Muzyka

Granie Madliba i ucieczka z akademii. Omasta pokazuje, że inny jazz jest możliwy 

Omasta

Hip-hop w pewnym momencie przebił jazz swoją popularnością, ale wyrósł na jego gruncie. Dobrze byłoby utrzymywać to połączenie albo jakoś do niego wracać, żeby jazz był fajny, a nie nudny i salonowy — przekonują członkowie krakowskiej grupy Omasta. Autorów świetnej ubiegłorocznej płyty Jazz Report from the Hood zobaczymy 28 lutego w Warszawie na drugiej edycji Bigga Fest. 

Omasta
fot. Róża Sasor / materiały prasowe

Stanisław Bryś, Going. MORE: Ostatni koncert zagraliście na festiwalu Eurosonic w niderlandzkim Groningen. Jak odnaleźliście się w formule wydarzenia showcase’owego? 

Antoni Blumhoff, saksofonista i flecista Omasty: To nie był nasz pierwszy showcase, bo wcześniej mieliśmy okazję grać na NEXT FEST w Poznaniu. Eurosonic jest podobnym wydarzeniem, tyle że do kwadratu, na jeszcze wyższych obrotach. 

Wojciech Roman, basista Omasty: Tam, gdzie występowaliśmy, było więcej koncertów tego dnia niż w analogicznym miejscu na NEXT FEST. Czuć, że atmosfera jest bardziej napięta. Eurosonic jako festiwal weryfikuje poziom profesjonalizmu, tego, czy wszyscy działają jak w zegarku. To była dla nas jakaś lekcja, ale sam performance był świetny. 

Antoni: Tak, wszystko wyliczone co do minuty, nawet bardziej niż na standardowym festiwalu. Mieliśmy określoną ilość czasu na granie, spakowanie się i wyjście. 

Wojciech: Taki urok dużych festiwali. Jako muzycy, którzy lepiej odnajdują się w klubach, nie jesteśmy jeszcze aż tak przyzwyczajeni do tej formy, ale powoli się do niej wdrażamy. To osobny skill do opanowania.

Czyli kluby są waszym naturalnym środowiskiem. 

Wojtek: Tam jest najfajniej, bo masz czas na to, żeby wszystko zrobić po swojemu. Możesz zaplanować encore i wszystko inne, na co się dogadasz. Jest też intymniejsza atmosfera. Łatwiej zbudować w nich większą więź z ludźmi niż na scenie, która ma 30 metrów długości. 

Zapytałem o Eurosonic także dlatego, że to jeden z największych festiwali showcase’owych w Europie. Spodziewaliście się, że niecałe dwa lata po zagraniu pierwszego koncertu będziecie w tym miejscu? 

Antek: Nie spodziewaliśmy się, ale bardzo tego chcieliśmy. 

Wojtek: Na początku faktycznie, ale później, gdy wszystko szybko wypaliło, zobaczyliśmy, że tak naprawdę dużo możemy, tylko musimy na to ciężko pracować. Robimy to od dwóch lat i co jakiś czas zbieramy tego owoce.

Omasta — Kazimierz (live at Paul’s Boutique Record Store)

Sumienność i konsekwencja drogą do sukcesu? 

Antek: Na pewno bardzo pomógł nam nasz menedżer z Astigmatic Records, który pokazał nam tę drogę. Ale poza tym, że ma kontakty, odegrał ważną psychologiczną rolę. Powiedział, co konkretnie mamy zrobić, żeby się udało, i tak naprawdę to wystarczyło. Niektórym artystom często brakuje takich jasnych wskazówek, bo sytuacja w branży bywa ekstremalnie niejasna. 

Wojtek: Ale czynnikiem X jest też w pewnym sensie unikatowość naszej muzyki. Słuchając polskich wykonawców, odnoszę wrażenie, że wybijamy się stylistycznie wśród tego, co aktualnie jest w modzie, i napędzamy własny trend. Myślę, że Omasta jest ciekawa i nieprzewidywalna.

Rozwiniesz, co masz na myśli? 

Wojtek: Jesteśmy muzykami jazzowymi, ale nasze inspiracje są bardziej hip-hopowe. Z jednej strony to hip-hop jako taki, z drugiej — piosenki, które się w nim sampluje. Pojawia się u nas dużo klasycznego funku i soulu, często niesłuchanych i pomijanych przez innych wykonawców. Dla nas to coś ważnego, co chętnie przekładamy na nasz styl. 

