Stef Moro nagrywał z Kanye Westem, Travisem Scottem i… Żabsonem. Poznaj kulisy jego pracy!
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach…
– W Europie ludzie nie zajmują się rapem w naturalny sposób i zazwyczaj naśladują to, co się dzieje w Stanach. Tu macie scenę o swoim własnym stylu, a to naprawdę rzadkość – mówi o polskim rapie ceniony inżynier dźwięku. W przeddzień jego warsztatów w Warszawie rozmawiamy o uniwersalnym języku muzyki, cierpliwości, jakiej wymaga przesiadywanie w studiu, i procesie wydawniczym w erze TikToka.
W najbliższą niedzielę, 21 grudnia, wszystkie drogi fanów rapu prowadzą do Warszawy. Tamtejsze EXPO XXI przejmie wtedy Żabson, podsumowując świętowanie 10-lecia kariery. Na Hollywood Smile X-Perience – Daj To Jeszcze Raz zagra jednego wieczoru trzy różne sety pokazujące, jaką ewolucję przeszedł w ciągu całej dekady. Posłuchamy zatem zarówno debiutanckiego NieKumam, którym przedstawił się szerszej publiczności, jak i najnowszego HOLLYWOOD SMILE, niedawno uzupełnionego dodatkowymi utworami.
Z premierowym krążkiem artysty wiąże się jeszcze jedna niespodzianka. Dzień później stołeczne Studio Universal odwiedzi człowiek, bez którego wydany w marcu album zdecydowanie nie brzmiałby tak samo. Dwie tury ekskluzywnych, limitowanych warsztatów poprowadzi Stef Moro – włoski inżynier dźwięku mieszkający w Los Angeles. To właśnie on czuwał nad miksem HERE WE GO, COWABONGI i innych świeżych bangerów Żabsona. W portfolio ma także projekty m.in. z Kanye Westem, Travisem Scottem, Wizem Khalifą, Snoop Doggiem czy Tylerem, The Creatorem.
Uczestnicy masterclassu podejrzą z bliska workflow Moro i zobaczą, jak przeobraża surowe miksy w nośne hity. To prawdziwa gratka dla realizatorów, producentów i fanów rapu, zwłaszcza że Włoch świetnie tłumaczy i chętnie dzieli się swoim doświadczeniem. Sam przekonałem się o tym podczas krótkiej pogawędki, którą ucięliśmy jeszcze przed jego przyjazdem do Polski. Czytajcie, słuchajcie… i na warsztaty wpadajcie.
Stanisław Bryś, Going. MORE: Wiele lat temu przeprowadziłeś się z Włoch do Stanów Zjednoczonych. Czujesz, że to był konieczny krok na twojej muzycznej drodze?
Stef Moro: Zrobiłem to, gdy miałem 21 lat. Karierę rozpocząłem oczywiście we Włoszech, ale jestem wielkim fanem amerykańskiej muzyki: hip-hopu, R&B, popu, czyli szeroko rozumianego urban. Gdy po raz pierwszy pojechałem do Stanów, zakochałem się w Los Angeles i tamtejszej scenie. Z tego powodu pomyślałem: „OK, załatwię wizę muzyczną i po prostu się przeniosę”. Najpierw po prostu uczyłem się, jak działa tamtejsza branża i jak tworzą ludzie. Po 4-5 latach otworzyłem własne studio. Wcześniej pracowałem u innych.
Czy podczas odkrywania tego, jak pracują Amerykanie, coś cię zaskoczyło?
Stef Moro: Od początku byłem pod wrażeniem, jak ludzie tworzą muzykę na bieżąco, przed mikrofonem, a nie komponują jej przed nagrywaniem. W Europie piszemy teksty w domu, a potem idziemy z nimi do studia. W Stanach czasami pomija się ten pierwszy etap i przystępuje się do pracy trochę w trybie biurowym, rejestrując wszystko, co tylko przychodzi do głowy. Taki proces oparty na freestyle’u nie dotyczy tylko rapu. Jest naturalny i bardzo szybki.
Poza tym ludzie za oceanem mają konkretniej przypisane role.
Co masz na myśli?
