„Nawet w raju będziemy tacy, jacy jesteśmy teraz”. Basia Bulat o akceptacji, nowych początkach i powrocie nad Wisłę
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach…
Jej pierwsza, nagrana za pożyczkę studencką płyta w przyszłym roku skończy 20 lat. I choć to niewątpliwie spory staż, a polsko-kanadyjska wokalistka zjadła już zęby na muzyce, z pewnymi emocjami i doświadczeniami spotyka się po raz pierwszy. Co dało jej wejście w skórę nowicjuszki i jak wreszcie zrozumiała disco polo?

Stanisław Bryś, Going. MORE: Trochę cię nie było w Polsce, prawda?
Basia Bulat: Rzeczywiście minęło sporo czasu. Ostatni raz grałam tu na OFF Festivalu, w 2016 roku. Miałam wystąpić cztery lata później, ale nastała pandemia, a później byłam w ciąży. Nie chciałam wyjeżdżać z Kanady, nawet do Stanów Zjednoczonych, dopóki moje dzieci nie podrosną. Ale teraz oto jestem i spełniam swoje marzenie, bo przyjechaliśmy wszyscy razem: ja, córki i mąż z mamą. Gram trzy koncerty, ale pojawiliśmy się wcześniej w Polsce, żeby spotkać się z całą rodziną i spędzić więcej czasu.
Jakie emocje towarzyszą tym powrotom?
Basia Bulat: Zawsze było ich dużo, ale teraz jest spokojniej. Wiesz, urodziłam się w Kanadzie, ale część mojego serca zawsze będzie tutaj, bo to z Polski pochodzą moi rodzice i cała rodzina. Rozumiem, że nie jestem stąd, ale trochę czuję się jak w domu. Mój mąż już na lotnisku zauważył inność kultury, a ja jestem do niej przyzwyczajona. Wydaje mi się, że ją rozumiem.
Poza tym jestem bardzo ciekawa Polski. Chcę wszystko poznać: muzykę, radio i telewizję. Poza tym ćwiczę język. Piotrek, mój kuzyn, znalazł mi tutora, u którego brałam lekcje dwa razy w tygodniu. Na co dzień mieszkam w Montrealu, więc mówię po francusku. Co prawda żyje tam Polonia, ale nie jest tak rozwinięta jak w Toronto.

Dom to jeden z motywów przewodnich twojej najnowszej płyty Basia’s Palace. Czujesz, że język jest jednym z elementów, który go tworzy?
Basia Bulat: Lubię czytać i pisać teksty. Gdy nagrywałam tę płytę, słuchałam dużo muzyki ze swojego dzieciństwa, którą pokazywali mi dziadkowie, wujkowie, ciocie i rodzice, na przykład Marka Grechutę albo Marylę Rodowicz. W jednej piosence śpiewam o disco polo, bo to był ulubiony gatunek mojego taty. Mogłam dzięki temu wrócić do swojego domu.
Szczególna mentalność jest niemal wpisana w strukturę każdego języka. To pewien sposób myślenia, w który wczujemy się tylko wtedy, gdy usłyszymy jakieś słowa i zaczniemy nimi żyć. Często nie da się tego przetłumaczyć. Tęsknota to coś zupełnie innego od homesickness.
Jaka mentalność tkwi według ciebie w języku polskim?
Basia Bulat: Na pewno polski kojarzy mi się bardzo rodzinnie i emocjonalnie, bo duża część mojej rodziny nie mówi po angielsku ani francusku. Choć czasami może brzmią śmiesznie, uwielbiam zdrobnienia typu domciu, piesku, Basiuniu. Takie formy nadają relacjom bliskości. Sama chcę jeszcze lepiej mówić po polsku, żeby przekazywać dzieciom te uczucia.
Ostatecznie nie śpiewasz jednak po polsku, tylko po angielsku. Pamiętasz, dlaczego podjęłaś taką decyzję?
Basia Bulat: Studiowałam filologię angielską, czytałam dużo wierszy i literatury pięknej. To była naturalna kolej rzeczy, zwłaszcza że rozpoczęcie mojej ścieżki muzycznej i pisanie pierwszych piosenek postrzegam za piękny przypadek. Wydałam połowę mojej pożyczki studenckiej do nagrania debiutanckiego albumu, bo po prostu chciałam to zrobić. Nawet nie miałam pomysłu, jak to spłacę — nie grałam koncertów, nie miałam menedżera ani wytwórni. Ale wiedziałem, że chciałam pracować w prawdziwym studiu, oldschoolowo, na taśmie. Jakoś wyszło, że ktoś w Anglii to usłyszał i zdecydował się wydać w swoim labelu.