Antek: Poza tym każdy z nas ma na tle innych specyficzny background. Wojtek, ty jesteś prawie samoukiem, więc siłą rzeczy inaczej przyswajałeś muzykę. Ja całe życie byłem metalem. Zacząłem grać na flecie, bo rodzice mi kazali, ale próbowałem odnaleźć w tym siebie i tak trafiłem tu, gdzie jestem. Ale nas wszystkich łączy hip-hop. 

Wojtek: Jako kultura jest częścią naszego życia i naturalnym spoiwem.

Omasta
Omasta / fot. Róża Sasor

Skoro mowa o hip-hopie, nie mogę nie zapytać o koncert, który zagraliście z Peją w krakowskim sklepie Paul’s Boutique Record Store. Jak z perspektywy czasu postrzegacie to doświadczenie? Chcielibyście coś takiego powtórzyć? 

Wojtek: Oceniamy je dobrze z dwóch powodów. Po pierwsze: to było po prostu fajne, ciekawe doświadczenie. Zderzyliśmy ze sobą dwa światy i podczas koncertu odkryliśmy, co je łączy. Zadanie było o tyle trudniejsze, że przygotowywaliśmy się w zasadzie bez wspólnych prób i zrobiliśmy de facto żywe remiksy utworów Pei. Nauczyło to nas dyscypliny nad tym, jak w ogóle ze sobą pracować. Druga kwestia jest taka, że ta współpraca wiele nam dała. Otworzyła wiele dróg. 

Antek: Poza tym Peja jest bardzo spoko ziomkiem. Nie mówimy wiele na temat współpracy z raperami, ale akurat z nim jesteśmy cały czas w kontakcie i planujemy różne rzeczy.

Czujecie, że w Polsce przestrzeń na jazz rap pozostaje niezagospodarowana? Nie chcecie jej wypełnić?

Antek: Widziałem choćby, że hoshii ostatnio zagrało z raperami w Palladium. Oglądałem przebitki z tego koncertu, ale myślę, że to nie jest nasza bajka. Nie współpracujemy z artystami po to, by od zera stworzyć jazz rap. Po prostu poczuliśmy, że z Peją to siądzie i siadło. Otrzymujemy wiele propozycji, ale niestety musimy odmawiać z braku czasu.

Peja & Omasta — Mój rap, moja rzeczywistość (live at Paul’s Boutique Record Store)

Jaki jest waszym zdaniem wspólny mianownik hip-hopu i jazzu? 

Wojtek: Nie powiedziałbym, że chodzi o wspólny mianownik. To kultury, które są ze sobą ściśle powiązane, jedna jest konsekwencją drugiej. Hip-hop w pewnym momencie przebił jazz swoją popularnością, ale wyrósł na jego gruncie. 

Antek: Myślę, że dobrze byłoby utrzymywać to połączenie albo jakoś do niego wracać. Żeby jazz był fajny, a nie nudny i salonowy.

Mieliście o nim takie przekonanie? 

Wojtek: Jeśli chodzi o ten sprzed lat, to wiadomo. Zależy, o którą jego odnogę pytasz. 

Antek: Mam wrażenie, że świat szkół muzycznych bywa mocno zamknięty. Każdy będzie patrzeć na to inaczej, ale sam nie dogadywałem się zbytnio ze środowiskiem uczelnianym. Kładzie się w nim mocny nacisk na konkursy i to, kto szybciej zagra więcej alteracji na standardach, żeby później wygrać nagrodę. Edukacja sprawia, że podejście do muzyki przypomina sport. A to ją zubaża. 

Wojtek: I w ogóle zabija duszę.

Omasta była sposobem na to, żeby uciec od tych schematów? 

Antek: Sam jestem na studiach magisterskich i już byłem bliski zmiany branży, ale granie w zespole mnie wyswobodziło. Na szczęście zauważam, że na akademiach też zachodzą zmiany. Ludzie częściej zaczynają robić swoje rzeczy, organizują jamy i inne inicjatywy. W Krakowie, w odróżnieniu od Warszawy, jakoś tego brakowało. 

Niedawno byliśmy wspólnie na jazzowejnienocy – jamie w Poczcie Głównej. Wpadło sporo ludzi nie tylko z akademii, bo odnoszę wrażenie, że zmiany rozpoczynają się już na niższym poziomie. U nas poza KSJ (Krakowska Szkoła Jazzu i Muzyki Rozrywkowej – przyp. red) są dwie opcje nauki jazzu przed studiami. Jedną z nich jest Józefińska (Szkoła Muzyczna I i II stopnia im. Bronisława Rutkowskiego – przyp. red), skąd do Poczty przyszło wielu uczniów. 

