Rozmyślania na pasie startowym. Triggerfinger o nowej płycie, koncertach i pożegnaniach
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach…
Mimo że grają razem już prawie od trzech dekad, Ruben Block i Mario Goossens są dziś trochę jak debiutanci. Tworzą już bez basisty Paula Van Bruystegema, stawiają czoła obcym dotąd problemom i częściej niż kiedykolwiek myślą o przemijaniu. O płycie Tarmac stanowiącej zapis tego formacyjnego, skłaniającego do refleksji okresu, ale i o sile kolektywnego procesu twórczego i zmianie ról w rodzinie rozmawiamy z artystami przy okazji ich dwóch koncertów w Polsce.
Stanisław Bryś, Going. MORE: Trochę u was wątków motoryzacyjnych. W 2009 roku wydaliście album z piosenkami Drivin’ i Camaro, teraz zatytułowaliście płytę Tarmac. Długa przejażdżka samochodem to wdzięczna metafora kariery muzycznej?
Ruben Block, gitarzysta i wokalista zespołu Triggerfinger: Tematy, o których piszesz, zasadniczo dotyczą życia i tego, co się dzieje wokół ciebie. Niektóre motywy, jak miłość, będą powracać, tak samo jak fakt, że historia zespołu to jedna wielka droga. Podróżujesz na wiele różnych sposobów: metaforycznie, gdy nagrywasz muzykę, ale i dosłownie, gdy jesteś w trasie z całą ekipą przyjaciół i współpracowników. Odbywasz podróż w swojej głowie, pisząc teksty i obserwując zastaną rzeczywistość. Robisz to też na swoich instrumentach, gdy szukasz nowych partii do zagrania albo koncertujesz. To wiele różnych podróży.
I wiele różnych celów, prawda?
Ruben: Zgadza się. Jednym z nich jest dążenie do tego, by każdego wieczoru grać jak najlepiej, nawiązać ze sobą kontakt na scenie i wzajemnie się odnajdywać. W studiu nagrywamy piosenki i całe albumy, które mają nam się podobać. Raczej nie myślimy o tym jak o konkretnych celach, bo wyznaczamy je raczej nieświadomie. Czasem zadajemy sobie tylko pytanie: Czy to wciąż jest to, co chcemy robić? Czy wciąż sprawia nam to przyjemność? Czy fajnie jest wsiąść do furgonetki i jeździć po Europie? Na razie czujemy się z tym w porządku.
Tarmac, tytuł waszej nowej płyty, dosłownie oznacza pas startowy — miejsce początku i lądowań samolotów. Co w nim szczególnego?
Ruben: To, o czym już sam powiedziałeś, czyli jego podwójna funkcja. Jej znaczenie można przełożyć na życie i robimy to na naszym albumie, którego wiodącym tematem jest w pewnym sensie rodzina. Gdy jesteś młodszy, twoi rodzice dbają o ciebie i pomagają ci w codziennych sprawach. Podadzą rękę po upadku na rowerze. Wesprą w trakcie dorastania, doradzą w pierwszych relacjach z dziewczynami i chłopakami. Potem jednak w pewnym momencie to oni będą potrzebować wsparcia z powodów zdrowotnych bądź jakichkolwiek innych.
I role się odwrócą.
Ruben: Zostaniesz postawiony w roli głowy rodziny, choć wcale o to nie prosiłeś. Tak się po prostu dzieje. Teraz twoja kolej, by się nimi zaopiekować i zadbać o to, by znaleźli się w dobrym miejscu, gdzie ktoś się nimi zajmie. To dość trudne, jeśli chcesz odnosić się do rodziców z szacunkiem, ale jesteś już starszy i rozumiesz, że sam nie zrobisz pewnych rzeczy.
Ale krąg się nie zamyka. Widzisz, jak twoje dzieci zaczynają odnajdywać swoją drogę w życiu i same próbują robić rzeczy, które sprawiają im radość. Obserwujesz ich rozwój. Tu właśnie tkwi ta podwójna dynamika. Jedno życie zbliża się do końca, zamyka się pewien rozdział, a drugie rozkwita. Pas startowy to wdzięczna metafora, nadrzędna wobec tych wszystkich elementów.