Później po prostu popłynęłam z nurtem. Teraz moim wyzwaniem jest za to, żeby nie stać sobie samej na drodze. Próbuję śpiewać po francusku, polsku i hiszpańsku, ale często zadaję sobie pytanie, czy mogę pisać w innych językach, czy powinnam tylko grać covery. W końcu to dwie różne rzeczy.
Biorąc pod uwagę twoje wielokulturowe doświadczenie, postrzegasz muzykę za uniwersalny język?
Basia Bulat: Zdecydowanie. Uwielbiam słuchać muzyki w różnych językach, także takich, których nie znam. Może być z Turcji, Iranu, Indii albo jakiegokolwiek innego miejsca, ale poczujemy ją, słysząc czyjś głos, nawet jeśli nie wiadomo, o czym mówi tekst. Coś przecież dzieje się już na etapie melodii i rytmu.
Wiesz, urodziliśmy się, krzycząc. To całkiem punkowe, że nabywamy to na samym początku życia (śmiech). Dźwięk towarzyszy nam od zawsze – czy to bardziej prymarny, czy w postaci bardziej skomplikowanych polirytmii – i możemy dzięki niemu porozumieć się nawet wtedy, gdy nie używamy tego samego języka. Bardzo często widzę to w Kanadzie podczas festiwali folkowych, gdzie przyjeżdżają ludzie z całego świata. Nigdy wcześniej ich nie widziałeś, a musisz wejść z nimi na scenę i coś zagrać. Powiedzmy, że ułożył się taki zestaw: zespół z Sierra Leone, Inuici śpiewający gardłowo i ja na gitarze. Zawsze udaje się stworzyć coś pięknego. Uwielbiam przez to środowisko muzyczne.
Wspomniałaś o czuciu, więc chciałbym dopytać o emocje. Odnoszę wrażenie, że na Basia’s Palace opisujesz je nieco inaczej niż na wcześniejszych płytach. Skąd ta zmiana?
Basia Bulat: Stworzyłam ten album jak nowicjuszka. Przez to, że moje córki były jeszcze niemowlakami, mogłam nagrywać jedynie o 2-3 w nocy, i to w słuchawkach. Robiłam to w domu albo w studiu, do którego częściowo wprowadziliśmy się w pandemii. Dużo pracowałam z MIDI i klawiszami. Zazwyczaj tego nie robię: jak wspomniałam, pierwszą płytę nagrałam analogowo, z żywymi instrumentami. Nie lubię zbytnio używać komputerów ani telefonów, jest we mnie coś z luddystki (śmiech). Dlatego postawiłam na bardziej oldschoolowe syntezatory, bo do tego były tańsze.
Jak takie środowisko pracy na ciebie podziałało?
Basia Bulat: Musiałam nauczyć się wielu rzeczy, więc nie rozpamiętywałam zanadto emocji. Po prostu otwierałam furtkę i przestałam kwestionować, wątpić i wszystko zmieniać. Byłam na to zbyt zajęta, bo miałam tylko dwie godziny, dopóki dzieci się nie obudzą. To na pewno wpłynęło na mój nastrój.
Inna sprawa, że jako rodzic uczyłam się, jak pisać i nagrywać w bardziej delikatny sposób w porównaniu z tym, co robiłam wcześniej, rejestrując coś na żywo. A emocje? Dzięki temu, że cały proces był bardziej intymny, pozwolił mi jeszcze głębiej zajrzeć w niektóre zakamarki. Nie wychodziłam na zewnątrz, nie próbowałam niczego udawać, tylko coraz bardziej poznawałam siebie.
Coś, co początkowo mogło być przeszkodą, udało ci się przekuć w pozytyw.
Basia Bulat: Takie kombinowanie ma w sobie coś bardzo polskiego. Bez względu na to, co się dzieje, znajdziemy sposób na to, żeby coś z tego zrobić. Mam wrażenie, że odziedziczyłam to po rodzicach.