Wojtek: Poza tym pojawiły się osoby niebędące muzykami, po prostu młodzi, którzy chcieli przyjść czegoś posłuchać i dobrze bawić. Obcować z kulturą, a niekoniecznie ją wykonywać.

Omasta
Omasta / fot. Róża Sasor / materiały prasowe

Stawiacie sobie za cel animowanie krakowskiego środowiska muzycznego? 

Wojtek: Być może nie tak aktywnie, ale chcemy być kimś w rodzaju dobrego ducha i wskazywać, że poza graniem standardów jazzowych u Muniaka (jeden z krakowskich klubów  – przyp. red) można zajmować się czymś innym. Fajnie byłoby bardziej w tym uczestniczyć…

Antek: Z tym że po prostu nie mamy na to czasu. 

Wojtek: Poza tym nie dalibyśmy rady grać dziesięciu koncertów rocznie w Krakowie, żeby to nie odbiło się na frekwencji na występach i przebiegu całej naszej kariery. Ale mimo wszystko bardzo wspieramy wszelkie przejawy kontrkultury jazzowej, która odcina się grubą kreską od akademii. Lubimy, gdy płynie z prostych, szczerych pobudek, jeśli komuś po prostu chce się coś robić.

Często wymienia się was w jednym rzędzie z takimi zespołami jak EABS, Błoto czy USO 9001 jako przedstawicieli młodej fali polskiego jazzu. Uważacie, że zmiana paradygmatu w muzyce ma wymiar czysto pokoleniowy? 

Wojtek: W sumie to całkiem zabawne, bo między muzykami z EABS, których pozdrawiamy, zachodzi spora różnica wiekowa. Może po prostu nie ma nic pomiędzy, więc dlatego jesteśmy tak, a nie inaczej zaszufladkowani. 

Antek: Ale zobacz, muzycy z Klawo są gdzieś dokładnie pomiędzy, więc to taka szeroka młoda fala. Ja się z jej istnienia bardzo cieszę, bo zanim zaczęliśmy grać, mocno wszystko śledziłem i mam wrażenie, że to pomogło mi trafić tu, gdzie jestem. Pierwsze rolki Klawo, jeszcze z koncertów dla pięciu osób, widziałem już w 2020 roku. Mimo że nie rozmawiałem wtedy z nimi osobiście, pamiętam też, jak Kosmonauci zaczynali w Wadowicach na Junior Jazz Festival. Fajnie, że teraz możemy zaliczać się do tego grona.

Omasta
fot. Clker-Free Vector Images / Pixabay / CC0

Co według was byłoby przydatne do tego, żeby ta fala jazzu rozlała się jeszcze szerzej? Pomińmy już kwestię edukacji muzycznej, choć rzeczywiście to od niej wszystko się zaczyna. 

Wojtek: Jeśli spojrzeć konkretnie na Kraków, okaże się, że dwie rzeczy stanowią przeszkodę. Pierwsza to brak wystarczającej liczby miejsc, gdzie można bez krępacji i uprzedzeń eksperymentować muzycznie, zawiązywać różne kolektywy, składy i tak dalej. Dwa istniejące kluby nie za bardzo się do tego nadają. W Harris Piano Jazz Bar jamy prowadzą ci sami ludzie i grają w kółko podobne piosenki. Drugi, czyli Jazz Club u Muniaka, jest mega konserwatywny i tam po prostu wykonuje się standardy. Najczęściej pojawiają się tam albo nauczyciele akademii, albo ich podopieczni. 

Antek: I to też jest w porządku, ale brakuje czegoś takiego jak jamy w warszawskim SPATiF-ie. W Poczcie Głównej odbywają się podobne inicjatywy, ale rzadko, raz na kwartał. Tak samo potencjał ma Strych nad Zegarem, gdzie graliśmy z Leszkiem Żądło. Sęk w tym, że dwóch chłopaków, którzy to prowadzą, ma ograniczony czas i budżet. Możliwe, że brakuje wsparcia ze strony miasta. 

Wojtek: Pewnie, że brakuje. Pojawiają się ławki za 200 tysięcy złotych i inne nieprzydatne nikomu rzeczy, a nie słyszałem, żeby kiedykolwiek wykupiono dwa lokale, wyposażono je i zrobiono w nich ogólnodostępne salki muzyczne. 

