Varsavianista o modernistycznej Warszawie: „Nie ma za czym tęsknić”
Szefowa działu kreatywnego Going. Pisze i rozmawia o książkach, feminizmie…
– Mit złotego wieku Warszawy, którym miałyby być lata międzywojenne, trwał do niedawna. Dziś wydaje się, że gaśnie na naszych oczach. Pojawiły się inne punkty odniesienia – mówi Jarosław Trybuś, znawca modernistycznej Warszawy i zastępca dyrektora Zamku Królewskiego.
Klimat międzywojennej stolicy od lat rozpala wyobraźnię. Dziś doświadczamy go z dystansu, przeglądając piękne ujęcia wystawnych mieszkań pełnych stylowych mebli. Jarosław Trybuś, varsavianista i historyk architektury, w nowym albumie Warszawski modernizm. Współczesny portret międzywojennej stolicy postanowił uważniej przyjrzeć się temu okresowi i obalić narosłe wokół niego stereotypy. Poza jego esejami publikacja zawiera współczesne fotografie Michała Łukasika i teksty Aleksandry Boćkowskiej.

Międzywojenną Warszawę często przedstawia się jako elegancką i modernistyczną. Czy to nie przypadkiem narracja zbudowana na zdjęciach wybranej części miasta?
Jarosław Trybuś: Rzeczywiście przez zbyt długi czas międzywojenną Warszawę nazywano Paryżem Północy i pokazywano jako nowoczesną metropolię. To była mistyfikacja. Narodziła się w latach 70., a w pełni rozkwitła w latach 80.. Sytuacja w kraju się pogarszała, pamięć o międzywojniu zacierała, a to stworzyło podatny grunt do idealizowania przeszłości. Zwykle jesteśmy skłonni uważać teraźniejszość za gorszą od tego, co minione, zwłaszcza w czasach kryzysu.
Mit złotego wieku Warszawy, którym miałyby być lata międzywojenne, trwał do niedawna. Dziś wydaje się, że gaśnie na naszych oczach. Pojawiły się inne punkty odniesienia. Słusznie jednak zwróciła pani uwagę na rolę fotografii. Obraz przedwojennej stolicy w ogromnym stopniu opiera się właśnie na nich. Trzeba przy tym pamiętać, że w latach 20. i 30. fotografowanie było bardzo kosztowne. A drogiej kliszy nie marnuje się na fotografowanie tego, co brzydkie, nieudane czy prowizoryczne.
To dlatego mamy dziś tak wiele zdjęć reprezentatywnych fragmentów miasta, a właściwie nie mamy fotografii pokazujących realia życia większości jego mieszkańców. Tymczasem pod wieloma względami było tam niedobrze, a często po prostu bardzo źle.
Plan Zagospodarowania Warszawy z 1931 roku bywa nazywany przełomowym. Na ile odpowiadał na rzeczywiste potrzeby mieszkańców, a na ile był projektem wizerunkowym?
Jarosław Trybuś: Plany poprawy warunków życia w międzywojennej Warszawie opracowywano właściwie od samego początku — od odzyskania niepodległości i przywrócenia miastu funkcji stołecznych. Do korekty było wszystko. Urbaniści, architekci i ludzie władzy zastanawiali się choćby nad tym, jak Warszawę rozgęścić. Była bowiem najbardziej zagęszczonym miastem Europy.
Trzeba było zapewnić mieszkania, bo stołeczność i niepodległość spowodowały gwałtowny napływ nowych mieszkańców. Trzeba było przystosować infrastrukturę komunikacyjną, wodociągową i kanalizacyjną. A jednocześnie należało przygotować miasto do pełnienia nowych funkcji reprezentacyjnych i administracyjnych, do których zupełnie nie było przystosowane. Brakowało gmachów dla instytucji państwowych, dlatego urzędy lokowano w pałacach i innych prowizorycznych przestrzeniach. Skala wyzwań była wręcz niewyobrażalna, zwłaszcza jeśli pamiętamy, że II Rzeczpospolita była państwem biednym.
Ogólny Plan Zagospodarowania Miasta Warszawy z 1931 roku był propozycją bardzo nowoczesną i wyraźnie wychyloną w przyszłość. Wiara w lepsze jutro była cechą tamtej epoki. Dziś ten optymizm w dużej mierze utraciliśmy — w dobie wielokrotnych kryzysów przyszłość rysuje się raczej w ciemnych barwach. W latach trzydziestych postrzegano ją natomiast jako przestrzeń, w której znajdą się rozwiązania problemów współczesności. To właśnie dlatego plan z 1931 roku był tak dalekowzroczny.
Czy był realistyczny? Myślę, że w dużej mierze tak — przede wszystkim dlatego, że realizację najbardziej ambitnych założeń rozłożono w czasie. Wątpliwości budzą raczej projekty bardziej szczegółowe: sieć metra, nowa dzielnica olimpijska czy rządowa. Te elementy miały już wyraźnie charakter wizji — i, jak się zdaje, pełniły również funkcję wizerunkową, potrzebną władzy do budowania obrazu nowoczesnego państwa.

