Czytasz
„Zadra”, czyli muzyka 1988, Margaret i kobiecy rap. Rozmawiamy o filmie

„Zadra”, czyli muzyka 1988, Margaret i kobiecy rap. Rozmawiamy o filmie

Hip-hop na ekranach polskich kin nadal czeka na większą reprezentację. Każdej produkcji, w której się pojawia, przyglądamy się dlatego z dużą uważnością. Teraz padło na Zadrę Grzegorza Mołdy.

Film wyprodukowany przez TFP wszedł do kin 9 marca. Dla jego reżysera, wspomnianego Mołdy, to druga kinowa premiera w ostatnim czasie. Kilka miesięcy temu twórca nominowany do Odkryć Empiku zaprezentował widzom Matecznik. Głównym bohaterem tamtego dramatu, formalnie mocno inspirowanego grecką nową falą, jest Karol (w tej roli Michał Zieliński), chłopak po przejściach. Bohater próbuje ułożyć sobie życie, a środkiem do wyjścia na prostą ma być dla niego mieszkanie treningowe. Codziennie odwiedza go tam opiekunka Marta. Kobieta uczy podopiecznego, jak odnaleźć się w rzeczywistości pełnej wyzwań, nakazów i konwenansów.

Grzegorz Mołda opowiedział nam o swoich odkryciach. Czego dowiedział się podczas pracy nad obydwoma filmami?

Marzenia o byciu raperką

Zadra w zderzeniu z Matecznikiem jest zupełnie inna. W niej również przemycono wątki rodem z dramatów społecznych, ale prym wiedzie tu przede wszystkim muzyka. Główna bohaterka marzy o zostaniu raperką i udaje się w trasę z bardziej doświadczonym kolegą po fachu, Motylem. Jej przyjaciółkę zagrała Margaret, dla której to pierwsza większa rola filmowa. Muzykę do Zadry skomponował rozchwytywany ostatnio 1988, zaś zwrotki nawijane przez protagonistów napisał Żyto. Ten pierwszy zaliczył jeszcze ekranowy epizod jako sąsiad z bramy.

Zwiastun filmu Zadra Grzegorza Mołdy / Mówi Serwis

Hip-hopowy rodowód Zadry to coś, do czego nie trzeba było nas długo przekonywać. Dzięki uprzejmości dystrybutora, Mówi Serwis, zobaczyliśmy produkcję jeszcze w lutym. Spróbowaliśmy spojrzeć na nią z dwóch różnych perspektyw. Raportażystę bardziej interesowało, czy film jest właściwą reprezentacją kobiecego rapu. Stanisław Bryś poza scenariuszową wiarygodnością ocenił warsztat Mołdy. Oto nasz recenzyjny dwugłos!

Magdalena Wieczorek w filmie Zadra zagrała główną rolę / fot. Dawid Olczak / materiały prasowe

Zadra oczami Raportażysty

Każdy, kto jest odrobinę zaznajomiony z uniwersum polskiego hip-hopu, dozna dysonansu poznawczego podczas oglądania Zadry. Trudno się zorientować, w jakich czasach dzieje się akcja. Muzyka wyprodukowana na potrzeby filmu zdaje się w pełni współczesnym pop-rapem, którego aktualnie dostajemy pełno. Świat przedstawiony sugeruje z kolei coś wokół głębokiego 2015 roku.

Główna protagonistka próbuje wybić się poprzez YouTube’a, a podstawowym profilem jej kreacji artystycznej w internecie jest fanpage na Facebooku. Pachnie to latami minionymi. Już dawno strony na FB zostały wyparte przez Instagrama, a na YT oczywiście wciąż się publikuje, lecz wrzucenie swojej muzy na streamingi przez losową osobę kosztuje grosze. Początki Zadry (Magdalena Wieczorek) sugerują dziki okres połowy zeszłej dekady, ale już po chwili przekonujemy się, że nie są to w pełni świadomie narzucone ramy czasowe.

Zadra (Magdalena Wieczorek) i Motyl (Jakub Gierszał) / fot. Dawid Olczak

Mobilny cyrk i radio

Kolejnym wybiciem z immersji podczas oglądania jest postać Motyla (Jakub Gierszał). W którymś momencie pada informacja, że jest najpopularniejszym raperem w kraju. To nijak ma się do tego, w jakich salach daje swoje występy. Polska wydaje się w tym filmie składać tylko z drobnych klubików na 200 osób, co z kolei sugeruje jakiś głęboki 2011, mimo że nawet wtedy najpopularniejsi MC w Polsce grywali w większych miejscach (choć grali wtedy zupełnie inny rap). Nie wiadomo gdzie, podczas jakiej pory roku i po jakich miejscach podróżują też podczas tej niby trasy koncertowej. Czy to wszystko dzieje się w ramach touru promującego album? Czy zahaczają o losowe miasta jak międzymiastowy, mobilny cyrk? Nie wiadomo.

Co więcej, głównym kanałem, w którym poruszany jest temat dramy Motyla z Zadrą, jest… radio. Cały świat przedstawiony w Zadrze jest miszmaszem różnych epok internetowych i tradycyjnych mediów oraz randomowych komponentów świata polskiego rapu ostatnich 10 lat. Ciężko się do czegokolwiek odnieść, coś z czymś skojarzyć, a jeszcze do tej archaicznej historii jest wyprodukowana muzyka, która z sukcesem mogłaby wyjść dzisiaj. Czyli w erze tiktokowych trendów, gdzie potencjalni słuchacze Zadry nigdy nie zalajkowaliby jej fanpejdża i nigdy nie usłyszeliby o niej w paśmie radiowym.

Piosenka Sen promuje film Zadra, który od dziś zobaczycie w polskich kinach.