Stef Moro: Inżynier dźwięku zajmuje się tylko nagrywaniem i miksowaniem, producent – produkcją, a autor – pisaniem. Nie ma ludzi, którzy czuwają nad wszystkim, więc praca zespołowa staje się naprawdę bardzo ważna. Kiedy zacząłem robić to, co robię, byłem bardzo szczęśliwy, bo nie musiałem myśleć o niczym innym. Od 10 lat doskonalę swoje umiejętności i w ten sposób staję się coraz lepszy.
Jak doszedłeś do tego, że to właśnie inżynieria dźwięku najbardziej pociąga cię w procesie tworzenia muzyki?
Stef Moro: Gdy byłem dzieckiem, grałem na gitarze, bo od zawsze chciałem zostać artystą. Nagrywałem siebie, swój zespół i przyjaciół, a do tego ruszyłem w kilka tras koncertowych. Doszedłem jednak do wniosku, że wolę pozostać w studiu. Jedna konkretna muzyka szybko mnie nudzi, więc zajmowanie się wyłącznie własnymi piosenkami byłoby dla mnie mocno rutynowe. Tymczasem w inżynierii dźwięku każdy dzień wnosi inny gatunek, artystów i proces, w którym aktywnie uczestniczysz. Nadal bardzo to lubię.
Poza tym spodobało mi się to, że miksowanie polega na pracy nad wieloma instrumentami i dźwiękami jednocześnie. Wcześniej nie znałem angielskiego, więc to dzięki warstwie sonicznej – mocnemu basowi czy perkusji – pokochałem rap.
Pracując z raperami, zwracasz też uwagę na to, co nawijają, czy liczy się dla ciebie przede wszystkim brzmienie?
Stef Moro: Miksuję w oparciu o znaczenie utworu i jego przesłanie, ale to właśnie beat i wokal przede wszystkim leżą w mojej gestii. Weźmy choćby przykład Żabsona. Nie rozumiem polskiego, więc jeśli wcześniej nie przetłumaczę sobie jego tekstu, trudno mi ustalić, co ma na myśli. Z brzmieniem jest inaczej, bo muzyka to uniwersalny język.
Czy Żabson jest pierwszym polskim artystą, z którym miałeś okazję współpracować?
Stef Moro: Przyjechałem do Polski trzy lata temu z moim bratem Andrym, który mieszka we Włoszech i jest świetnym producentem muzycznym. Pracowałem tam z Sony Music nad kilkoma artystami. Ale pierwszym wykonawcą, którego bezpośrednio poznałem, był właśnie Żabson, czyli kumpel Andry’ego. Jakieś siedem lat wcześniej nagrali razem numer. Andry powiedział: OK, przedstawię cię mu. Spotkaliśmy się w Warszawie i w kilka godzin nagraliśmy dwie piosenki, co było o tyle łatwe, że on bardzo szybko pisze teksty. Jeden z powstałych wtedy utworów, Here We Go z Fre$H-em, znalazł się zresztą na HOLLYWOOD SMILE.
Czyli szybko znaleźliście wspólny język.
Stef Moro: Od razu się zaprzyjaźniliśmy. Łączy nas wiele wspólnych zainteresowań i słabość do tych samych artystów, więc wszystko wyszło bardzo naturalnie. Zaraz potem on zaproponował, że przyjedzie do Los Angeles i popracujemy nad tym, co ostatecznie przerodziło się w cały album. Śmiało nazwę go swoim ziomalem.

Poznałeś przy okazji więcej polskiego rapu?
Stef Moro: Absolutnie. Zaraz po naszych nagrywkach miałem sesje z innymi polskimi artystami i byłem pod wrażeniem…. Jak to ująć? Wyjątkowości? W Europie ludzie nie zajmują się rapem w naturalny sposób i zazwyczaj naśladują to, co się dzieje w Stanach. Tu macie scenę o swoim własnym stylu, a to naprawdę rzadkość. Jest tak jeszcze może w Niemczech, no i oczywiście w Wielkiej Brytanii. Poza tym Polska jest naprawdę dobra w samym brzmieniu. Macie bardzo rytmiczne beaty.
