Tom Smith z Editors wydał solową płytę. „Lepiej śpiewać o rzeczach, które czynią cię człowiekiem”
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach…
– Poczułem, że zebrany materiał jest bardziej osobisty niż to, co zwykle piszę. Nieco szczerszy, odpowiedni do wydania pod własnym nazwiskiem. Nie sądzę, żebym wcześniej, jako 35-latek, miał taką samą perspektywę. (…) Dziś jestem w takim momencie życia, gdy czuję się komfortowo, mówiąc swoim głosem – przekonuje w rozmowie z Going. MORE Tom Smith.
Stanisław Bryś, Going. MORE: Niedawno przyjechałeś do Polski w związku z premierą albumu There Is Nothing in the Dark That Isn’t There in the Light. Dłuższy koncert nad Wisłą jeszcze przed tobą, ale udało ci się zagrać w Muzycznym Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej. Jak poszło?
Tom Smith: Wyszło dobrze, chociaż faktycznie to był raczej krótszy występ niż pełnowymiarowy koncert – powiedziano mi, żebym zagrał tylko pięć utworów. Niedawno udałem się z tym albumem w trasę po Wielkiej Brytanii. Występowałem wraz z przyjacielem, mieliśmy dwa instrumenty na scenie. Tymczasem tu, w Warszawie, grałem sam i to było niezwykłe doświadczenie.
Portal Setlist.fm podpowiada, że pierwszy solowy koncert zagrałeś w 2009 roku, w sklepie charytatywnym Oxfam Shop w Londynie. Pamiętasz go?
Tak, to było coś w rodzaju akustycznego występu. Przez lata jako Editors graliśmy wiele razy w takiej formule, ale z jakiegoś powodu tamtego wieczoru zagrałem w pojedynkę. Śpiewanie piosenek w akompaniamencie samej gitary było wtedy dla mnie bardzo nietypowe, pewnie czułem przerażenie. Ale w końcu robiłem to dla Oxfam, więc jakoś poszło.
Czym dziś dla ciebie różni się koncertowanie w pojedynkę od gry z Editors?
Po pierwsze, moje solowe koncerty są zdecydowanie mniejsze i najczęściej siedzące. Tak jak wspomniałem, jestem na scenie z tylko jedną osobą. Gram utwory w akustycznych, jeszcze bardziej surowych wersjach niż na płycie. Jest naprawdę minimalistycznie. Wszyscy są spokojni i pojawia się dużo niezręcznej ciszy, ale im częściej występuję, tym bardziej się do niej przyzwyczajam.
Różnicą jest też na pewno brak efektów specjalnych i innych fajerwerków. Po prostu stoję ja, facet śpiewający smutne piosenki w towarzystwie gitary akustycznej. W przypadku Editors wszystko pozostaje głośniejsze, może nawet dramatyczne i przerysowane. Czujemy się jak superbohaterowie. Jako Tom Smith bywam trochę zdenerwowany, ale trzymam to pod kontrolą, bo granie w takim otoczeniu ostatecznie daje mi dużo satysfakcji. Wracam na szlak koncertowy w marcu, odwiedzę zresztą Warszawę (Tom Smith wystąpi w Palladium 23.03 – przyp. red.)
Przed chwilą minęło 20 lat od premiery The Back Room – pierwszego albumu Editors. Jak wspominasz siebie z tych czasów jako człowieka i artystę?
Pamiętam nagrywanie niektórych piosenek w kościółku w Lincolnshire. Byłem wtedy naprawdę młodym chłopakiem, miałem raptem 24 lata, ale jako zespół byliśmy bardzo poważni i podchodziliśmy do sprawy całkiem serio. Nasza muzyka była mocno klaustrofobiczna, co na pierwszej płycie zestawiliśmy z dużą energią i intensywnością. Dwa lata później album odniósł sukces, a my zjechaliśmy z nim prawie cały świat. To był niesamowicie ekscytujący czas i jestem za niego wdzięczny, ale wraz z wiekiem dochodzę do wniosku, że zbyt mocno przejmowałem się wtedy niektórymi rzeczami.
Co masz na myśli?