Czujesz, że pogodzenie życia rodzinnego i zawodowego będzie dla ciebie wyzwaniem?
Basia Bulat: Już jest, nawet w takich sytuacjach jak podróż. Musisz zabrać dwójkę dzieci na lotnisko i upewnić się, że żadne na coś nie wpadnie. Masz ze sobą cały ekwipunek, planujesz logistykę.
To, o co pytasz, pojawia się w teledysku do mojej piosenki Baby. Chodzi o granicę między tym, że sztuka naśladuje życie, a życie — sztukę. W klipie gra piękna, starsza tancerka, która jest dublerką mojej babci. Młodsza dziewczyna to moja dublerka, a ja stoję w pewnym sensie pośrodku, jako ja sama. Obie ćwiczą do przedstawienia, występujemy, a później cofam się i oglądam próbę całej sztuki. To zacieranie granic bywa zabawne, ale i trudne. Inaczej nie byłoby jednak tego warte, bo jeśli chciałabym zamykać drzwi do swojego świata, powinnam wykonywać inną pracę.
Najtrudniejsza jest chyba jednak logistyka. Przez pięć lat nie jeździłam na duże trasy koncertowe. Tak jak wspomniałam, chciałam poczekać, aż moje dzieci będą na tyle duże, by móc zabrać je ze sobą bez poczucia, że czegoś im zabraknie. Na pewno straciłam z tego powodu wiele kontaktów, bo musiałam postawić granicę. Ale takie jest życie, nie ma w tym nic złego. Musiałam zrobić przerwę od intensywnej pracy zawodowej, ale w ogóle nie żałuję tego wyboru.
Myślę, że akceptacja swoich decyzji i niedoskonałości to inny ważny temat, który podejmuje Basia’s Palace.
Basia Bulat: Dziękuję, że tak uważnie to wychwyciłeś. W większości piosenek, na przykład w Baby, pojawia się takie uczucie. Gdy o tym wspomniałeś, pomyślałam o moim domu, który jest już starym budynkiem. Nie wszystko będzie w nim działać przez cały czas. Akceptacja tego stanu rzeczy daje pewną swobodę. Otwiera nowe drzwi, bo pozwala być ciekawym swojego położenia. I nagle zdajesz sobie sprawę, że nawet w raju będziemy tacy, jacy jesteśmy teraz.
Dla mnie o czymś podobnym opowiadasz w Disco Polo. To muzyka często wyszydzana, a ostatecznie widzisz jej pozytywny wymiar.
Basia Bulat: Jako dziecko nie znosiłam disco polo i miałam z nim same złe skojarzenia, ale teraz spróbowałam spojrzeć wstecz na to, co odziedziczyłam od moich rodziców. Moja mama studiowała muzykę klasyczną – grała na klasycznym fortepianie i gitarze. Uwielbiała Chopina, góralskie kapele i kapelę. Jej numerem jeden był Marek Grechuta. Mój tata był za to prostym, oddanym facetem. Dokładnie wiedziałam, kiedy dojeżdża do szkoły, bo już słyszałam disco polo.
Dopiero po jego śmierci zaczęłam szukać go w tych piosenkach i zdałam sobie sprawę, dlaczego je wybierał. Miał wiele demonów i znikał w tej muzyce. Musiał radzić sobie z tym, co miał, i tak to odczuwał. Swoim utworem tłumaczę, jak bardzo jest to trudne. Po czasie widzę, jak moim rodzicom było trudno ze statusem imigrantów. Ludzie oceniali ich za akcent, mieli początkowo problem ze znalezieniem pracy. Nie umieli o tym rozmawiać ze sobą i z innymi. Jestem zaskoczona, widząc, jak wiele osób odczuwa coś podobnego, niezależnie od tego, czy pochodzi z Polski i wie, czym jest disco polo. Nawet we francuskojęzycznej Kanadzie słyszę: Rozumiem, o czym mówisz, bo jako dziecko tak naprawdę nie wiesz, jak zachowują się twoi rodzice. To wszystko zaczyna mieć sens, gdy spojrzysz na to z perspektywy czasu. Szkoda, że nie można zrozumieć tego wcześniej.
Ale inna sprawa jest taka, że w Kanadzie rzeczywiście nie ma odpowiednika disco polo.