A jak oceniasz rapową scenę we Włoszech? Ma w sobie coś szczególnego?
Stef Moro: Najpopularniejszym gatunkiem w moich rodzinnych stronach jest jednak rock, który teraz wraca zresztą do łask. Sam rap stracił nieco na popularności w porównaniu z okresem przed pandemią. Ale to cykliczna sytuacja, więc czuję, że w pewnym momencie bardziej wróci do głównego nurtu.
Wróćmy na chwilę do twoich początków. Potrafisz wskazać projekt, który był dla ciebie przełomem i utorował drogę do dalszych działań?
Stef Moro: Moje pierwsze duże osiągnięcia to kilka projektów we Włoszech z tamtejszymi twórcami. Później przełomem okazała się współpraca ze Snoop Doggiem niedługo po przeprowadzce do Los Angeles. Nie sprawiła jednak, że od razu stałem się znany. Po prostu konsekwentnie pracowałem i pewne rzeczy się wydarzyły.
Być może najwięcej ludzi kojarzy mnie z muzyką Kanye Westa, zwłaszcza że pracuję z nim od wielu lat. Najgłośniej było chyba o albumach Donda i Vultures. Ale poza Ye działam m.in. z Ty Dolla Signem, Wizem Khalifą czy Travisem Scottem.
Czy artyści tego kalibru zostawiają ci wolną rękę, czy chcą czuwać nad każdym etapem procesu?
Stef Moro: Przede wszystkim to nie do mnie należą prawa do piosenki, więc służę artystom i muzyce, którą wcześniej napisali sami albo ze mną w studiu. Mam do tego ogromny szacunek. Jeśli mają surowy miks, staram się do niego jak najbardziej zbliżyć. Zawsze to robię, chyba że jest jasne, że mogę eksperymentować lub proponować inne rzeczy, ale to zależy od moich relacji z artystą i producentem.
Tak więc mój proces zawsze polega na wysłuchaniu demo i dokładnym zapoznawaniu się z piosenką w taki sposób, jaki artyści przyswajali ją przez miesiące albo lata. Zaraz potem robię swój miks, a kiedy jestem z niego zadowolony, zawsze porównuję go z wstępną wersją, żeby upewnić się, że poziomy są mniej więcej takie same. Bywa też przestrzeń na dodawanie efektów, ale nie biorę tego do siebie, jeśli wykonawcy ich nie chcą. Po prostu lubię dawać trochę więcej, niż się ode mnie oczekuje, na wypadek, gdybyśmy chcieli coś poprawić.
Czy uważasz, że oczekiwania artystów względem miksu ewoluują wraz z upływem czasu?
Stef Moro: Na początku nie mieliśmy nawet dobrych komputerów, tylko konsole i inne urządzenia analogowe. Nagrywaliśmy głównie płyty CD, więc niewielu ludzi było stać na ich wydanie, zwłaszcza jeśli nie mieli podpisanego kontaktu płytowego. Poświęcaliśmy więcej czasu na tworzenie mniejszej liczby utworów. Teraz codziennie na Spotify pojawia się ponad 80 000 nowych piosenek. W dobie TikToka i Instagrama wszystko dzieje się o wiele szybciej. Nie wkładamy stuprocentowego wysiłku w jeden numer, tylko od razu ujmujemy go w ramach większego projektu czy serii singli. Mocno się pozmieniało.
Czujesz, że zawód inżyniera dźwięku stał się przez to bardziej konkurencyjny?
Stef Moro: Kiedy zaczynałem, nie było zbyt wielu osób zajmujących się miksowaniem rapu lub szeroko pojętego urbanu. W Europie dominowała muzyka oparta na instrumentach na żywo, na przykład rock i inne rodzaje muzyki. Teraz dzięki temu, że do pracy wystarczy jeden laptop, można próbować działać na własną rękę. Kiedyś posiadanie nawet małego studia było tak drogie, że niewielu ludzi mogło sobie na to pozwolić. Oceniam tę zmianę bardzo pozytywnie, bo więcej osób może zostać w domu i tworzyć. Ale nie czuję, żeby stanowiła zagrożenie dla mojej pracy, czyli miksowaniu na profesjonalnym poziomie.
