym artystą?
Tomasz: Cały czas staramy się szukać liczb i danych, na których możemy się opierać, oceniając potencjał koncertów. Nie zawsze bywają jednak miarodajne. Nauczyliśmy się, że statystyki ze streamingów nie muszą przekładać się na ostateczną frekwencję. Nieraz otrzymywaliśmy propozycję od managementu, gdzie na papierze wszystko się zgadzało i do tego widzieliśmy zainteresowanie mediów, a potem okazywało się, że sprzedaż zupełnie nie idzie. Nie mogliśmy tego jakkolwiek promocyjnie pchnąć.
Wracając do pytania, widzę powrót muzyki gitarowej, co pokazuje fenomen hardcore’owego zespołu Turnstile. Po kilku płytach wystrzelił do góry, zagrał u Jimmy’ego Fallona, zorganizował masakrycznie duże koncerty w Stanach Zjednoczonych. Trend na cały świat. Przez to że znajomi z naszej bańki, nawet ci spoza świata hardcore’u, co chwilę udostępniali nową płytę, wydawało nam się, że polskie show będzie wyprzedane. Nie wypaliło, bo zobaczyło je 1500 osób. Czasem przeczucie potrafi zawodzić.
Bartosz: Dodam tylko, że przypadek Turnstile jest bardzo ciekawy. Byłem na tym koncercie i widziałem sporo osób zupełnie spoza bańki hc/punk, do których wieść o zespole dotarła pewnie na fali tego mainstreamowego boomu. Ciekawe, czy gdyby go nie było, na widowni pojawiłoby się nie 1,5 tysiąca osób, a 700-800.
Myślicie, że półtora tysiąca koncertowiczów to maksimum, jakie wyciśnie zespół takiej wielkości?
Tomasz: Zawsze może pojawić się coś, co sprawi, że ten czy inny zespół urośnie. Skoro w takim piku nie przyciągnął większej publiki, są na to małe szanse, ale występ na Open’erze albo innym festiwalu na pewno by pomógł. Bywały przypadki, gdy któraś z grup supportowała Metallicę i jej późniejszy koncert solowy świetnie się sprzedał, ale to nie zawsze się sprawdza. Managementy, agencje i inni gracze wykonują takie ruchy, bo wydają się najbardziej logiczne. Tyle że muzyka, słuchacze i koncerty tworzą bardzo ruchomy świat. To nie matematyka.
Bartosz: Dobrym przykładem wszystkiego, o czym tu rozmawiamy, jest Perturbator, który od dawna próbujemy wylansować w Polsce. Pamiętam, gdy zespół po raz pierwszy przyjechał do nas na Pol’and’Rock Festival. Agent był mocno przekonany, że popularność po nim wystrzeli, ale się nie udało. Grupę zobaczyło mnóstwo osób, zagrali później jeszcze na tej samej imprezie i na Mysticu, ale w przypadku ich solowych koncertów sufitem jest Progresja. Nie ma sprawdzonego wzoru na to, żeby osiągnąć sukces.
Tomasz: Dodałbym jeszcze, że czasami nie chodzi nawet o konkretny trend, tylko o artystę. Muszę przyznać, że byliśmy w dużym szoku, gdy okazało się, że Bad Bunny był w stanie wyprzedzać PGE Narodowy. Wszyscy po fakcie powiedzą, że to przecież było oczywiste, bo to taka duża gwiazda, ale wcale byśmy się pod tym nie podpisali.
Bartosz: Tym bardziej że w przypadku artystów latino łatwo połknąć haczyk. Patrzysz na statystyki odsłuchań na streamingach albo obserwatorów w mediach społecznościowych i widzisz kosmiczne liczby. Jeśli jednak przypomnisz sobie o tym, ile ludzi mieszka w samej Ameryce Południowej, przestaną być tak zaskakujące. Poza tym Latynosi są mocno rozsiani po całym świecie.
Czujecie, że polska publiczność jest otwarta na odkrywanie nowej muzyki?
Bartosz: Powiedziałbym, że tak, ale trudność pojawia się w trochę innym miejscu. Kryzys ekonomiczny, o którym tak głośno mówi się już któryś rok z rzędu, powoli puka do ludzi. Wybierają w ciągu 1-2 wydarzenia halowe albo stadionowe i widzimy, jak to się odbija na wydarzeniach w mniejszych klubach. Mówią o tym zresztą sami właściciele lokali, widząc spadek obrotów na barze. Ciekawe, jak zareagują na to debiutujący artyści. Wiadomo, że możesz wybić się jednym hitem na TikToku i za chwilę ruszyć w dużą trasę, ale większość twórców próbuje budować ten zasięg organicznie, grając koncerty.