Gdy pojawiały się jakieś problemy, pozostawiały na mnie większy ślad, niż powinny. Po pewnym czasie występowanie stało się dla mnie dość trudne. Dopiero po kilku kolejnych płytach bardziej się zrelaksowałem i zacząłem czerpać większą przyjemność z muzyki.
Jest coś z tamtego okresu, do czego chciałbyś wrócić, żeby być dziś lepszym artystą?
Nie, obecnie jestem całkiem zadowolony z tego, gdzie jestem muzycznie i zawodowo jako artysta. Dostrzegam różnicę między sobą z przeszłości a teraźniejszości. Czuję się swobodnie i komfortowo, cieszę się tworzeniem solo i z Editors. Świat, w którym żyjemy, jest zupełnie inny niż 20 lat temu. Nastała era cyfrowa i diametralnie zmieniła sposób, w jaki ludzie słuchają muzyki. Ale mimo to, że my wraz z naszymi słuchaczami nie należymy do najmłodszych osób, wciąż istniejemy i robimy swoje.
Czyli raczej nie odczuwasz na własnej skórze konsekwencji cyfrowej rewolucji w muzyce?
Odpowiedziałbym twierdząco, gdybym dopiero debiutował. Okoliczności miałyby pewnie wpływ na decyzje dotyczące współpracy z wytwórnią albo stawianych sobie oczekiwań. Editors działa jednak już od 20 lat. Mamy pod wieloma względami stabilną pozycję. Daleko nam do bycia najpopularniejszym zespołem na świecie, ale mamy publiczność, która interesuje się naszą muzyką i chce nas oglądać. Nie musimy więc teraz tak bardzo grać w tę grę. Oczywiście, że są pewne elementy mediów społecznościowych, w które musimy się angażować, ale to pikuś w porównaniu z tym, co musielibyśmy robić jako początkujący. Bardzo jestem za to wdzięczny, bo przecież nikt nie chce oglądać 50-latków na TikToku (śmiech).
Z czego jesteś najbardziej dumny w dwudziestoletniej historii Editors?
Myślę, że z ewolucji i zachowania kreatywności – czy to właśnie w zespole, czy podczas robienia innych rzeczy. Wiele zespołów początkowo świeci w blasku reflektorów, ale potem naturalnie przestaje działać. Nam udało się znaleźć sposób na to, żeby podtrzymać w sobie ten ogień. Z tego faktycznie jestem dumny.
Ewolucją z pewnością było włączenie w szeregi zespołu Blanck Massa, czyli Benjamina Johna Powera. Jak układa się wasza współpraca?
W pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że stymulowanie kreatywności łączy się z pracą z innymi ludźmi. Członkowie tego samego zespołu korzystają z różnych instrumentów i inaczej myślą o muzyce. Pojawiają się też zewnętrzni producenci i kimś takim był dla nas Ben. Jego późniejsze, właściwe dołączenie do zespołu wydarzyło się w bardzo dziwnych czasach, podczas COVID-19. Początkowo planowaliśmy coś w rodzaju płyty klubowej. Kiedy jednak zaczęliśmy wysyłać sobie różne pomysły, nagrywać pierwsze fragmenty, a wszystko nabierało kształtów, zorientowaliśmy się, że to brzmi jak odważny album Editors. Pod koniec lockdownu uznaliśmy, że całość nie powinna być naszym pobocznym projektem, tylko po prostu kolejną płytą.
Jak zareagował na to Ben?
Był gotowy, ale chciał przez jakiś czas pograć z nami w zespole, bo nie jest do tego przyzwyczajony. Później mogliśmy spotkać się w studiu w piątkę, żeby dograć ostatnie kawałki. To było niesamowicie emocjonalne doświadczenie, bo przez dwa poprzednie lata pracowaliśmy zdalnie.
Wpływ Bena na Editors jest ogromny – w końcu ma bardzo silną muzyczną osobowość. Jego melodyka, pomysły i produkcja są dość ostre i bezpośrednie. Jednocześnie chciał w tym wszystkim, żebyśmy pozostali sobą. My doszliśmy do wniosku, że to fajny układ, ale szukaliśmy sposobu, jak wykorzystać jego udział i sprawić, by płyta wyróżniała się na tle innych. Na pewno EBM jest bezkompromisowe, bo Ben z definicji jest przeciwieństwem kompromisu. Za to go kochamy.