Pasmo muzycznych sukcesów

Trochę podłamuje również oś fabularna. Zadra w zasadzie niczego w muzyce nie osiąga sama. Ma dość odwagi, żeby zagrać swój kawałek na scenie u innego rapera, a reszta już płynie zupełnie swoim nurtem. Jej jedyną pozytywną przemianą w całym filmie jest klasyczne zrozumienie wartości takich jak rodzina i przyjaźń. A nawet nie do końca, bo z jakiegoś powodu nawet nie godzi się ze swoją przyjaciółką, tylko przekazuje jej prezent na zgodę przez swojego byłego chłopaka (?). W filmie nie ma żadnych wzlotów i upadków muzycznych, są jedynie te życiowe. Czego by Zadra nie zrobiła w ramach koncertu czy wypuszczania kolejnych singli – zawsze przyjmuje się to fenomenalnie. Nie spotykamy się z żadną krytyką jej rapu, co odbiera jej bardzo dużo wiarygodności jako artystce.

Magdalena Różczka i Magdalena Wieczorek w filmie Zadra / fot. Dawid Olczak

Zadra oczami Stanisława Brysia

Zadrze nie chodzi tylko o zdobycie poklasku, choć boli ją, że jej pierwsze single słucha tylko garstka osób. Muzyka ma być dla niej nowym otwarciem. Dzięki niej spłaci dług za zniszczenie samochodu szefa, który w poprzedniej pracy uprzykrzał jej życie. Pomoże matce, sprzątaczce samotnie wychowującej syna i niemającej kontaktu z mężem. Udowodni chłopakowi, że też może dołożyć się do ich wspólnych wakacji. Zacieśni relacje z przyjaciółką, podobnie jak ona marzącą o karierze raperki.

Sprawdź też
narodowe potrawy Polski

Dziewczyny na front

W tym kontekście film Mołdy, podobnie jak Magdalena Filipa Gieldona, ma niewątpliwie wymiar emancypacyjny. Cieszy fakt, że rozgrywa się akurat w środowisku hip-hopowym, gdzie dziewczyny nadal bywają traktowane przedmiotowo, jako atrakcyjny wizualnie dodatek do headlinerów. Częściej komentuje się ich wygląd, między wersami sugeruje się, że dostały się do rap-gry przez łóżko. Zadra nie pada ofiarą takich seksistowskich komentarzy – lub przynajmniej są tu pominięte. Dzięki spontanicznemu występowi na koncercie Motyla staje się jego hypemanką. Od razu zdobywa też przychylność publiczności. Tłumy w zachwycie wykrzykują jej ksywę i proszą ją o zdjęcia.

Zadra – Feniks

Reżyser dla kontrastu celnie zauważa, że sława i bycie w blasku reflektorów mają jednak swoje mroczniejsze oblicze. A już zwłaszcza dla kogoś, kto zbyt szybko się nimi zachłystuje. Na przedłużającej się trasie koncertowej różne używki i pokusy są na wyciągnięcie ręki. W takich okolicznościach – i z empatycznym, szarmanckim raperem u boku – łatwo zapomnieć o dotychczasowym życiu. W odstawkę idą martwiący się chłopak i przyjaciółka. Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Do tej historii przesłanie tego powiedzenia pasuje jak ulał.

Klisze i zbitek wyobrażeń

W obrazowaniu tego, jak Zadra próbuje konfrontować się z rzeczywistością, Grzegorz Mołda nie uniknął jednak dwóch problemów. Właściwie wyczerpująco opisał je Raportażysta, ale dołożę jeszcze swoje trzy grosze. Sam czuję, że koncepty, na których bazują podobne filmy, nie muszą być w stu procentach zgodne z prawdą. W końcu mamy do czynienia z licentia poetica, a nie z reportażem dokumentalnym. Sęk w tym, że scenariuszowych nieprawdopodobieństw i przeskoków jest tu aż nadto. Ostatecznie wyszedłem z sali projekcyjnej z przekonaniem, że cała historia jest zbitkiem bardzo różnych i niekoniecznie przystających do siebie wyobrażeń na temat show-businessu. Wiele mówią o tym migawki ze wspólnych koncertów bohaterki i Motyla. Ograniczenia produkcyjne (a może brak doświadczenia w realizacji scen zbiorowych?) sprawiają, że same występy wyglądają dość biednie. Za ich kulisami rozgrywa się jednak istne szaleństwo, suto zakrapiane alkoholem i napędzane narkotykami.

Zadra (Magdalena Wieczorek) i Motyl (Jakub Gierszał) na scenie / fot. Dawid Olczak

Inną kwestią jest faktyczna podmiotowość raperki. Jej ustawienie na pierwszym planie naturalnie cieszy. Bohaterka jest jednak cały czas sterowana przez mężczyzn. Najpierw kłody pod nogi rzuca jej wspomniany szef. Sukcesy, jakie osiąga, są zawsze sprzężone z innymi osobami rozdającymi karty. Bez Motyla nadal byłaby peryferyjną artystką. Później, gdy między nimi dochodzi do sprzeczki, próbuje ugrać kapitał na jego beatach. Na pierwszy rzut oka to celna diagnoza przemysłu muzycznego – niby sprzyjającego feminizmowi, a jednak nadal nieukładanego pod kobiety. Problem w tym, że persony ustanawiane przez reżysera wchodzą w binarne klisze. Empatyczny mentor, dziewczyna marząca o sławie, zazdrosny chłopak – było tego już wiele. Być może gdyby zniuansować te postacie, wymiar emancypacyjny Zadry byłby bardziej wiarygodny, a tym samym wyrazistszy.

Plakat filmu Zadra Grzegorza Mołdy / materiały prasowe
Copyright © Going. 2021 • Wszelkie prawa zastrzeżone