Czytasz teraz
Punkowe covery i mnóstwo szydery. Rozmawiamy ze Spike’iem Slawsonem ze Spike and the Gimme Gimmes
Muzyka

Punkowe covery i mnóstwo szydery. Rozmawiamy ze Spike’iem Slawsonem ze Spike and the Gimme Gimmes

Spike and the Gimme Gimmes

Spike and the Gimme Gimmes od 30 lat nadają radiowym przebojom zadziornej, gitarowej mocy, nie oszczędzając nikogo, nawet Eltona Johna, ABBĘ czy Dolly Parton. Grają na humorze i absurdalnych kontrastach, bo jak twierdzi ich lider, życie samo w sobie jest zbyt poważne, by dodatkowo podchodzić do niego na serio. Z frontmanem grupy spotykamy się na chwilę przed jedynym polskim koncertem. 

→
Hity, które znasz. Wersje, których się nie spodziewasz. Wchodzisz w to?
KUP BILET

Spike and the Gimme Gimmes, wcześniej znane jako Me First and the Gimme Gimmes, wsparci przez Bulbulators i Electric Gospels przyjadą nad Wisłę w niedzielę 8 listopada 2026 roku. Koncert w warszawskiej Proximie będzie częścią europejskiej trasy promującej ich nową płytę Spike and the Gimme Gimmes Shit the Bed, na której coverują m.in. Outkast, Cyndi Lauper i Beach Boys. Bilety w cenie od 136 zł są wciąż dostępne w Going… i polecamy się w nie szybko zaopatrzyć, bo takiego cover bandu z dużym prawdopodobieństwem jeszcze nie słyszeliście.

Spike and the Gimme Gimmes
Spike and the Gimme Gimmes: Koncert w Polsce już w niedzielę 8 listopada 2026 roku. Bilety wciąż dostępne! / fot. WiniaryBookings / materiały prasowe

Stanisław Bryś, Going. MORE: Pierwszym coverem, który wydaliście po zmianie nazwy zespołu na Spike and the Gimme Gimmes, było We Are The World. Celowo? 

Spike Slawson, lider i pomysłodawca grupy Spike and the Gimme Gimmes: Było kilka powodów. Oryginalna piosenka bardzo nam się podoba. Poza tym chcieliśmy wesprzeć organizację charytatywną Sweet Relief Musicians Fund, w którą wierzymy. Pomaga muzykom, zapewniając im środki na takie rzeczy jak opieka zdrowotna czy dostęp do sal prób. Ale niezależnie od tego, jaki utwór wybierzemy, chcemy, żeby krył się w niej humor i ironia. Oryginalne We Are The World, zwłaszcza gdy posłuchasz jego dziś, wyda się dość męczące, a przez to przezabawne. To wcale nie jest tak, że robi ci się od niego lżej na sercu. 

Najbardziej podobała mi się znudzona, niewzruszona poza Boba Dylana.  

Była niesamowita. Podobno Stevie Wonder musiał uczyć go, jak brzmieć jak Bob Dylan. Mówił: Wiesz, zrób to w swoim stylu, tak jak umiesz, rozumiesz? A on nie potrafił tego oddać mimiką twarzy. Był zupełnie na to obojętny. Ale jeszcze gorsze były osoby, które zdradzały duże zaangażowanie emocjonalne, czasem wręcz absurdalne. Mówię o wielu zapomnianych już piosenkarzach, o których nie myśli się już od miesięcy. Widzisz ich i myślisz: O Boże! Taki Steve Perry z Journey był jak Juice Newton.

A potem przypominam sobie jedną z moich ulubionych scen, której nie było w teledysku, ale pojawiła się w materiale zakulisowym. Chodzi o Michaela Jacksona słyszącego, jak śpiewają Cyndi Lauper i Huey Lewis. Och, ten jego wyraz twarzy, jakby wprost mówił: Całkowicie zawładnęliście moją ekspresją! Jest taka scena, gdzie ma założone słuchawki i spogląda w ich stronę, jakby ktoś pierdnął.

Spike and the Gimme Gimmes — We Are The World

Jak dobrałeś członków chóru w swojej wersji We Are The World? 

Spike Slawson ze Spike and the Gimme Gimmes: Jako że zrobiono tak w oryginale, już w ciągu minuty od podjęcia decyzji o nagraniu coveru wiedzieliśmy, że chcemy, żeby śpiewali w niej inni ludzie. Zaczęliśmy tworzyć listę zaprzyjaźnionych osób, które poprosiliśmy o gościnny występ. Cieszę się, że odpowiedzieli na nasze zaproszenie i podeszli do tego z humorem.

Faktycznie zachowaliście duży dystans, ale nie zapomnieliście o szczytnym celu, który towarzyszył pierwotnej akcji. 