Tomasz: Zgadzam się z tym, co powiedział Bartek, ale ten problem ma dwa wymiary. Polska publiczność chętnie pozna nowych artystów, ale w przypadku, gdy już gdzieś trendują lub zostali zareklamowani. Przybliżenie zupełnie nieznanych wykonawców, mówiąc tylko o klimacie ich muzyki, jest trudniejsze. W tym momencie zainteresowanie słuchaczy faktem, że dany artysta przyjeżdża ze Stanów albo Wielkiej Brytanii, nie wystarczy. Wybór jest tak duży, że małe koncerty idą w odstawkę.
Bartosz: Rzeczywiście zachodzi klęska urodzaju. A inna sprawa jest taka, że trudno ułożyć budżet koncertu początkującego, nieznanego artysty, żeby bilety kosztowały mniej, na przykład 50-60 złotych.
Może w tym przypadku elementem przyciągającym powinno być coś innego, na przykład oprawa wizualna? Czy jednak polski widz w pierwszej kolejności myśli o muzyce?
Tomasz: Skonstruowałbym to pytanie inaczej i zastanowił się nad tym, czy w tym momencie można w ogóle przyciągać samą muzyką. Oprawa sceniczna dużych eventów zaczyna grać większą rolę. Tancerze, lasery, konfetti i cała masa innych efektów pokazuje, że najważniejsze jest show. Można policzyć na palcach jednej ręki artystów, którzy wychodzą na scenę z samą gitarą albo perkusją, nie ma wokół nich gigantycznej produkcji, a nadal wzbudzają duże zainteresowanie.
Dookreślę: w moim pytaniu myślałem raczej o potencjale oprawy wizualnej mniejszych koncertów.
Tomasz: Jak najbardziej istnieje, ale początkujących artystów nie będzie stać na dużą produkcję. Muszą przyciągnąć widzów samym muzycznym performance’em, który rozwiną na dalszym etapie.
Bartosz: Niektórzy debiutanci rzeczywiście kombinują z różnymi patentami, żeby zaskoczyć na pierwszych koncertach. Ale cofnąłbym się do tego, o czym na początku mówił Tomek. Jakiś czas temu rozmawialiśmy o tym, skąd wziął się trend na wydarzenia stadionowe i falowe. Ludziom już nie do końca chodzi o muzykę, a o wspólne przeżywanie wydarzenia i zjawiska subkulturowego. Dla mnie taka bańka wytworzyła się wokół Dawida Podsiadło. Każdy idzie na jego koncert. Jeśli nie byłeś, nie jesteś cool.
Fajnie byłoby spróbować wrócić do korzeni. Dwa lata temu byłem w Łodzi na koncercie Bryana Adamsa. Wiadomo, że z tyłu wyświetla na ekranach LED-owych jakieś wizualizacje, ale co do zasady po prostu jest facetem, który gra na gitarze i śpiewa. Robi wielkie show tym, że ma świetny wokal, energię i zagaduje do ludzi. Show dzisiejszych artystów bywają za to wyreżyserowane od pierwszej do ostatniej minuty, bez interakcji z fanami.
Tomasz: Gdy jeszcze istniał Kraków Live Festival, Lewis Capaldi po prostu wyszedł na scenę, wykonywał swoje piosenki i tyle. Nie było mu potrzebne żadne konfetti. To było wiele lat temu, ale on cały czas gra w taki sposób: zobacz sobie choćby filmiki z zeszłorocznego Glastonbury. Jestem przekonany, że taki trend wróci, bo w muzyce wszystko zatacza koło.
Bartosz: I wtedy nadejdzie czas singer-songwriterów.
Tomasz: Stany są tego świetnym przykładem. Country od zawsze dominowało na tamtejszym rynku, ale teraz przeżywa drugą młodość wraz z nową falą artystów, którzy są tymi songwriterami. Najważniejsze, by posłuchać piosenek tego czy innego gościa, a niekoniecznie sfilmować całe show na telefonie.
Bartosz, wspomniałeś o Dawidzie Podsiadło, co naturalnie prowadzi mnie do pytania, czy w Winiary Bookings nie chcieliście częściej organizować koncertów polskich artystów.
Bartosz: Wydaje mi się, że w naszej agencji nie mamy dużego ciśnienia na booking polskich artystów. Swego czasu dużo z nimi pracowaliśmy: organizowaliśmy całą trasę Natalii Przybysz, koncerty The Dumplings, Mroza, Mery Spolsky. Sporo działaliśmy z Kayaxem. Dziś rodzimy rynek jest już mocno podzielony, raczej wiadomo, kto z kim współpracuje na stałe, więc nie widzimy sensu, żeby wchodzić w licytację. Organizujemy 300 wydarzeń rocznie, mamy co robić.
