Czytasz
Rave pod parlamentem, operacje plastyczne i nauczyciele na rauszu – recenzujemy filmy Nowych Horyzontów i American Film Festival

Rave pod parlamentem, operacje plastyczne i nauczyciele na rauszu – recenzujemy filmy Nowych Horyzontów i American Film Festival

Kadr z filmu "Doktor Miami", mat. promocyjne

Z gruzińskiego Tbilisi prosto do Miami, z Miami do Włoch i Hiszpanii,na dystopijnej krainie digitalu kończąc – redakcja Going. recenzuje filmy z online’owej odsłony festiwali Nowe Horyzonty i American Film Festival.

Bogaty program Nowych Horyzontów i American Film Festiwal potrafi przytłoczyć. Podobnie jak robiliśmy to w przypadku m.in. Warsaw Film Festival, tak i teraz pomagamy złapać nawigację, wybierając i recenzując pokazywane w online’owej odsłonie festiwali filmy.

Eyimofe. Tego pragnę | reż. Arie Esiri, Chuko Esiri

Są filmy takie jak Lighthouse – dopieszczone pod każdym względem, z ogromnym budżetem i mistrzowską obsadą, najwyżej jakości ekipą odpowiadającą za zdjęcia czy udźwiękowienie. Gdy z takiej inwestycji wychodzi świetne kino, myślimy czasem, że zwyczajnie było skazane na swój sukces. Tymczasem debiutancki film braci Esiri to typ jakości, który obywa się bez efektownych, ściągających atencję zabiegów. Nie epatuje dramatyzmem, choć historie prezentowanych bohaterów są tragiczne.

Eyimofe splata ze sobą dwie opowieści, zatytułowane kolejno Hiszpania i Włochy. To jednak nie miejsca akcji, lecz oś tęsknot i fantazji postaci na ekranie. Elektryk Mofe i barmanka Rosa marzą o ucieczce do Europy, która jawi im się jako nadzieja na odmianę losu. Ich drogi przecinają się w nigeryjskim Lagosie. Oboje – każde na inny sposób – stara się zdobyć wizę, która pozwoliłaby im na krok w stronę spełnienia pragnień. Oboje również mierzą się z rzeczywistością – czasem okrutną, czasem banalną, zawsze jednak stanowiącą dla nich rodzaj przeszkody i więzienia.

To, co porywa w tym filmie to jego subtelność i niejednoznaczność. Reżyserowie nie uciekają się do łatwych chwytów. Gdy opowiadają o nieszczęściu, nie karmią widzów makabrą. Systemowa przemoc czy dwuznaczne relacje seksualne pokazane są w szerokiej perspektywie, uniemożliwiając jednoznaczne i powierzchowne oceny. To film, o którym ma się ochotę długo rozmawiać. Obejrzyjcie go i podyskutujcie z nami! [JG]

Raving Riot | reż. Stepan Polivanov 

„We fight together, we dance together”- to hasło tzw. rave revolution w Gruzji dotarło również do Polski. Pamiętamy protesty w Warszawie przed ambasadą gruzińską – polskie środowiska klubowe wsparły młodych mieszkańców Tbilisi , którzy w 2018 roku okupowali parlament, protestując przeciwko nalotowi na kluby Bassiani i Cafe Gallery, brutalności policji i kryminalizacji narkotyków (w Gruzji za posiadanie narkotyków grozi 20 lat więzienia). Stepan Polivanov postanowił przyjrzeć się tanecznej rewolucji – tak w 2019 roku powstał dokument Raving Riot.