No właśnie, wspomniał pan o dzielnicy władzy, która miała powstać na Polu Mokotowskim. To też była forma ucieczki od przeludnionego centrum?
Jarosław Trybuś: Pierwsze propozycje rozplanowania nowej dzielnicy na Polu Mokotowskim pojawiają się bardzo wcześnie, tuż po odzyskaniu niepodległości. W centrum miasta po prostu nie było miejsca na nowe inwestycje. Kiedy Warszawa ponownie stała się stolicą, należało znaleźć lokalizacje dla wielu centralnych urzędów, a jedynymi większymi, niezabudowanymi przestrzeniami pozostawały tereny Pola Mokotowskiego.
Gdyby starczyło pieniędzy — i tu wchodzimy w obszar historycznej fikcji — zapewne doszłoby również do regulacji śródmieścia, co nieuchronnie wiązałoby się z wyburzeniami. Prezydent Stefan Starzyński powiedział w jednym z przemówień, że miasto „przejdzie jeszcze kiedyś swój okres burzenia”. To zdanie dobrze oddaje skalę i bezwzględność planowanych wówczas przekształceń.
Źle się zestarzały te słowa.
Jarosław Trybuś: To prawda. Wojna wszystko zmieniła. Niemniej warto pamiętać, że w okresie międzywojennym z dużą uwagą przyglądano się Rzymowi, który przechodził wówczas gruntowną przebudowę. Faszyści prowadzili tam szeroko zakrojone regulacje urbanistyczne. Co ciekawe, burzenie starej tkanki miejskiej w obliczu realnych potrzeb miasta było przyjmowane raczej z podziwem niż z oburzeniem.
Warszawa również o tym marzyła, ale do realizacji takich planów potrzebne były ogromne środki finansowe. Łatwiej było więc projektować od podstaw nową dzielnicę reprezentacyjną na jedynym większym niezabudowanym obszarze, czyli na Polu Mokotowskim. Znajdowały się tam hipodrom i lotnisko, a znaczna część terenu należała do wojska, co dawało możliwość przesunięcia istniejących funkcji. Hipodrom przeniesiono na Wyścigi, a lotnisko — na Okęcie.
W tej przestrzeni Bohdan Pniewski zaprojektował dzielnicę z ministerstwami, gmachem Biblioteki Narodowej, nową siedzibą Sejmu i Senatu oraz centralnie usytuowaną Świątynią Opatrzności. Dopełniać ją miały zabudowania uniwersyteckie oraz przedstawicielstwa zagraniczne — ambasady.

W takim kształcie tego planu oczywiście nie zrealizowano, ale dzięki temu Warszawa zyskała swój Central Park, czyli cenioną przez mieszkańców zieloną przestrzeń rekreacyjną. Na ile dobrze się stało?
Jarosław Trybuś: To jest pytanie z gatunku historycznego gdybania. I chyba nie warto odpowiadać na nie wprost, mówiąc, że „dobrze się stało”, że Warszawie nie udało się zrealizować przedwojennych planów. Lepiej powiedzieć, że miasto zostało mądrze odbudowane, a właściwie nawet nie tyle odbudowane, ile zbudowane na nowo. To, co naszym przodkom udało się zrobić po 1945 roku, pozostaje wydarzeniem wyjątkowym w skali świata. Z perspektywy roku 2026 możemy powiedzieć, że mamy miasto wygodne, dobrze funkcjonujące i — miejscami — urodziwe. Świadomie wymieniam tę ostatnią cechę na końcu.
Przejdźmy proszę do ruchu spółdzielczego. Czy to była realna alternatywa dla mieszkańców Warszawy?
Jarosław Trybuś: W latach 20. i 30. ruch spółdzielczy w Polsce był niezwykle rozwinięty. Statystyki pokazują, że mieliśmy wówczas najwięcej funkcjonujących spółdzielni w Europie. To mówi bardzo dużo o kondycji społeczeństwa, które chciało się samo organizować w imię lepszej przyszłości. Państwo nie domagało — było zbyt biedne, a potrzeby zbyt duże, więc ludzie brali sprawy w swoje ręce. Spółdzielczość realnie wpływała na codzienne funkcjonowanie kraju.
Jeśli chodzi o budownictwo mieszkaniowe, te działania również przynosiły bardzo dobre rezultaty. Skala inwestycji nie była może ogromna, ale trzeba pamiętać, że są to procesy długofalowe, które brutalnie przerwała wojna. Mimo to środowiskom skupionym wokół konkretnych celów udało się wypracować najlepsze możliwe metody ich realizacji. Powstał model zamieszkiwania zapewniający godne minimum, pełną infrastrukturę i możliwie niskie koszty — dzięki rezygnacji z pośredników.