Poza tym bywa tutaj trudno. Gdy realnie spojrzysz na ostatnie lata w polskiej muzyce, okaże się, że nie ma żadnego nowego artysty, który wybiłby się na tyle mocno, żeby być pretendentem do miana kolejnego Dawida Podsiadło albo Taco Hemingwaya. Swego czasu była duża fala, na której wypłynęli Zalewski, Kortez czy Igo. Dziś coś na tym naszym poletku szwankuje.
Jak waszym zdaniem zmieniły się koncerty topowych polskich artystów? Blisko im do show, o których mówiliśmy wcześniej?
Bartosz: Mam wrażenie, że to domena raperów, którzy mają w sobie pierwiastek tego, by być najlepszym, mieć więcej na scenie niż inni. Podam przykład ostatniej trasy Żabsona. To było dziesięciolecie kariery artysty i chcieliśmy nieszablonowo ugryźć to, jak powinien zagrać starsze numery słuchaczom. W czterech miastach, gdzie pozwalała na to infrastruktura klubowa, graliśmy po trzy dni z rzędu. Pierwsze koncerty z repertuarem z wcześniejszych płyt odbyły się w mniejszych klubach typu stary Projekt LAB w Poznaniu, Hydrozagadka w Warszawie albo Wydział Remontowy w Gdańsku. Drugie występy zaplanowaliśmy w lokalizacjach średniej wielkości, na przykład w Tamie albo Proximie, a ostatnie – w największych.
Zdecydowaliśmy się produkcyjnie odwzorować tę ewolucję. W mniejszych klubach Żabson grał jak w 2015 roku, jedynie ze skierowanym na siebie statycznym światłem. Ale finał trasy na EXPO XXI był robiony na grubo, włącznie ze sztucznym śniegiem pod koniec koncertu, gdy zagrano mash-up Sexoholika z All I Want for Christmas is You. W organizacji dużych wydarzeń też zachodzą różne trendy.
Kiedyś must-have’em były ekrany LED. Gdy Sokół wystąpił z takim rozciągniętym na całą szerokość Torwaru, trąbili o tym wszyscy w branży. Dziś szuka się trochę innych rozwiązań. Polscy raperzy podpatrują twórców ze Stanów, gdzie częściej gra się dymem i stroboskopami. Ale ogólnie rzecz biorąc, uważam, że topowi artyści w porównaniu z swoimi kolegami nie mają się czego wstydzić, a często nawet przebijają sufit swoimi produkcjami.
Rozpoczęliśmy od podsumowania ubiegłego roku, więc zakończmy na tym, który już trwa. Co będzie ważnym momentem w 2026 roku dla Winiary Bookings?
Tomasz: Takich momentów poza Summer Punch, na które zewrzemy szyki, będzie sporo. W maju organizujemy halowy koncert Seana Paula. W czerwcu do Polski po raz pierwszy przyjedzie Breaking Benjamin i to będzie dla nas ważne wydarzenie. Równie istotna będzie dla nas wizyta Garbage, nad którą długo pracowaliśmy. Zależy nam na tym, by mimo odpalenia dużego festiwalu nie zawalić pojedynczych wydarzeń i wciąż zadowolić słuchaczy. Chcemy utrzymać poziom, pracować bardziej z głową. I może troszkę zmniejszyć liczbę koncertów, bo czasami bywa po prostu przytłaczająca.
Bartosz: Wiadomo, że skupiamy się na festiwalu i liczymy, że pod każdym względem fajnie wyjdzie. Że frekwencja i pogoda dopiszą, a ludzie będą się dobrze bawić i zechcą planować kolejne edycje. Jednocześnie cały czas staramy się o więcej dużych bookingów. Wiemy, że jest nad czym pracować, ale konkurencja w Polsce jest wyjątkowo gęsta. Zagraniczni agenci nieraz śmieją się nawet, że w żadnym kraju w tym regionie Europy nie ma aż tylu promotorów. Ale na pewno nie chcemy rezygnować z małych koncertów. Zawsze zależało nam na wspomaganiu undergroundowej sceny i debiutujących artystów.
Tomasz: Zwłaszcza że lubimy obserwować, gdy małe zespoły wzrastają z roku na rok, a później możemy przywitać je w dużych klubach. Mam nadzieję, że starczy nam do tego zapału.

Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach „newonce", „NOIZZ", „Czasopisma Ekrany", „Magazynu Kontakt", „Gazety Magnetofonowej" czy „Papaya.Rocks". Mieszka i pracuje w Warszawie.