Spike Slawson ze Spike and the Gimme Gimmes: Nie chcę, żeby sam utwór był traktowany poważnie, na pewno nie w naszym wykonaniu. Ale fakt, że przychody z jego odsłuchów trafiają na konto organizacji charytatywnej, zabezpiecza nas przed zarzutami, że tylko się nabijamy (śmiech). 

Uważasz, że rynek muzyczny jako całość jest zbyt poważny? 

Spike Slawson ze Spike and the Gimme Gimmes: Wolałbym wypowiedzieć się na temat muzyki i kultury punkowej. Tak więc uważam, że stały się zbyt poważne. W latach 90. niektóre zespoły zdobyły większą popularność niż Green Day, The Offspring czy Nirvana. Skutkiem tego było — moim zdaniem błędne — przekonanie ludzi, że punk odgrywa istotną rolę w dyskursie politycznym. 

Spike and the Gimme Gimmes
Spike and the Gimme Gimmes / fot. materiały prasowe

Dlaczego błędne?

Spike Slawson ze Spike and the Gimme Gimmes: Uwielbiam polityczny punk. Wiele z moich poglądów ukształtowało się dzięki słuchaniu i czytaniu tekstów Crass, Crucifix czy Dead Kennedys. Ale czuję, że minęły już czasy, gdy biały dzieciak z klasy średniej krzyczący o problemach świata wydaje się istotny albo pomocny. 

Niektóre grupy z lat 70., jeszcze przed moimi czasami, wcale nie śpiewały ani nie mówiły o polityce. Na pewno miały swoje poglądy, ale gdy wychodziły na scenę, stawały się czymś innym. Podważały twój sposób myślenia bardziej poprzez styl i klimat niż za pomocą słów i kazań. Na szczęście widać zmiany. Poważnym zespołem, choć je same trzeba traktować bardzo serio, na pewno nie jest choćby Amyl and the Sniffers. 

Zwariowane to w ich przypadku mało powiedziane. 

Spike Slawson ze Spike and the Gimme Gimmes: To prawdziwa siła natury, Amyl śpiewa tak, jakby wypędzała z siebie demony. To robi wrażenie, ale oni nie traktują muzyki szczególnie poważnie. Życie to poważna sprawa, z tym że nie trzeba podchodzić do niego na serio. Gimme Gimmes na pewno tego nie robią. 

Punk w przyszłym roku obchodzi 50. urodziny. A co, gdyby świętować je na festiwalu w Bieszczadach?

Czy żart to forma obrony przed tym, jak wygląda współczesny świat? 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Na pewno nie uratuje go dzieciak z klasy średniej mówiący o problemach, które wszyscy już dobrze znamy. Nic nie wniesiesz do życia ludzi, jeśli opowiadasz o nich tak, jakbyś mówił dowcipy. W Stanach jest teraz mnóstwo świetnych komików. Najlepsi z nich to tacy, po których skeczu pytasz się swojego partnera: Chwileczkę. Czy on naprawdę miał to na myśli? Kiedy nie wiesz, czy identyfikujesz się z tą osobą, czy wolałbyś jej jednak wygarnąć, orientujesz się, że twojemu myśleniu zostało rzucone wyzwanie. To właśnie przewaga żartu nad kazaniem.

Skoro rozmawiamy o żartach, ciekawi mnie, czy jakiś wykonawca poczuł się urażony tym, jak zinterpretowaliście jego pomysły. 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Tak było z Eagles. Złożyliśmy wniosek o licencję synchronizacyjną, której potrzebowaliśmy, by nakręcić teledysk do utworu Desperado z naszej płyty country. Dobry Boże, to było 20 lat temu. Od razu odpowiedzieli, że nie możemy nagrać coveru i nakręcić teledysku, a poza tym zespół nienawidzi naszej wersji. Pomyślałem: Co mogło stać się lepszego? Jeśli chciałbym, żeby Eagles podobał się nasz utwór, musiałbym gruntownie przemyśleć wszystko, co zrobiłem w muzyce. Z tego co wiem, była to jedyna reakcja ze strony jakiegokolwiek wykonawcy.

Czyli nie dostaliście żadnych pochwał od twórców z nieco większym dystansem do siebie? 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Zgadza się. Nie, żebym tego szczególnie pragnął i do tego dążył. Nie chodzi mi nawet o uznanie słuchacza. Wolę, żeby zadał sobie pytanie: Rany, czy on naprawdę miał na myśli to, co właśnie powiedział? Nie chcę, żeby mieli pewność co do naszych intencji.