Reżyser nie wykorzystuje muzycznego potencjału, jaki niewątpliwie ma w sobie temat filmu. Słuchamy raczej mdławego techno, które staje się dźwiękowym tłem dla mało wnoszących do sprawy komentarzy młodych mieszkańców Tbilisi. Montaż jest nudnawy, brak mu dynamiki, którą obiecuje tytuł produkcji. Na zasadzie jakiejś natrętnej kliszy pomiędzy protestującymi raverami pojawiają się przebitki z tradycyjnej, gruzińskiej wsi. Starsze pokolenie obowiązkowo narzeka na to młode, pozbawione sumienia i moralności. Z kolei będący obiektem krytyki obrońcy gruzińskiej sceny klubowej, notorycznie ukazani z jakimś alkoholowym napitkiem, mamroczą quasi-symboliczne wywody o „walce dnia z nocą”… Wypowiedzi zarówno jednej, jak i drugiej grupy wydają się jednakowo ogólnikowe. Montaż potrafi zdziałać cuda, dlatego trudno tu jednoznacznie wyrokować, czy rzeczywiście rozmówcy nie mają nic więcej do powiedzenia, czy to reżyser nie umie wyciągnąć z nich głębszych refleksji lub z jakiegoś dziwnego powodu odrzucił bardziej treściwe komentarze.

Film to według mnie trochę niedźwiedzia przysługa dla środowiska klubowego. Powiela pewne schematy, dając przy tym bardzo ubogi kontekst społeczno-kulturowo-polityczny. Postulaty protestujących wydają się w nim rozmyte, a esencja ich tożsamości, zgodnie z stereotypem, z którym chcą zerwać, ukazana jest w formie codziennego „szlajania się po mieście”. Wydarzenia w Gruzji były bezpośrednio wynikiem nagonki na środowiska LGBTQ+, dla których zaatakowane kluby były schronieniem, a o czym w filmie praktycznie się nie mówi. Autor nie stara się też nakreślić połączenia pomiędzy środowiskami klubowymi a aktywistami walczącymi o prawa wykluczonych, prawa kobiet i liberalizację. Po protestach, oprócz krótkiego podsumowania w formie suchych informacji o zalegalizowaniu marihuany i otwarciu zamkniętych lokali, nie ma żadnego bardziej rozbudowanego podsumowania. Raving Riot wdaje się być dopiero szkicem do pełnej analizy zjawiska. [MS]

Na rauszu | reż. Thomas Vinterberg 

Czterech nauczycieli w średnim wieku stwierdza, że wszechobecny marazm, który ich dopada, trzeba jakoś zmienić. Uczniowie ich nie szanują, a nawiązywanie relacji z innymi też nie należy do najłatwiejszych zadań. Motorem napędowym do zmian (w ich życiach) są urodziny Nikolaja (Magnus Millang). Impreza przeradza się w ostrą, suto zakrapianą alkoholem imprezę, podczas której Martin (świetny Mads Mikkelsen!), Tommy (Thomas Bo Larsen), Peter (Lars Ranthe) debatują nad życiem. Nauczyciele rozmawiają m.in. o koncepcji znanego norweskiego psychiatry, Finna Skarderuda, który twierdzi, że kluczem do szczęścia człowieka jest walka z niedoborem alkoholu we krwi. Badacz uważa, że do sprawnego działania ludzkiego organizmu, człowiek powinien ciągle mieć w nim 0,5 promila. Panowie deklarują się do ciągłego uzupełnia procentów, co początkowo świetnie zdaje egzamin. Bohaterowie odzyskują poważanie w szkole, Martin powraca do kontaktu z żoną, a wysiłki Tommiego na zajęciach sportowych przynoszą coraz to lepsze skutki… Do czasu, aż wszystko zacznie się wymykać spod kontroli.

Reżyser pamiętnych filmów Festen i Polowania powraca w wielkim stylu. I kolejny raz w jego przypadku mamy tu do czynienia z eksperymentem społecznym. Tym razem Thomas Vinterberg zadaje pytania o moralność naszego postępowania. Nie osądza, ale też nie odrzuca. Tutaj humor przeplata się z powagą – reżyser robi to w niesamowicie płynny sposób. Dodatkowo, w tym filmie każdy odnajdzie jakiś kawałek siebie – nie ważne czy ktoś pije, czy nie, każdy zada sobie pytanie o sens egzystencji. Tylko, że w Na rauszu zadaje te pytania, bez zbędnego patosu, bez okropnego wciskania nas w fotel, które tak dobrze znamy z hollywoodzkich filmów. 

