Czytasz
Koniec zarzucania widowni błotem dźwiękowym – stwierdza zespół kIRk [WYWIAD]

Koniec zarzucania widowni błotem dźwiękowym – stwierdza zespół kIRk [WYWIAD]

Dwa i pół roku przerwy, zmiany w składzie, nadęte policzki, bałkańskie improwizacje, przyczepa w Chorwacji. Ci, którzy znają kIRk mogą odetchnąć z ulgą – zespół wraca do gry. Ci, którzy dotąd nie słyszeli ich muzyki, mają do tego najlepszą okazję od dawna. 

W naszym Going.owym biurze odwiedził mnie aktualny skład grupy kIRk: Olgierd Dokalski, Stanisław Matys i Paweł Bartnik. Odpowiednio: trąbka, duduk i dubmaster. Paweł w zespole jest od samego początku. Dba o produkcję, dubuje i loopuje. Olgierd na pierwszych próbach pojawił się w 2006 roku. Stanisław to najświeższy nabytek. Wypatrzony na jamie bałkańskim na warszawskim Jazdowie szybko okazał się idealnym uzupełnieniem drużyny. 

Zacznijmy od: co to jest duduk?

Stanisław: To bardzo stary (liczący około 1500 lat!) instrument dęty, pochodzący z Kaukazu. Jego historia najsilniej wiąże się z tradycją ormiańską, a sam duduk traktowany jest jako jeden z najważniejszych symboli dzisiejszej Armenii. Występuje też w Gruzji, Azerbejdżanie czy Turcji, ale różni się nieznacznie budową oraz gra się na nim nieco inną techniką. Duduk to instrument drewniany, składający się z podwójnego stroika, który wkłada się do korpusu, wykonanego najczęściej z drzewa morelowego. Przez swoją budowę ma brzmienie trochę podobne do takich instrumentów jak obój czy klarnet.

Czy duduk mówi w jakimś sensie o tym, czym jest obecnie kIRk?

Olgierd: Nasze brzmienie obecnie opiera się na dwugłosie trąbki i duduka Zmiana jest widoczna także w formie pracy. Pojawiają się tematy, które wspólnie ogrywamy. Pracujemy na nich ze Staszkiem przez jakiś czas. Następnie spotykamy się z Pawłem i wymyślamy metody rozszerzenia – częstotliwościowe i brzmieniowe. Nie ma już improwizacji, wariackich solówek, beatów, sampli z winyli. Skupiamy się na tym, co daje nam największą przyjemność. 

Duby wkraczają dopiero kiedy dopracujecie dany temat?

Olgierd:. Tak. Spotykamy się ze Staszkiem, żeby pracować nad wspólnym brzmieniem. Potem wkracza Paweł – to odwrócenie dotychczasowego porządku twórczego, gdzie to on przynosił szkice. Cenimy sobie bardzo tę nową formułę, bo wymaga od nas zejścia z utartych ścieżek. Skupiamy się na tym, żeby to, co trafia do słuchacza na koncercie, było jak najbardziej satysfakcjonujące dla nas. 

Skąd inspiracja do tematów, które przynosisz?

Olgierd: Szeroko pojęty minimalizm, muzyka folkowa i współcześni młodzi kompozytorzy, ale to nie są rzeczy, które się przekładają 1:1 na naszą muzykę. kIRk zawsze miał bardzo szerokie inspiracje. 

Paweł, a jak wygląda Twoja część procesu?

Paweł: Rdzeniem naszej muzyki do tej pory była produkcja. Beaty, melodie, feeling wyznaczany przez producenta. To były szkielety, do których dochodziła reszta muzyki. Teraz to się odwróciło. Rdzeniem i fundamentem jest sekcja dęta. A moja rola – to duża uważność jeśli chodzi o brzmienie. Pogłębianie go efektami. Prowadzenie narracji. 

Jak to działa w praktyce?

Paweł: Chłopaki grają i to wszystko trafia do mnie, a ja to na żywo przetwarzam. Nie ma tam sampli, syntezatorów. Nie ma nic, co byłoby przygotowane wcześniej – oprócz samych efektów. Chwytam na żywo pętle i manipuluję nimi. Widzę siebie w roli dubmastera. Pod wieloma względami pozwala nam to na nowo funkcjonować w zespole. To odświeżające. Nie siedzę sam i nie tłukę beatów, a potem dochodzi reszta. Teraz wkraczam w drugiej fazie procesu. 

kIRk
kIRk, fot. Zuzanna Głód, piesek nie jest członkiem zespołu

Z tego co mówił Olgierd, w kIRk ważna jest też logistyka.

Paweł: Tak, podzieliliśmy się tak, że mimo odległości możemy funkcjonować. 