A, no i jeszcze jedna ważna uwaga. Zespół to także rodzina. Niekiedy spędzamy ze sobą więcej czasu niż z naszymi bliskimi.

Mario, jak sam postrzegasz motyw przewodni płyty Tarmac? Ciekawi mnie droga od rozmyślań nad tym tematem do nadania im określonej muzycznej formy.
Mario Goossens, perkusista zespołu Triggerfinger: Gdy nagrywaliśmy tę płytę, doświadczyliśmy wielu sytuacji, o które trzeba było zadbać. Ruben musiał zająć się rodziną swojej żony, mnie nagle zmarła mama. Później, niemal przed skończeniem albumu, zmarł Paul Van Bruystegem, były członek Triggerfinger, który przestał z nami grać w 2023 roku.
W pewnym sensie jest tak, że nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Piszesz, rejestrujesz muzykę, a życie ze wszystkimi sprawami toczy się dalej. Musisz uporać się z wieloma problemami. Myślę, że przenikają do twojego pisania, a ty możesz sobie nie zdawać z tego sprawy, w którym momencie się to stało i w jakim stopniu.
Pewnie trudno też o tym mówić z perspektywy czasu.
Mario: W momencie tworzenia albumu faktycznie byliśmy w epicentrum różnych wyzwań, którym też udało się sprostać. Skończyliśmy go w marcu lub kwietniu ubiegłego roku, co dało nam dodatkowy czas na ochłonięcie. A potem nagle okazuje się, że musisz o tym opowiedzieć w wywiadzie. Potwierdzasz, że to się wydarzyło, ale czujesz, że byłeś w takim stanie, że uznajesz to za coś odrealnionego, abstrakcyjnego. Ale i w pewnym stopniu pięknego, jak sądzę.
Ruben: Kiedy razem piszemy piosenki, nie zawsze łatwo określić, czego będzie dotyczyć cały album. Po prostu staramy się napisać dobre teksty. Później, kiedy znaleźliśmy tytuł płyty, nie mogliśmy słuchać tych piosenek w oderwaniu od niego. Z tyłu głowy towarzyszyło nam poczucie: To jest to.
Jak czujecie się z tym, że Tarmac trafia do słuchaczy? Od premiery waszej ostatniej płyty upłynęło aż dziewięć lat.
Mario: Cieszymy się, że to już, zwłaszcza że wcześniej zdarzyło się nie przespać nocy z powodu tej muzyki. Wiesz, od roku album był w naszych rękach, a w pewien piątek stał się dostępny dla wszystkich innych. Przyszedł na świat i tam już zostanie.
Przed premierą płyty zawsze jest martwy okres, gdy nikt się tobą nie interesuje. Później pojawia się mnóstwo wywiadów i innych rzeczy wokół. Znów miewam bezsenne noce, ale tym razem z ekscytacji.
Czyli zero stresu?
Mario: Spójrz na nas, możemy gadać o sobie cały dzień, czy to nie przyjemne? (śmiech)
Do stworzenia nowej płyty ponownie zaprosiliście Mitchella Frooma, który czuwał też nad waszym albumem Colossus i Looking To Glide, czyli solowym krążkiem Rubena. Jak pracowało się z nim tym razem?
Ruben: Na etapie Colossus zdaliśmy sobie sprawę z faktu, że dobrze się dogadujemy. On jest inżynierem dźwięku, my — zespołem. Zagraliśmy większość utworów, do których on dołożył trochę klawiszy i złożył w całość. Na stworzenie Looking to Glide praktycznie nie było budżetu, ale Mitchell wciąż chciał współpracować. Zrobiliśmy wszystko we dwójkę i to było naprawdę fajne doświadczenie. Teraz zapytaliśmy go, czy w przypadku Tarmac nie byłby skłonny zrobić tego w podobny sposób. Czyli razem piszemy piosenki, a my zajmujemy się ich nagraniem.
Mario: Różnica polegała na tym, że Mitchell już na wstępie powiedział: Nie chcę być producentem, ale chcę uczestniczyć w waszym procesie twórczym. Zobaczymy, jak pójdzie pisanie albumu i czy będziemy potrzebowali wsparcia od kogoś innego. Później stwierdził: Cóż, myślę, że wszyscy jesteśmy producentami. Po co angażować dodatkową osobę, jeśli miałaby inny pomysł na piosenki, które same w sobie są świetne? Lepiej zatrudnić naprawdę dobrego speca od miksu i masteringu.
