W cyfrowym pantoptykonie. Jak algorytm wpływa na nasze ciała?
Szefowa działu kreatywnego Going. Pisze i rozmawia o książkach, feminizmie…
W nowej, brawurowej książce Ellen Atlanta przygląda się mechanizmom, które zmieniają to, jak myślimy o własnych ciałach. Poznajemy je w sieci, a później towarzyszą nam w codziennym życiu.
Pixel Flesh. Co warto wiedzieć?
Skupiając się na kobiecych i dziewczęcych perspektywach, autorka śledzi, jak pewne wzorce trwale wypaczają percepcję na piękno, pożądanie i poczucie bezpieczeństwa. Technologie, media społecznościowe i przemysł beauty splatają się w system, który wypacza to, jak kobiety widzą same siebie. Dzięki tej książce do feministycznego słowniczka można dopisać m.in. pojęcie digital gaze. Pojęcie nawiązuje do słynnej koncepcji male gaze, czyli dominacji spojrzenia z męskiej perspektywy. Chodzi jednak o spojrzenie z wieżyczki cyfrowego panoptykonu, które internalizujemy w swoich ciałach. Każe nam być stale gotowe na hipotetyczne zdjęcie czy film, który potem trafi do sieci.

Patrząc na inne ciała
Czy istnieje remedium na algorytmy wtłaczające nam w głowy społeczne oczekiwania? Autorka proponuje bardzo proste ćwiczenie. Zachęca do tego, żeby wyjrzeć przez okno i spojrzeć na przechodniów. Czy wyglądają jak ze zdjęć, czy raczej mają swoje niedoskonałości?
Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty w Stanach. Mimo intensywnego planu zwiedzania zostały mi w głowie przede wszystkim amerykańskie lotniska, a konkretnie tysiące osób przelewających się między terminalami. Napłynęły z całego świata, jadąc do pracy, na wakacje, do domu, do bliskich, w międzylądowaniu, by dotrzeć gdzieś dalej.
To truizm, że ciała są różne. Że mają różne odcienie koloru skóry, długości rąk i nóg, krzywizny ramion, muskulaturę barków, grubość, chudość, a także większą lub mniejszą sprawność. To nie tak, że jako biała kobieta z białego kraju nagle zobaczyłam innego. Moją uwagę zwróciła z jednej strony bogata reprezentacja tak wielu typów urody, jak i fakt, że ciała podróżujące w większości nie były obłaskawione balsamami czy makijażem. Głównym zadaniem turystów było przemieszczenie się z punktu A do B i to, co za nim idzie: noszenie bagażu, szukanie terminalu, logistyka. Nie było czasu przyglądać się sobie nawzajem. Poczułam jednak, że wszyscy do siebie należymy — tak rzeczywiści i tak różni od odgórnie narzuconego kanonu.
Praca na rzecz piękna
Wspomniane ćwiczenie każe pomyśleć, że kanon powinien być czymś abstrakcyjnym, ale w rzeczywistości żyje i ma się dobrze. W Pixel Flesh wymowna pozostaje scena, gdy autorka zabiera przyjaciółkę na zamkniętą imprezę w Londynie. Kobiety uznane przez selekcję za najbardziej urodziwe wchodzą tam za darmo. Te mniej piękne płacą drobną opłatę za wstęp, reszta odchodzi z kwitkiem. To forma analogowego algorytmu sortującego kobiece ciała według stopnia atrakcyjności. Nie nosisz obcasów? Nie wchodzisz. Nie poświęciłaś całego dnia na zabiegi pielęgnacyjne? Nie masz po co się pojawiać. Sami mężczyźni wcale nie stoją w tej sytuacji na wygranej pozycji, bo są odgórnie obciążeni wysokimi kosztami. Opłacają od razu całą lożę pełną potencjalnych partnerek. Wszyscy wspólnie zamykają się w bańce, gdzie obowiązuje konkretny kanon.
Nie dziwi mnie, że taka rzeczywistość funkcjonuje. Binarny podział na łowców i estetyczne trofea nie zanika, a włożenie wysiłku na rzecz własnego piękna (ang. beauty work) zwykle przekłada się na wysoki stopień zwrotu z inwestycji. Czasem wydaje nam się, że kobiety osiągnęły już wiele w dziedzinie równouprawnienia i mogą odłożyć broń. Że przecież mamy girl bossówy na rynku pracy, a w kampaniach kremów i ciuchów widać jeszcze inne ciała niż te białe i szczupłe. Ale czy aby na pewno?
Atlanta pyta w książce o budżety na kampanie dla białych i niebiałych influencerek. Te drugie, mimo identycznych zasięgów i analogicznie aktywnej społeczności, często są dużo gorzej opłacane. Mimo działań instytucji i mediów, cały czas funkcjonujemy też w rzeczywistości luki płacowej (w Polsce różnica ta wynosi 8-12%). Ellen trafnie zauważa w tym wszystkim, że zawstydzające algorytmy odciągają uwagę kobiet od walki o swoje prawa. Zabierają czas, wpędzają w poczucie winy i utrudniają jednoczenie się.

Algorytmy i poczucie winy
Niestety, problem przechodzi na kolejne pokolenia. Wraz z rosnącym dostępem do technologii coraz młodsze dziewczynki dowiadują o zabiegach upiększających i zaczynają o nich marzyć. Mityczny dziewczęcy pokój, w którym od dekad wykuwały się tożsamości, staje się planem zdjęciowym, gdzie powstaje pieczołowicie kuratorowany kontent. Nie każdemu uda się jednak wybić. Autorka Pixel Flesh zwraca uwagę na ograniczanie widoczności osób o innym niż wiodący typie urody. Algorytm potrafi przecież zarówno promować treści, jak i spychać je do niebytu. Brak reprezentacji wpływa z kolei na kompleksy i dysmorfofobię, czyli obsesyjne doszukiwanie się wad w swoim ciele.
Moja przyjaciółka często chwali się, że jej feed na Instagramie konsekwentnie zapełniają szopy pracze. Zazdroszczę jej, bo od czasu, gdy próbuję wrócić do regularnych wizyt na siłowni, co trzecia rolka przedstawia u mnie schemat ćwiczeń, który pozwoli najszybciej zrzucić kilogramy. Ellen Atlanta tłumaczy w książce, że ruch fitspiration próbuje namówić nas do zdrowego życia, ale niebezpiecznie zbliża się do mechanizmów znanych z thinspiration. Treści motywujące do podjęcia działań na rzecz odchudzania są dla wielu osób autostradą do zaburzeń odżywiania. Zamiast więc dbać o dobre samopoczucie i czerpać przyjemność z ćwiczeń, zaczynamy katować się w imię wpisania w dany wzorzec.
Algorytmie, jeśli mnie podsłuchujesz (a przecież wiemy, że tak), mam prośbę. Chciałabym częściej oglądać różne ciała. I trochę szopów.
Szefowa działu kreatywnego Going. Pisze i rozmawia o książkach, feminizmie i różnych formach kultury. Prowadzi audycję / podcast Orbita Literacka. Prywatnie psia mama.