Olgierd: Poprzez redukcję środków próbujemy wygenerować fakturę, która pozwoli zrelaksować się zarówno słuchaczowi, jak i nam. Na tej bazie budujemy narracje. Gram na różnych tłumikach, czasem biorę pocketówkę [malutka trąbka – przyp. red.]. Nasza opowieść jest snuta poprzez brzmienie. To jedyny środek, którego używamy, żeby kogoś zaciekawić i pozwolić mu odpłynąć.

Pamiętam stary kIRk, który zalewał słuchaczy warstwami sampli i improwizacji, trzeba było się w to całkowicie zanurzyć. Ten nowy projekt wydaje się dużo bardziej intymny, przypomina rozmowę. 

Olgierd: Niektórzy mówią, że ten nowy kIRk jest dużo bardziej wymagający. Inni twierdzą, że można słuchać tej muzyki przy pracy bez angażowania się w muzykę. Słuchacz może z tym zrobić co zechce. To jest ta różnica. Kiedyś zarzucaliśmy widownię błotem dźwiękowym – ten etap jest już za nami. Taplanie w błocie po prostu nas zmęczyło.

Jak czujecie się na koncertach?

Stanisław: To kwestia wspólnego grania i progresu. Przez pandemię mieliśmy mało okazji, żeby grać. 

Olgierd:  Przez dwa i pół roku zespół był zawieszony. Płyta Ich dzikie serca wyszła w składzie, który nie mógł jej grać na żywo. Postanowiliśmy pożegnać się z Antoniną Nowacką. Nie wiedzieliśmy z Pawłem, czy zespół będzie w ogóle działać. Teraz możemy wreszcie popracować nad nową formą koncertową i – pomimo paru występów w tym składzie – ona się dopiero kształtuje.  Chcielibyśmy wprowadzić też efekty analogowe, których brzmienia nie da się podrobić cyfrowo. Planujemy też rozwinąć sferę wizualną. 

kIRk w składzie z Antonią Nowacką i Filipem Kalinowskim

Nie ma też Filipa Kalinowskiego.

Olgierd: Nie ma Filipa, nie ma Antoniny. Przez lata przez kIRk przetoczyło się w składzie wiele osób. Każda z nich odcisnęła swoje piętno na muzyce. 

Opowiecie coś więcej o Waszym spotkaniu ze Staszkiem?

Staszek: Spotkaliśmy się 3 lata temu. Od 2 lat grałem wówczas na duduku. W tamtym czasie byłem bardzo wkręcony w to brzmienie. Grałem na bałkańskim jam session na Jazdowie. Po tym jamie Olgierd do mnie podszedł, przedstawił się i powiedział, że jest trębaczem.

Olgierd: Chcieliśmy zrobić klip do utworu Nie ma co silić się na naturalność z singla Za ostatni grosz. Szukaliśmy głównego aktora. Na wspomnianym jamie usłyszałem Staszka na duduku – grał z bardzo nadymającymi się policzkami. Spodobało mi się to i poczułem, że może atrakcyjnie wyglądać w kadrze. Klipu finalnie nie udało się zrealizować, ale może to lepiej. 

Stanisław: Okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów. Rozmawialiśmy o literaturze, o filmach.

I o muzyce?

Olgierd: Ważną częścią naszego docierania się był pobyt w przyczepie Staszka w Chorwacji 5 km od miasteczka Grožnjan na wybrzeżu. Co roku odbywają się tam warsztaty jazzowe. W tym roku prowadził je Famoudou Don Moye – legendarny perkusista i perkusjonalista z Art Ensemble of Chicago. Muzyk dla mnie kultowy! W liceum zasłuchiwałem się AEoC i duetem z Josephem Jarmanem. Wracając do wyjazdu do Chorwacji, pojechaliśmy do Staszka do przyczepy i nie byliśmy zapisani na warsztaty, ale wiedziałem, że Don Moye tam będzie. Spotkałem go w kawiarni i zagadałem, po czym mnie tam zaprosił. Na jeden dzień, potem drugi. Potem przyprowadziłem też Staszka, jego dziewczynę i jej siostrę. Granie z Famadou i nasze rozmowy dały mi motywację, żeby wrócić do instrumentu i czerpać z niego przyjemność.

Nagranie ze wspólnego występu uczestników warsztatów

Polacy przejęli te warsztaty. 

Olgierd: Mieliśmy możliwość zagrać koncert dla kilkuset osób – z Famadou Don Moye, z uczestnikami warsztatów i wykładowcami, m.in. z Loiusem Bonillą i Salihem Sadikovićem. Było to wspaniałe doświadczenie. Formujące naszą sekcję. Ważnym elementem koncertu i warsztatów było wspólne śpiewanie i granie na perkusjonaliach.