A czy to, jak słuchacze odnoszą się dziś do waszej muzyki, zmieniło się w ciągu 30 lat, odkąd zaczęliście grać jako Me First and the Gimme Gimmes? 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Tak, bo to nie media społecznościowe tak bardzo się zmieniły. Taki MySpace — Boże, świetne to było! — stanowił po prostu technologiczne usprawnienie tego, co robiono wcześniej. Inny jest sposób, w jaki korzystamy z tych platform. Wiele osób ich nadużywa, codziennie dzieląc się swoimi przemyśleniami, pomysłami czy opiniami. Ale jednocześnie pozwalają dotrzeć do większego grona. Sami z tego skorzystaliśmy w trakcie pandemii.

→
Dziś już można koncertować. Nie ma wymówki, by nie zobaczyć Spike’a na żywo!
KUP BILET

Jak? 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Nakręciliśmy coś w rodzaju programu telewizyjnego i transmitowaliśmy to jak koncert na żywo. Kręciliśmy to tutaj, w rejonie Zatoki San Francisco, bez publiczności. Uważam, że jak na tamte czasy i okoliczności to było najlepsze, co mogliśmy zrobić.

To chyba dla ciebie, zwierzęcia koncertowego, musiał być niełatwy czas. 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Ale pokazał, że wiele ludzi wciąż pragnie koncertów, obecności innych i ich zapachu. Nieprzewidywalnej energii kinetycznej, jaką daje przebywanie w jednej przestrzeni z grupą nieznajomych oglądających ten sam zespół. To daje mi nadzieję i optymizm. Nawet w erze technologii nic nie zastąpi doświadczenia muzyki na żywo.

Zobacz, jak 15 lat temu Spike and the Gimme Gimmes zagrali szlagier Over the Rainbow!

Dobrze, że mówisz o tym aspekcie, bo sztuczna inteligencja jeszcze długo go nie zrekonstruuje. Ale płytę z coverami znanych przebojów na punkową modłę już nagra. 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: OK, ale to coś zupełnie innego. Nie wiem, ile masz lat, ale jesteś pewnie w stanie powiedzieć, czy coś zostało wygenerowane przez AI. 

Coraz o to trudniej. 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: No ale na pewno lepiej byś to ocenił niż swój dziadek. Żywię duży optymizm względem młodych, którzy mają wyczucie na to, co jest fałszywe. Potrafią odróżnić bzdury od czegoś sensownego i pragną tego drugiego. Obecnie faktycznie staje się to podchwytliwe, bo AI jest coraz bardziej wyrafinowana. Ale czasem nie chodzi nawet o to, czy coś widać, tylko o kontekst. O ocenę sytuacji, która nigdy nie miałaby miejsca w prawdziwym świecie, na przykład psa chihuahua paradującego w sukni ślubnej. 

Ale mam jeszcze jedną myśl. Przejście na sztuczną inteligencję nie wydaje mi się aż tak wielkim przełomem, bo już wcześniej manipulowaliśmy czasem i przestrzenią, tnąc taśmy magnetofonowe. Liczę jednak na to, że to właśnie ona unaoczni pustkę wielu popowych utworów z tej i poprzednich dekad. Trudno dostrzec różnicę między utworem Britney Spears czy *NSYNC a tym stworzonym przez AI, bo są idealne. Nie brzmią, jakby zostały wymyślone przez ludzi.

Naprawdę wierzysz, że słuchacze będą bardziej wymagający względem artystów? 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Wiesz, potrzebujemy muzyki i sztuki w naszych życiach, ale nie są jak jedzenie czy schronienie. Kiedy więc ludzie wydają na nie pieniądze, chcą czegoś prawdziwego, stworzonego przez innego człowieka. To tak, jakbyś w zasadzie oddawał swoje oczy, uszy lub wrażliwość. Widzę, że w Stanach Zjednoczonych już teraz istnieje duży opór względem sztucznej inteligencji.

Zobacz również
Richard Bona Quintet

Wróćmy do tego, co powiedziałeś o współczesnym popie. W jednym z wywiadów stwierdziłeś, że z trudem przychodzi ci przechodzenie do teraźniejszości. W repertuarze zespołu nadal jest więcej starszych piosenek. Czy rytm waszemu graniu wciąż nadaje nostalgia? 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Absolutnie tak. Może ma z tym coś wspólnego fakt, że jesteśmy w różnym wieku i gramy taki styl, który brzmi jak muzyka z innej epoki. Staram się bardzo ostrożnie podchodzić do nostalgii, bo niekoniecznie uważam, że jest pomocna. Uznając jednak, że punk nie uległ poprawie w ciągu ostatnich 30 czy 40 lat, nie wiem, po co miałbym grać coś współcześniejszego. Wybieram coś bliższego złotej erze tego stylu, na przykład w kwestii technik nagrywania. Producenci wycinali fragmenty, manipulowali, tworzyli pętle, ale w ich brzmieniu i tak było coś ludzkiego. Niezależnie od tego, czy słuchałeś tylko jednej piosenki, czy całej płyty, przenosiłeś się do zupełnie innego świata. 