Jesteśmy pewni, że ten film będzie jedną z najlepszych produkcji tego roku. W końcu ten obraz, w słodko-gorzki sposób może okazać się swego rodzaju antidotum na ten okropny, kończący się 2020 rok. [DL]

Komar | reż. Filip Jan Rymsza

Komar to film Filipa Jana Rymszy – reżysera pochodzącego z Polski a mieszkającego w Stanach. I rzeczywiście, brakuje tu nadwiślańskich punktów odniesienia, a sama opowieść została osnuta na kanwie krachu ekonomicznego z 2008 roku. Akcja rozgrywa się pomiędzy eleganckim przyjęciem, biurami w szklanym wieżowcu a apartamentem z zapierającym dech w piersiach widokiem na przyrodę (nowojorski Central Park)? Osią działań bohaterów jest giełda. Głównym bohaterem jest jednak nie matematyczny geniusz lecz tytułowy komar. To wątek entomologiczny napędza akcję i prowadzi do zaskakujących splotów okoliczności.

Sprawdź też
Konstytucja na Chór Polaków, mat. promocyjne

Analizując film w poszukiwaniu plusów, warto odnotować dopieszczony wymiar estetyczny, wysmakowane kadry i przepiękne wnętrza. Doceniamy również romansowanie z Cronenbergiem (Mucha!) czy Aronofsky’m. Co zawiodło? Przede wszystkim rozczarowująco płaskie postaci drugoplanowe i role kobiece powielające schemat płciowej marginalizacji. Film nie wychodzi poza utarte klisze, korzysta z rozwiązań charakterystycznych dla psychologicznych thrillerów, ale używa ich w wygładzonej, bezpiecznej formie. Daje obietnicę, ale naszym zdaniem niestety jej nie spełnia. [JG]

Dziennik snów 2016-2019 | reż. Jon Rafman

Jon Rafman znany jest ze swojego eklektycznego stylu. W jego animacjach 3D możemy spodziewać się absolutnie wszystkiego. Dzięki konwencji nowoczesnej kreskówki Rafman sięga po najbardziej abstrakcyjne i najbardziej drastyczne motywy zarazem. Puszczając oko do popkulturowych hitów takich jak Star Wars, czy klasyków kina jak Bergman, tworzy postmodernistyczny mix, który trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Czy ta różnorodność jest zaletą? Trudno powiedzieć.

Dziennik snów 2016-2019 ma być zapisem marzeń sennych artysty, konsekwentnie prowadzonym przez lata w formie notatek w programie 3D. Głównym motywem spajającym szereg zdefragmentaryzowanych, pociętych obrazów jest XANAX Girl. Przypominająca lalki Bratz, tudzież nowoczesne sex-roboty bohaterka przemierza świat pełen karkołomnych questów. W pierwszej części poszukuje swojego chłopaka (?), w postaci głowy zawieszonej na samych nogach, w drugiej zaś humanoidalnego psa z ciałem foki i głową człowieka. Gdyby rzeczywistość była dyskiem, to Rafman poddaje go partycjowaniu. W rezultacie mamy do czynienia z wielością alternatywnych „króliczych nor”, w których wnętrzach napotykamy na coraz bardziej mroczniejsze pokłady ludzkiej psychiki. Ten natłok obrazów może być jednak męczący – widz_ka ulega w pewnym momencie przebodźcowaniu, do tego stopnia, że cierpi na tym sam film. Trudno docenić niektóre obrazy Rafmana, gdy za rogiem czai się już kolejny, jeszcze dziwniejszy, jakby po dawce sterydów. Film można natomiast wykorzystać jako papierek lakmusowy dla własnej podświadomości – wśród zalewu konkurujących o naszą uwagę kadrów, na pewno znajdą się takie, które bardziej zapadły nam w pamięć. Nie bez powodu – może warto się nad nimi pochylić? Z pewnością przez senny filtr Rafmana przezierać mogą nasze własne demony.