Stanisław: Mogliśmy też oczywiście grać na naszych instrumentach! Ja na duduku, a Olgierd na trąbce. Tak jak robimy to na co dzień.

Staszek to chyba zapalony podróżnik? Dobrze, że duduka da się spakować w każdy bagaż.

Stanisław: Moja historia z dudukiem zaczęła się gdy wróciłem ze stopa w Chorwacji i planowałem kolejną podróż. Szukałem instrumentu, który równocześnie by mnie fascynował i był na tyle niewielki, żebym mógł go zabrać wszędzie ze sobą. Korespondujący z przestrzenią nie tylko koncertową czy miejską, ale nadający się do grania dla samego siebie w lesie albo nad rzeką. Na duduk natrafiłem całkowicie przypadkiem w internecie. Słuchałem go przez kilka godzin jak zahipnotyzowany. Pojechałem do rodziny ormian, żyjących na Śląsku. Zjadłem z nimi obiad i kupiłem od nich mój pierwszy instrument. Prosto stamtąd pojechałem w kolejną podróż autostopową. Instrument okazał się na tyle wymagający, że czułem się dumny mogąc wydać z niego dwa dźwięki po kolei. Potem trzy, potem cztery. Tak spędziłem dwa lata. 

Finalnie pojechałeś do Armenii.

Chciałem znaleźć nauczyciela, u którego mógłbym studiować i zrozumieć kolory tego instrumentu. Wziąłem dziekankę na studiach i pojechałem na Islandię, żeby odłożyć trochę pieniędzy i spłacić kredyt, który wziąłem na kupienie przyczepy w Chorwacji.  Przez trzy tygodnie jeździłem autostopem szukając pracy i w końcu udało mi się dostać pracę na kutrze rybackim, co było moim małym marzeniem.

Wróciłem do Polski i pojechałem – ponownie stopem – do Armenii. Chciałem poczuć całą odległość pomiędzy Warszawą i Erywaniem. Zobaczyć, jak przestrzeń się zmienia. Podróż, która jest drogą również w znaczeniu symbolicznym. Miałem bardzo duże szczęście, bo trafiłem na Airbnb do kompozytorki ormiańskiego pochodzenia. Zapytałem jej, gdzie mógłbym się uczyć i pomogła mi znaleźć nauczyciela. Skontaktowała mnie z nim. Mieszkałem w domu jej taty, z którym spędzaliśmy wspólnie wieczory, spacerowaliśmy po mieście. Po powrocie do Polski kontynuuję spotkania z nauczycielem poprzez Skype, ale marzę o ponownym wyjeździe – tym razem na dłużej.

Współcześnie to nadal popularny instrument?

W konserwatorium w Erywaniu jest mu poświęcony cały kierunek. To narodowy instrument Armenii. Muzycy wyrażają na nim ważne, intymne emocje, dotyczące historii narodu. Są utwory, które można grać w bardzo specyficznych okolicznościach i to coś bardzo osobistego. Dla wielu Ormian część utworów granych na tym instrumencie przywołuje traumatyczne wydarzenia związane z ludobójstwem. Z drugiej strony używają tego instrumentu także podczas zaślubin – wykonują na nim szybkie, folkowe utwory.

Sprawdź też
Młody klakson

Paweł, Ty też jesteś takim niespokojnym duchem? 

Paweł: Tak jak Staszek jeździłem na stopa – jeszcze w liceum. Obecnie mam to za sobą: rodzina, kredyt, obowiązki i drugie dziecko w drodze. Mogę tylko nostalgicznie do tego wracać. Ostatnio w ogóle przyłapuję się na różnych powrotach – zacząłem czytać Hobbita. Przyjemność daje mi tylko to, co już czytałem i oglądałem. Loopuję, co było wcześniej i loopuję co grają chłopaki. 

Ale kIRk, w którym loopujesz, jest całkiem nowy! 

Paweł: To jest akurat dobre. Mimo paru tąpnięć w życiu, nie zrezygnowałem z kIRka. On trwa wbrew wszystkiemu. Szereg ludzi się pojawia. To jak dostawa tlenu. Gdybym miał zostać tylko z tym całym powszednim ciężarem, to nie dałbym rady. Ten czas teraz to wielka szansa. Trzeba tego pilnować i o to dbać. 