Basia Bulat: To prawda. W zasadzie najbliższy gatunkowo może być amerykański pop, który jest u nas dość głęboko zakorzeniony, ale nie mamy czegoś tak osobnego i charakterystycznego. Może powinnam przetrzeć na tym polu szlaki? Mój mąż żartuje, że założy zespół, nazwie go PIWO i stanie się naprawdę sławny jako Kanadyjczyk, który przyjeżdża do Polski, żeby grać disco polo. Niech tylko spróbuje! (śmiech).
A jak Kanadyjczycy rozumieją disco polo?
Basia Bulat: Wydaje mi się, że mogą się przy nim dobrze bawić. Kiedy gram Disco Polo i o nim opowiadam, przedstawiam całą koncepcję gatunku, a potem mówię: Wiem, że jak wrócicie do domu, to wszyscy zajrzycie na YouTube. Nie ma za co i z góry przepraszam.
Dodam jeszcze, że przy stworzeniu tej piosenki czułam, że robię coś nowego. Znam artystów z wielu krajów, którzy wybierają język angielski, ale nigdy nie słyszałam anglojęzycznego wykonawcy śpiewającego po polsku ze swoim akcentem. Pomyślałam, że muszę być kimś takim, choć trochę się bałam. Długo trzymałam w sobie ten utwór, ale w końcu pomyślałam, że trzeba to zrobić, bo i tak nigdy nie będzie idealnie. Nie chcę ukrywać tej części siebie, skoro jest prawdziwa. Czuję, że tak przeżywam doświadczenia mojej rodziny, która lata temu przyleciała do Kanady. Ale ostatecznie robię to na swój sposób.
Dopytam o jeszcze jedno źródło inspiracji na Basia’s Palace, o którym wspominałaś. Jesteś gamerką? Czy w procesie twórczym towarzyszą ci gry?
Basia Bulat: Uwielbiam oldschoolowe gry, bo nie jestem aż tak dobrą gamerką i nie nadążam za tempem nowych produkcji. Wolę coś bardziej narracyjnego i spokojniejszego, na przykład serię Final Fantasy.
Skąd wzięła się ta pasja?
Basia Bulat: Wielu rodziców, kiedy ich dzieci wreszcie idą spać, odpala seriale, ale ja nie mogłam się w nie wciągnąć. Chciałam zrobić coś, co wyda mi się bardziej aktywną rozrywką. Lubię Chrono Trigger, w którym przenosisz się w przeszłość i próbujesz coś naprawić. Albo Final Fantasy 7, gdzie twoja postać jest postrzegana za ekoterrorystę, kiedy tylko próbuje ocalić świat przed złymi ludźmi zabierającymi całą energię. To oczywista metafora wydobycia ropy naftowej, ale niepokazana wprost.
Gdy znów zagłębiłam się w gry, zorientowałam się też, jak niesamowita potrafi być w nich muzyka. Tak jak podobał mi się powrót do mojego dzieciństwa, tak samo na nowo doceniłam różne dźwiękowe krajobrazy. I to nawet kiczowate syntezatory ze scen bitewnych! Może to trochę romantyzuję, ale tak już mam.
Słyszę w tym też wiele nostalgii.
Basia Bulat: Zdecydowanie towarzyszyła mi w okresie tworzenia tej płyty. To zabawne, bo te gry wydają mi się ponadczasowe, choć nie każdy je tak postrzega. Może jestem po prostu starą duszą? Trudno powiedzieć, ale kiedy po nie sięgam, czuję się jak w domu, zwłaszcza że przewija się w nich jeden i ten sam motyw — próba przywrócenia równowagi światu. Ta koncepcja nabiera znaczenia na większą skalę.
A jeśli chodzi o samą muzykę, warto pamiętać, że tworzyli ją naprawdę znani kompozytorzy. Utwory Nobou Uematsu, który pracował nad wszystkimi grami z serii Final Fantasy i Chrono Trigger, są wykonywane przez orkiestry symfoniczne. Jeśli wyjmiesz je z kontekstu świata MIDI z przełomu lat 80. i 90., a potem umieścisz w słowniku muzyki klasycznej, zorientujesz się, że mają po prostu piękne i romantyczne melodie.
Pierwsza płyta Oh, My Darling, o której już wspominałaś, w przyszłym roku kończy 20 lat. Lubisz wracać myślami do tego okresu?