Niewątpliwą zaletą Dziennika jest na pewno ścieżka dźwiękowa. Muzyka w wykonaniu Oneohtrix Point Never i James’a Ferraro, niekiedy arytmiczna i nieznośna w odbiorze, doskonale pasuje do fabuły, a raczej jej braku, podkreślając brak linearności obrazu. Film zdecydowanie polecamy osobom, które lubią być w kinie zaskakiwane. [MS]

Doktor Miami | reż. Jean-Simon Chartier

Słoneczne miami, social media, kult ciała i operacje plastyczne. Doktor Miami to dokument Jeana-Simona Chartiera o wzbudzającej kontrowersje postaci Michaela Salzhauera. To jeden z najpopularniejszych chirurgów plastycznych w Stanach Zjednoczonych, gwiazda mediów społecznościowych, bohater telewizyjnego show i ulubieniec raperów. Michael pojawiał się w tekstach wielu rapowych przebojów i licznych klipach. Lekarz zasłynął internetowymi transmisjami operacji plastycznych, podczas których często przebiera się w kostiumy i wygłupia przed kamerą. Prywatne życie Michaela mocno odbiega od jego pracy i internetowego alter ego. Jest on pobożnym Żydem, jego rodzina jest bardzo konserwatywna i żyje według ortodoksyjnych zasad. Dokument Chartiera opiera się na tym dysonansie – codzienne zabiegi i operacje plastyczne transmitowane do sieci zawierające wygłupy przeplatane są scenami, w których Michael odwiedza synagogę, zakłada Tefilin, czyta Torę i modli się. Internetowa błazenada Michaela krytykowana jest przez sporą część środowiska chirurgów plastycznych, a jego żona i córka nie aprobują internetowej persony stworzonej przez ich męża i ojca. Przynoszące Michaelowi sławę wygłupy i błazenada podważają moralną i etyczną stronę jego działalności, ale nie zmienią tego, że jest on profesjonalistą. To świetny chirurg z ogromnym doświadczeniem, który wykonuje 20 operacji brazylijskiego liftingu pośladków tygodniowo. To jeden z najniebezpieczniejszych zabiegów chirurgii plastycznej – w przypadku komplikacji tłuszcz może dostać się do krwiobiegu, co w konsekwencji może doprowadzić do udaru. Do tej pory u żadnej pacjentek Michaela nie pojawiły się poważne komplikacje i nikt nie stracił życia na jego stole operacyjnym, a takie wypadki są w tej branży częste.

Jeana-Simona Chartiera na równi z popkulturową otoczką interesuje Michael Salzhauer jako człowiek. Jest on mocno niejednoznacznym bohaterem. Rodzinne sceny i liczne rozterki Michaela są ważnymi elementami dokumentu, które nadały mu głębię. Michael zdaje się być przewrażliwiony na punkcie swojego wizerunku, a sposobem na podreperowanie jego ego stała się postać internetowego klauna. Jak podkreśla Jean-Simon Chartier (nawiązując do pojawiającego się w filmie cytatu Guy Debord):  “żyjemy w społeczeństwie spektaklu i większość z nas szuka poklasku i potrzebuje publiczności, dla której będziemy mogli występować”, a ten (często chwilowy) poklask i publiczność zapewniają nam wymykające się spod kontroli social media. [KP]

Filmy wybierali dla Was i recenzowali: Jagoda Gawliczek, Milena Soporowska, Dymitr Lizniewicz i Kacper Pliżga.

Copyright © Going. 2020 • Wszelkie prawa zastrzeżone