Olgierd: Mamy za sobą przeróżne doświadczenia. Graliśmy trasy po Litwie i Łotwie, śpiąc na squacie, 3 chłopów na jednoosobowej kanapie. Takiemu zespołowi ciężko jest długo przetrwać. Teraz mamy inne priorytety życiowe i zespołowe. Jasno sobie sprecyzowałem, co daje mi przyjemność i mam to szczęście, że mogę z tego przyjemność czerpać. Nasza muzyka opiera się na długich dźwiękach. Wprowadzamy się w stan medytacji. Te dźwięki są grane do utraty tchu. Oczywiście najlepsze wrażenia są na koncertach – gdy dochodzi kontakt z publicznością i cała otoczka. Ostatnio po występie zostaliśmy zaproszeni na after z suto zastawionym stołem. Wziąłem chipsa i byłem zachwycony – jakbym nigdy w życiu nie jadł nic lepszego. Potem skubnąłem jakiś herbatnik i miałem to samo! Totalna euforia. Koncert to dla mnie potężny zastrzyk endorfin. Właśnie dlatego chce mi się znów je grać.

Jaki plan ma teraz kIRk?

Paweł: Nie mamy terminów ani jednoznacznie ogłoszonego wydawcy. Silnie obecny będzie kontekst filmowy. Album muzyczny zaistnieje autonomicznie, ale chcemy snuć tę opowieść też poprzez medium multimedialne. 

Olgierd: Realizujemy projekt z Instytutem Adama Mickiewicza w ramach Zagraj to. Przygotowujemy narracyjne wideo oparte o utwory z płyty. Jesteśmy w trakcie developmentu. Temat mocno dotyka naszych obecnych zmian. To prosta historia miłosna. Nasza muzyka daje miejsce dla historii, by mogła samodzielnie oddychać, a z drugiej strony podbija emocje, które tam się pojawiają. Będziemy kręcić pod koniec listopada. Chcemy, żeby płyta ukazała się na Zachodzie jednocześnie z wydaniem w Polsce. Requiem Records jest już potwierdzone, wydawca zagraniczny jeszcze nie. Planujemy wydać dwie wersje różniące się utworami. Podobnie wyszła Msza Święta w Brąswałdzie. Zainteresowanie winylem było tak duże, że ukazała się płyta CD z rozszerzoną tracklistą. 

W tym wszystkim co mówicie, widzę artystyczną dojrzałość. Widzę, że myślicie o projekcie całościowo, chcecie wychodzić z nim dalej. Spanie na kanapie może być przygodą, ale znając swoją wartość dobrze jest sięgać po więcej. 

Olgierd: Dobrze powiedziane. 

Naszą rozmowę publikujemy dokładnie w 10. rocznicę wydania Mszy Świętej w Brąswałdzie – 14 listopada 2011. Dla niektórych to legendarny materiał.

Olgierd: To był ciekawy czas. Tylko my z Pawłem to pamiętamy. Pojawił się moment przełomowy. Graliśmy koncerty, które były dobrze przyjmowane. Mieliśmy bliski kontakt z publicznością – przynosili nam różne prezenty, piekli nam ciasta. Zdarzało się, że na koncertach w różnych miastach pojawiały się te same osoby, które nuciły tematy dęte, które grałem. Było to naprawdę urocze i miło to wspominamy. W 2013 roku pojechaliśmy na festiwal Electron w Genewie. To był jeden moment w naszej karierze, kiedy trafiliśmy na czołówkę na Onecie. Dzień przed koncertem zespół został okradziony. 

Pamiętam to! To była łamiąca wiadomość.

Olgierd: Ktoś włamał się do pokoju, zabrał klucz z recepcji, którego pracownik nie odwiesił na miejsce. Zostaliśmy ograbieni z laptopów, na których był cały materiał z naszych dwóch pierwszych albumów i szkice utworów na trzecią płytę. Rozrzucono też moje rzeczy i trąbkę. Straciliśmy wszystko – chłopaki nie mieli backupów. To był moment, w którym nie wiedzieliśmy co dalej.

Potem po 5 latach Paweł wygrzebał gdzieś sety z Mszy Świętej w Brąswałdzie, ale było już za późno. Wówczas na szybko zrobiliśmy nowy materiał, który potem ukazał się w Asfalcie na płycie III. To już nie było to, trochę się w tym pogubiliśmy. Czuć było brak. Trauma to może za duże słowo, ale na pewno mieliśmy poczucie straty. Tak naprawdę to dopiero teraz wróciliśmy do energii sprzed kradzieży. 

7 lat regeneracji?

Tak, widocznie tyle musiało to potrwać. Czujemy coś, co było stracone na kilka lat. Odzyskaliśmy to dopiero dzięki Staszkowi. Ta muzyka znowu zaczęła płynąć sama, Paweł od razu też miał swoje pomysły. Nasz sposób pracy nad materiałem jest bardzo podobny jak w przypadku Mszy Świętej w Brąswałdzie. Nie silimy się na nic, to po prostu samo działa. Nie kalkulujemy, nie myślimy strukturami – chcemy czerpać z tego przyjemność i dawać przyjemność słuchaczom. 

Sprawdź: kIRK na Bandcampie

Więcej naszych wywiadów