Kto to był?
Mario: Tchad Blake, który… też pracował nad Colossus i Looking To Glide. Jest kreatywnym geniuszem, wiemy, jak pracuje. Różniliśmy się opiniami, sporo pozmieniał. Ale u niego, tak samo jak u Mitchella, widzimy olbrzymie muzyczne wyczucie. Łatwiej było pójść tą drogą właśnie z nimi.
Jak przygotowywaliście się do tournée? Jak sądzicie, jak wasze nowe piosenki przyjmą słuchacze?
Ruben: We wrześniu ubiegłego roku, gdy wypuściliśmy singiel Stars, graliśmy już na żywo część nowego materiału. Teraz będzie go jeszcze więcej, oczywiście w zależności od długości setlisty. Świetną rzeczą w posiadaniu premierowej muzyki jest fakt, że modyfikuje również koncertowe wersje starszych utworów. Nie dość, że musimy umieć zagrać te piosenki w trójkę, bez partii innych instrumentów, to nadajemy im większą świeżość i nowoczesność.
A jeśli chodzi o samą Polskę, mamy wspaniałe wspomnienia z koncertów w waszym kraju. Nie możemy się doczekać, by tu wrócić i znów dla was zagrać.
Na trasie będzie z wami Geoffrey Burton, który dołączył do Triggerfinger po odejściu Paula. Czujecie, że jest już częścią waszej muzycznej rodziny?
Ruben: Wcześniej grał z nami na trasie promującej płytę Colossus, gdy potrzebowaliśmy dodatkowego gitarzysty. Stał się wtedy naszym muzycznym przyjacielem i to nie są słowa rzucone na wiatr. Prawdziwym testem jest właśnie dłuższy tour. Trzeba sprawdzić, czy uda wam się wytrzymać ze sobą w tak intensywnym okresie, gdy jesteście razem przez cały czas. Nie chodzi tylko o znalezienie dobrego muzyka, ale kogoś, kogo osobowość pasuje do naszej.
Geoffrey zazwyczaj gra na gitarze, ale gdy koncertowaliśmy we Francji i Paul zachorował, na tydzień przerzucił się na bas. Wyszło świetnie i teraz to on sam zapytał, czy może to powtórzyć.
Czy Geoffrey towarzyszył wam w nagraniu Tarmac?
Mario: Nie brał w tym udziału, choć teraz gra te piosenki na żywo. Ale nie zaprzeczamy, że na następnym albumie już się to zmieni. Kto wie? Wtedy, podczas nagrań, spontanicznie podejmowaliśmy decyzje. Kiedy Paul odszedł z zespołu, nie wiedzieliśmy, co robić. Chcieliśmy podtrzymać aktywność zespołu, więc nie myśleliśmy zbyt wiele i ruszyliśmy do działania. Pojechaliśmy do Los Angeles, Ruben zagrał większość partii basowych. To jest tak, że kiedy zaczynasz pisać i robić różne rzeczy, nagle trafiasz do środka kreatywnego kokonu.
Myślę, że jakoś tego potrzebowaliśmy. Paul grał z nami przez 22 lata. Bez niego dynamika Triggerfinger nieco się zmieniła. Musieliśmy odkryć, co to znaczy i jak na nas wpływa. Byłoby dziwnie, gdybyśmy od razu komuś ją przedstawili.
Tarmac to hołd dla Paula?
Ruben: Choć Paul zmarł w momencie, gdy album był już właściwie skończony, myślę, że zdecydowanie dedykujemy mu tę płytę. Ale to też hołd dla mamy Mario i wszystkich, którzy byli nam bliscy i których kochamy. Towarzyszyli nam i podczas tras koncertowych, i w innych wspaniałych chwilach. Może teksty nie dotyczą bezpośrednio ich albo Paula, ale kryją pokrewne im tematy.
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach „newonce", „NOIZZ", „Czasopisma Ekrany", „Magazynu Kontakt", „Gazety Magnetofonowej" czy „Papaya.Rocks". Mieszka i pracuje w Warszawie.