Basia Bulat: Uwielbiam, że nagraliśmy ją w taki sposób. Wielokrotnie powtarzam Howardowi Bilermanowi, z którym do dziś się przyjaźnimy: Dzięki Bogu, że to ty ją wyprodukowałeś, bo inni pewnie by ją zniszczyli. Chciałam, by była trochę chaotyczna, a przez to prawdziwa. Nic nie było specjalnie montowane, bo nagrywaliśmy na taśmie. W przypadku zmian musieliśmy fizycznie wyciąć jej kawałek i wkleić w innym miejscu. Trochę podobnie czułam się, pisząc partiami Basia’s Palace.
Ale nie zawsze darzyłam tę płytę takim sentymentem. Patrzyłam wstecz na to, co stworzyłam, i aż się wzdrygałam. Mówiłam sobie: O rany, niektóre z tych tekstów są okropne. Potem jednak pomyślałam: Cóż, byłam dzieciakiem, gdy je pisałam albo: O, ciekawe, że tak wtedy myślałam. Nie czuję zażenowania, gdy je śpiewam.

Spodziewałaś się w 2007 roku, że dwie dekady później będziesz nadal nagrywać?
Basia Bulat: Nie wiem, ale samo to, że mogę zarabiać na życie jako artystka, to dla mnie cud, zwłaszcza przy tym wszystkim, co się dziś dzieje. Jestem wdzięczna, że nie zastąpił mnie jeszcze ChatGPT. Nie chodzi tylko o to, że robię swoje, ale że wciąż spotykam ludzi, którzy kochają muzykę i tak uważnie mnie słuchają. Nie postrzegam tego za coś oczywistego.
Oczywiście, granie bywa trudne i nie zawsze jest najbardziej opłacalne. Podejmujesz decyzje, z których nie wszyscy są zadowoleni, albo idziesz na pewne poświęcenia. Nadal czuję jednak, że dotarciem do tego punktu, w którym jestem, spełniam marzenia.
A czego chciałabyś jeszcze spróbować w muzyce? Oczywiście poza graniem disco polo.
Basia Bulat: Dopóki będę o sobie myśleć jak o nowicjuszce, zawsze pojawi się coś nowego. Jest kilka gór, na które chciałabym spróbować się wspiąć. Będę zadowolona, jeśli nie dotrę na szczyt i po prostu będę je podziwiać z daleka. A mówiąc konkretnie, rozpoczęłam kilka projektów, chociaż trudno mi o nich mówić. Jeśli dopiero zaczynasz i zdradzisz zbyt wiele, możesz zmienić ich kierunek.
To chociaż uchyl rąbka tajemnicy.
Basia Bulat: Chciałabym nagrać płytę po polsku i współpracować z innymi artystami, bo mam na to wiele pomysłów. Moja córka uczy się grać na skrzypcach, mogłabym spróbować z nią. Poza tym działam przy pewnym niesamowitym miejscu w Kanadzie – Banff Centre for Arts and Creativity. To centrum dla osób chcących pracować nad swoją sztuką, na przykład muzyką, i to wszelkiej maści: klasyczną, elektroniczną, awangardową, eksperymentalną. Fachu uczą tam wykładowcy. Jestem bardzo zaszczycona, bo zaproszono mnie do kadry, żebym pomogła odnaleźć się ludziom, którzy zaczynają tak jak ja 20 lat temu.
Jakie przesłanie chcesz przede wszystkim zaszczepić w młodych twórcach?
Dziś spora część z nich jest bardzo dobra w tym, co zostało wcześniej nagrane i przygotowane, ale trudno im się przyzwyczaić do prawdziwego życia. Muszą pogodzić się z tym, że nie wszystko wyjdzie idealnie. Sama nie mam problemu z tym, że czasami głupio wyglądam. W Banff Centre pomagam więc artystom w przygotowaniach i przypominam, że najważniejsza jest ekscytacja, z jaką wiążą się występy na żywo. Wspólnie odkrywamy też, co młodzi chcą zrobić ze swoją sztuką. Uwielbiam wspierać innych w tym, co robią.
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach „newonce", „NOIZZ", „Czasopisma Ekrany", „Magazynu Kontakt", „Gazety Magnetofonowej" czy „Papaya.Rocks". Mieszka i pracuje w Warszawie.