Uregulowano także kwestie własności, tak często stojące za logiką zysku. Ruch spółdzielczy był więc bardzo istotny, sprawnie funkcjonował i zdążył zrobić wiele dobrego. Stąd zresztą jego kontynuacja w okresie PRL-u. Dziś patrzymy na spółdzielnie z rezerwą, bo kojarzą się właśnie z tamtym czasem. Ja jednak wierzę i liczę na to, że jeszcze przeżyją swój kolejny okres rozkwitu.
Po drugiej stronie mamy Lex E. Wedel. Prawo umożliwiało bogaczom budowanie drogich kamienic i odliczanie poniesionych kosztów. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że estetyczna legenda przedwojennej Warszawy została sfinansowana kosztem mieszkańców? Na ile faktycznie było to niedopatrzenie po stronie państwa?
Jarosław Trybuś: Życie jest skomplikowane i legislacja także. Sprawa Lex E. Wedel jest złożona. Bez wątpienia za chęcią uregulowania przepisów, które zachęcą zamożnych inwestorów do budowania nowych mieszkań, stała dobra intencja państwa. Chodziło o przerzucenie kosztów wznoszenia nowych mieszkań z państwa, które pieniędzy nie miało, na osoby prywatne czy firmy. Szła za tym obietnica przyszłych zysków, ale też możliwość odpisania kosztów inwestycji od podatku. Poszło to jednak odrobinę za daleko, między innymi dlatego, że nie wyznaczono limitów, a zatem im więcej włożono, tym więcej można było zyskać. Zabrakło bezpiecznika. W ten sposób zbudowano sporo nowych mieszkań, ale nie dla tych którzy ich najbardziej potrzebowali, tylko dla najzamożniejszej klienteli.
Podobno za lobbowaniem korzystnych dla inwestorów zapisów stał Król Czekolady, dr Jan Wedel, ale nie tylko on był ich beneficjentem. Wspomniała pani, że zyskała na tym Warszawa. W pewnym sensie tak – ze względu na swoją solidność budynki te w znacznej liczbie przetrwały wojnę. Były nowe i dobrze wykończone. Chętnie mieszkali w nich niemieccy okupanci, a skoro w nich mieszkali, to ich nie niszczyli.
Mam poczucie, że Lex E. Wedel tak mocno działa na współczesną wyobraźnię przez to, że późny kapitalizm obfituje w bogatych lobbystów, którzy wpływają na państwo, żeby uzyskać dla siebie rozmaite korzyści. Wydaje mi się jednak, że zestawienie Wedla z Bezosem byłoby niesprawiedliwe.
Jarosław Trybuś: Byłoby. Nawet jeśli Lex E. Wedel służyło jego majątkowi, to sam Jan Wedel był niezwykle wrażliwym społecznie człowiekiem. Angażował się w poprawę bytu wszystkich ludzi, którzy u niego pracowali.
Czy dzisiejsza fascynacja międzywojniem jest formą ucieczki od współczesnych problemów mieszkaniowych, które momentami są w gruncie rzeczy dosyć podobne?
Jarosław Trybuś: Oczywiście, że tak. Każda fascynacja przeszłością ma w sobie wątek ucieczki od teraźniejszości. Mamy wiele powodów, żeby uciekać, więc nie ma się co dziwić, że chronimy swoje wyobrażenia w tym wyidealizowanym świecie. Rzecz jasna wszyscy chętnie wyobrażamy sobie siebie w tych najlepszych domach i mieszkaniach z pasmowymi oknami, tarasami na dachach i Stryjeńską na ścianie.
A na ile obecne spory o deweloperów, ulgi podatkowe i rynek, który sam się wyreguluje, są powtórką argumentów z lat trzydziestych?
Jarosław Trybuś: Nic dwa razy się nie zdarza, ale rzeczywiście kapitał zawsze dąży do tego, żeby się pomnażać i robi to wszystkimi możliwymi środkami. Rolą społeczeństwa i państwa, które występuje w jego imieniu, jest to, żeby te procesy regulować. Różnie z tym bywa. Widzimy, że raz jest lepiej, raz gorzej. Dlatego powinniśmy pilnować prawodawców, żeby nie zafundowali nam kolejnego Lex E. Wedel. Chociaż oczywiście rozwiązania współcześnie proponowane przez deweloperów wydają się dużo mniej subtelne.
Gdyby miał pan podważyć najważniejszy mit o międzywojennej Warszawie, który dziś powtarzamy, co by nim było?
Jarosław Trybuś: Międzywojenna Warszawa jest niezwykle interesującym przedmiotem do badań i pod każdym względem: społecznym, urbanistycznym, architektonicznym, artystycznym. Działo się w niej bardzo dużo i było to bez wątpienia interesujący okres jej dziejów. Ale nie ma za czym tęsknić. Jestem przekonany, że jeśli chodzi o Warszawę, teraz są jej najlepsze czasy.
Szefowa działu kreatywnego Going. Pisze i rozmawia o książkach, feminizmie i różnych formach kultury. Prowadzi audycję / podcast Orbita Literacka. Prywatnie psia mama.