Dziś — i o tym mówiłem w kontekście popu — artyści prześcigają się w tym, by wszystko było wyraźne i nieskazitelne. Sam wolałbym usłyszeć coś, co brzmi, jakby zostało nagrane w sali gimnastycznej, gdzie dźwięki łączą się w jedną wielką mieszaninę. Idealne partie basu, perkusji i innych instrumentów to nie muzyka, tylko egoizm.

Ciekawe, że człowiek może tęsknić za jakąś epoką w muzyce, nawet jeśli nie poczuł jej na własnej skórze. John Koenig w Słowniku nieoczywistych smutków nazwał taką emocję anemoią. 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Zauważyłem to, wychodząc na koncerty. Kiedyś, gdy muzycy się starzeli, ludzie przestawali chodzić na ich koncerty. Dziś zespoły w podeszłym wieku są oglądane w masowych ilościach, także przez słuchaczy, którzy wcześniej o nich nie słyszeli. Młodsze pokolenia mogą żywić przekonanie, że to, co najlepsze, już się wydarzyło. To nie do końca zdrowe podejście, ale sam się z nim zgadzam.

Inna sprawa, że niektóre współczesne zespoły traktują muzykę i kulturę punkową tak, jakby powstały w latach 70. lub 80. Ich duch powinien inspirować do robienia o wiele ciekawszych rzeczy, niezależnie od tego, jak je później nazwiemy. Dobrym tego przykładem jest electro: naprawdę ciekawe zboczenie z drogi, gdy ludzie wykorzystali coś, co moim zdaniem można nazwać punkową energią, i stworzyli zupełnie nowy gatunek. Punk to styl, który wciąż jeszcze wiele pomieści, na przykład nowe formy ekspresji, których w tej chwili nie potrafię sobie wyobrazić. Weźmy na przykład taki zespół Son Rompe Pera z Meksyku, który jutro wystąpi tutaj, w San Francisco. Gra cumbię zmieszaną z punk rockiem.

Sesja dla radia KEXP w wykonaniu meksykańskiego zespołu Son Rompe Pera, o którym wspomniał Spike Slawson ze Spike and the Gimme Gimmes.

Ciekawe połączenie. 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Dziwne, ale działa świetnie. Son Rome Pera naprawdę ciężko pracują. Co wieczór wnoszą po schodach do innego klubu drewnianą marimbę, która jest tak duża jak trzej z nich. Później na niej grają w całkowicie nowym stylu i języku. W zestawieniu z takimi rzeczami nostalgia jest dość toksyczna. 

Dodam jeszcze jedną rzecz. Ostatnio zobaczyłem mema — nie mogę uwierzyć, że to właśnie powiedziałem! — który mówił, że za część najlepszej muzyki w historii były odpowiedzialne tanie czynsze. Był na nim napis: Teraz członkowie The Velvet Underground pewnie jeździliby dla DoorDash. I to jest kolejna część problemu.

Życie w miejscu, gdzie faktycznie warto mieszkać, jest dla większości osób całkowicie nieosiągalne finansowo. Po okiełznaniu go mamy znacznie mniej wolnego czasu, który moglibyśmy poświęcić na tworzenie i słuchanie muzyki. Skąd go wziąć? Skąd brać energię, by poświęcić się artystycznej ekspresji? To się mocno zmieniło w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Może młodzi ludzie, zamiast wściekać się na sztuczną inteligencję, zdecydują się stworzyć alternatywę dla takiego świata. Inaczej w zespołach będą grać tylko bogate dzieciaki. 

Zrobiło się poważnie, więc na koniec zapytam na rozluźnienie, dlaczego w tytule najnowszej płyty pada sugestia, że Spike and the Gimme Gimmes się spieprzyło. 

Spike Slawson, Spike and the Gimme Gimmes: Wiesz, ludzie czasem komentują: Rany, oni na tej płycie wszystko schrzanili! Chcieliśmy podejść do tego ironicznie i to pierwsze przyszło mi do głowy. Wszystkie tytuły naszych płyt są wariacjami na ten sam temat. Wcześniej był album Blow it…at Madison’s Quinceañera!, kiedyś zrujnowaliśmy bar micwę Jonny’ego [Spike nawiązuje do albumu z 2004 roku — przyp. red.], któregoś razu zepsujemy Boże Narodzenie. Wkrótce zrobimy coś podobnego w Warszawie. No może nie takiego jak GG Allin, raczej w przenośni, ale chcemy, żebyście tam byli.   

Spike and the Gimme Gimmes
okładka płyty Spike and the Gimme Gimmes Shit the Bed zespołu Spike and the Gimme Gimmes / fot. Fat Wreck Chords / materiały prasowe


Copyright © Going. 2024 • Wszelkie prawa zastrzeżone

Do góry strony