Muzyka, która odciąga od problemów. Cinnamon Gum opowiada o retro soulu, latach 60. i słabości do ery analogowej
Trzy lata po EBM prezentujesz solowy album – zdecydowanie spokojniejszy, bardziej stonowany, dystansujący się od elektroniki. Łatwo było ci skręcić w kierunku tak odmiennej estetyki?
Masz rację, wskazując na różnicę między EBM a moją płytą, ale pod wieloma względami moje zaangażowanie jako autora tekstów jest w obu przypadkach podobne. Wszystkie utwory, które dotąd napisałem, rozpoczęły się od tego, że sam próbowałem coś wymyślić, grając na gitarze akustycznej albo fortepianie. Tak było w przypadku Papillon, Munich czy Silent Vibe z mojej solowej płyty. Droga, którą podążają te pomysły, jest w przypadku każdego albumu nieco inna. To zależy, z kim pracuję i jak to robię. Jeśli chodzi o There Is Nothing…, początkowo chciałem wydać coś, co tworzyłem przez krótszy czas, by pokazać piosenki takimi, jakie były na starcie.
Swoje jednak odczekałeś. Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy stwierdziłeś, że mógłbyś też nagrywać solowe piosenki?
Być może wtedy w Oxfam Shop, gdy stałem sam na scenie? Do końca nie wiem. Myślę, że potrzebowałem odpowiedniej inspiracji, by nagrać tę płytę. Pomysł jej stworzenia kiełkował w mojej głowie od jakichś 10 lat. Niby w zespole też piszę piosenki, ale ostatecznie bazują na współpracy. W przypadku tego albumu poczułem, że zebrany materiał jest bardziej osobisty niż to, co zwykle piszę. Nieco szczerszy, odpowiedni do wydania pod własnym nazwiskiem. Nie sądzę, żebym wcześniej, jako 35-latek, miał taką samą perspektywę. Miałem potrzebę tworzenia z Andym (Burrowsem – przyp. red) albo Editors. Dziś jestem w takim momencie życia, gdy czuję się komfortowo, mówiąc swoim głosem.

Masz poczucie, że dwa albumy nagrane z Andym były przystankiem na drodze ku solowej działalności, czy traktujesz je jako zupełnie odrębny projekt?
Być może, zwłaszcza ta pierwsza. Mimo że zawarte na niej piosenki były świątecznymi coverami, nadal eksplorowałem w nich to, jak mój głos brzmi na tle akustycznych tekstur. To w pewnym sensie starszy brat mojej solowej płyty. Drugi album, Only Smith & Burrows Is Good Enough, był znacznie bardziej kreskówkowy i zabawny, bo w takim kierunku poszła też moja relacja z Andym.
Ale wszystko, co tworzę, jest jakoś ze sobą powiązane i na siebie oddziałuje. Nie mam w głowie żadnych granic. Po prostu w pewnym momencie trzeba się zmusić i zadać sobie pytanie: OK, czy ta piosenka bardziej pasowałaby do Editors, mojego duetu, czy może do solowych poczynań?. Najczęściej sprawdzam dany utwór w różnych konfiguracjach, a on sam decyduje, gdzie trafi.
Wspomniałeś, że dziś czujesz się komfortowo z mówieniem własnym głosem. Jest coś, co dało ci tę odwagę poza upływającym czasem?
Mogłoby się wydawać, że inni ludzie. Rozmawiałem o tej płycie z innymi osobami, na przykład z żoną albo z Iainem (Archerem, producentem albumu – przyp. red.). Sprawiali, że czułem się dobrze, ale ostateczną decyzję dotyczącą tego, co robić, i tak musiałem podjąć sam. Mogłem obudzić się pewnego dnia i stwierdzić, że warto to zrobić. Albo pomyśleć, że nie ma mowy, bo jestem tak przerażony. Tak można kręcić się w nieskończoność, aż nadchodzi moment, w którym trzeba już coś postanowić i się mocniej zaangażować. Musiałem nabrać takiej świadomości.
Czy czujesz się w tym procesie samotny?