Jeśli ktoś młody chce iść podobną ścieżką kariery, nic nie stoi na przeszkodzie. ale musi poświęcić na to tyle samo czasu, ile ja, czyli te słynne 10 000 godzin. Mnie samemu zajęło to jakieś dziesięć lat. Oczywiście, trzeba być na bieżąco z nowymi technologiami. Jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby przygotować się do korzystania z takich narzędzi. Śmiałków jest wiele, ale jeśli naprawdę tego chcesz i jesteś gotowy pracować więcej od innych, na pewno ci się uda.
A jest jakaś cecha osobowości, która pomogła ci w rozwinięciu kariery?
Stef Moro: Przeprowadzając się do Stanów, nie znałem angielskiego, nie miałem pieniędzy ani doświadczenia. Bardzo pomogło mi to, że potrafiłem wnieść wartość dodaną tym, co byłem gotów robić. Deklarowałem dużą dostępność, spędzałem więcej czasu w studiu, jeździłem do domów klientów i nagrywałem przez całą noc. Zgadzałem się na różne sytuacje, nawet jeśli pieniądze nie były zbyt dobre.
Tak więc spędziłem te pierwszych 10 000 godzin, poznając ludzi z branży i pomagając im. Gdy już rozpocząłem karierę, wsparli mnie w drodze do tworzenia większych albumów. To wszystko były małe kroki. Sukces w końcu nadejdzie. Trzeba po prostu mieć wokół siebie kilka osób, które powiedzą: „Jestem mu wdzięczny, bo dzięki niemu kiedyś dostałem szansę. Zadzwonię do niego, a nie do kogoś innego”.
Odnoszę wrażenie, że między wierszami mówisz też o cierpliwości.
Stef Moro: To wszystko trochę zajmuje. Nie wystarczy sześć miesięcy ani nawet cały rok. Trzeba konsekwentnie budować swoją pozycję i zaufać procesowi. Gdybym przestał po pięciu latach, prawdopodobnie nie mógłbym mówić o żadnych osiągnięciach, sławnych artystach czy większych pieniądzach. Trzeba poznawać ludzi i stale się od nich uczyć. Jasne, że możesz pójść do szkoły inżynierii dźwięku, gdzie przyswoisz niezbędne podstawy. Ale nie poznasz w taki sposób specyfiki pracy z raperami, zwłaszcza w przypadku miksowania. Aby znaleźć swój styl, musisz patrzeć, jak robią to inni, aż w pewnym momencie dojdziesz do workflow, które jest dla ciebie najwygodniejsze.

Tak płynnie przechodzimy do warsztatów, które w najbliższy poniedziałek organizujesz w Warszawie. Czego się po nich spodziewać?
Stef Moro: W Warszawie przygotowuję dwa masterclassy. Na każdym z nich zmiksuję inną piosenkę Żabsona z albumu HOLLYWOOD SMILE. Pokażę wszystko od podstaw – rozpoczniemy od surowych plików i pustej sesji. Przyjrzymy się mojemu szablonowi, czyli temu, co robię każdego dnia przy swoich miksach. Zdradzę każdy szczegół, tak żeby inni mogli z tego swobodnie czerpać i uwzględnić w swoim procesie.
Jak się czujesz w roli nauczyciela?
Stef Moro: Uwielbiam to. Gdy zaczynałem, brakowało kontaktu z mentorami i filmów instruktażowych na YouTube. Trudno było ustalić, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych. Aby naprawdę nauczyć się tego, co robią tamtejsi inżynierzy, musiałem przeprowadzić się z Włoch do Los Angeles i nauczyć się tego sam. Fakt, że mogę pokazać młodszym pokoleniom, czym się zajmuję, sprawia, że jestem dumny. Nie robię tego cały czas, bo oczywiście dzień i noc miksuję, ale staram się raz w roku przyjeżdżać do Europy i po prostu pokazywać, czym się zajmuję.
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach „newonce", „NOIZZ", „Czasopisma Ekrany", „Magazynu Kontakt", „Gazety Magnetofonowej" czy „Papaya.Rocks". Mieszka i pracuje w Warszawie.