Czasami tak, zwłaszcza gdy samemu opowiadam dziennikarzach o wszystkich sprawach, gram akustyczne sety albo rozdaję autografy. Jestem w tym dość bezbronny i na pewno wymagało to jakiejś odwagi. Bez moich kumpli zdecydowanie bywa samotniej.
Słuchając There is Nothing in the Dark…, odniosłem wrażenie, że rozliczasz się z przeszłością i żegnasz się z pewnymi elementami swojego życia. To też musiało wymagać odwagi.
Zdecydowanie na płycie jest dużo przyznawania się do potknięć i błędów popełnionych w relacjach. Jednocześnie czuję, że nie poprzestaję tylko na tym, a w piosenkach szukam też rozwiązań różnych problemów. Myślę o swoich działaniach i decyzjach, które podjąłem. Zastanawiam się, co może je uzdrowić.

Może kluczem jest częstsze kierowanie się w stronę światła niż ciemności? To coś, co postulujesz już na poziomie samego tytułu płyty.
Myślę, że tak naprawdę chodzi o równowagę między tymi dwoma elementami, bo oba mnie przyciągają. Uwielbiam ciepło melancholii: to przestrzeń, w której mogę funkcjonować długi czas. Dla autora to naprawdę żyzna gleba. Uwielbiam, gdy można dostrzec w melodii coś niepokojącego, mrocznego, może nawet nieszczęśliwego. Ale naprawdę interesujące rzeczy dzieją się w momencie połączenia takich emocji z nadzieją i miłością.
W taki sposób działamy też z Editors. Z jednej strony piszemy hymniczne, podnoszące na duchu piosenki rockowe, a z drugiej – teksty o kruchych, delikatnych ludziach takie jak Smokers Outside The Hospital Doors. Potrzebuję obu tych nastrojów. Powodem, dla którego moja płyta może działać, jak należy, nie jest tylko ślepa nadzieja. Uznaję swoje błędy i niepokoję się o świat, w którym żyjemy. Trzeba nad tym pracować, żeby móc pomagać sobie i innym.
Odnoszę wrażenie, że niektórym zdarza się wypierać te ciemniejsze strony życia. Trochę jakby wierzyli, że niemówienie o nich magicznie je usunie.
Staram się być ze sobą szczery. Pracując z Editors, chyba nigdy nie próbowałem kreować swojego innego wizerunku, nawet jeśli teksty mogły wydawać się tajemnicze, mniej przystępne i niejednoznaczne. Teraz poszedłem o krok dalej i jeszcze bardziej pozwoliłem sobie na bycie częścią tych piosenek. Tworzenie ideału nie jest dla mnie szczególnie interesujące. Lepiej śpiewać o rzeczach, które czynią cię człowiekiem i mogą być zrozumiałe dla innych ludzi.
Poczułeś ulgę, wyrzucając z siebie także te negatywne emocje?
Wiesz, podczas wywiadów takich jak ten jesteś zmuszony do refleksji nad tym, co zrobiłeś i dlaczego w taki, a nie inny sposób. Prawdę mówiąc, podczas tworzenia nie myślisz o takich aspektach jak ulga. Działasz raczej instynktownie, znajdujesz coś do powiedzenia i nie zastanawiasz się nad tym szerzej. Po prostu konsekwentnie uzupełniasz obraz.
– Życie jest po to, żeby żyć tak, jak chcesz – śpiewasz w refrenie jednego ze swoich utworów. Podzielisz się swoją receptą na dobre życie?
Tak naprawdę chodzi o to, by otaczać się ludźmi, którzy są dla ciebie dobrzy. To może być rodzina, ale też przyjaciele. Natomiast w samej piosence, o której mówisz, zwracam uwagę na to, by faktycznie znaleźć sposób, w jaki chcesz przeżyć życie. Te wersy układają się w coś naprawdę ważnego.
Tom Smith – There Is Nothing In The Dark That Isn’t There In The Light / 2025 / kup w Empiku
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach „newonce", „NOIZZ", „Czasopisma Ekrany", „Magazynu Kontakt", „Gazety Magnetofonowej" czy „Papaya.Rocks". Mieszka i pracuje w Warszawie.