Antek: Coś w stylu warszawskiej Hali Koszyki. W Krakowie powstaje teraz Centrum Muzyki, które będzie połączeniem filharmonii i opery. Jest wiele podobnych klasycznych miejsc, a przydałoby się też coś dla młodych. 

Wojtek: Muzyka jest czymś tak intymnym, że otworzenie się, odarcie ze skorupy i pokazanie swojego prawdziwego ja bywa trudne, a dla wielu osób niekomfortowe. Aby ludzie to robili, trzeba im do tego stworzyć warunki. Bez nich mogą sobie nie poradzić, a środowisko muzyczne trochę zacznie obumierać. Zupełnie nie zniknie, ale jakoś się ograniczy. 

Zobacz również
polskie premiery rapowe lipiec

Antek: Może do tego wszystkiego potrzeba też więcej młodych promotorów i menedżerów? Żeby stało się tak, że jam session będzie imprezą, gdzie się bawimy, a nie debatą muzyczną. 

Wojtek: I właśnie ostatnio zobaczyliśmy to w Poczcie Głównej. Nikt się nie ścigał, kto zagra lepiej albo szybciej. Po prostu ludzie dobrze się bawili.

Omasta —Think Twice / Body Movin’ (for J Dilla)

Wróćmy do Omasty. Na jakim etapie jest wasza współpraca z ikoną samplingu, Madlibem, którą zapowiadaliście już w ubiegłym roku?

Antek: Rozwija się. Tej wiosny albo lata planujemy koncerty z jego najbliższymi przyjaciółmi. 

Wojtek: Cała ta współpraca to dość enigmatyczny temat. Madlib to taki człowiek, który ma na pęczki niewydanej muzyki. Jak mu się chce, to ją wydaje, jeśli nie, to tego nie robi. My pomagaliśmy mu skończyć album jazzowy. Nawet nie wiemy, jak zostanie nazwany, ale pewne jest, że całość została już nagrana i czeka na wydanie. Od naszych różnych znajomych usłyszeliśmy, że managament namawia Madliba do tego, żeby potraktował ten materiał priorytetowo. Kiedy to się stanie, nie wiemy, ale ostatnio przestaliśmy sobie aż tak zaprzątać głowę tym tematem. 

Antek: Dodam tylko tyle, że Madlib wydaje się być dość zamkniętą w sobie osobą. Tak naprawdę pozostajemy cały czas w kontakcie ze wszystkimi wokół niego, włącznie z jego menedżerką, ale z nim nie. Zobaczymy, jak się to rozwinie. Na pewno naszym celem jest w końcu z nim porozmawiać. 

Wojtek: Ale w tej introwertyczności może tkwić sekret jego geniuszu. Siedzi zamknięty u siebie w pokoju, z nikim nie gada i w ciągu jednego dnia potrafi zrobić dziesięć albumów. To taki szalony naukowiec. Ma bzika na punkcie muzyki i to dla nas w pewnym sensie autorytet.

Takie introwertyczne podejście do tworzenia muzyki trochę jednak różni się od tego, co robicie jako Omasta. 

Antek: Tak, do tego stopnia, że nie znosi, gdy ktokolwiek gra jego bity. Ale my dostaliśmy błogosławieństwo – słynny filmik, którego nie możemy nikomu pokazać. Jedzie na nim samochodem, słucha naszej muzyki i pokazuje, że mu się podoba. 

Wojtek: Nagrania na ten album zbiegły się zresztą w czasie z tym, gdy graliśmy koncert z muzyką z płyty Madvillain na OFF Festivalu. To był duży remix tego albumu. Believe, jego współpracownik, z którym byliśmy na scenie, potwierdził, że Madlib daje na to glejt.

Omasta — One Beer (live at Paul’s Boutique Record Store) [MF Doom/Madlib live cover

Świetny był ten koncert. 

Wojtek: A byłeś też w namiocie?

Nie dopchałem się. 

Wojtek: Według nas ten występ przebił to, co zrobiliśmy wokół Madliba na głównej scenie. Przynajmniej dla mnie to było pierwsze zderzenie z tym, jak można poprowadzić show i wymienić się energią z publiką.

Jak rozumiesz tę wymianę energii? 

Wojtek: Chodzi o to, jak naszą muzyką i konkretnymi dźwiękami możemy wpłynąć na publikę. Nagle pojawia się sprzężenie zwrotne, że to ona oddziałuje na nas. Nakręcamy się jak zegarek i lecimy coraz wyżej. 

Antek: Tak to wyglądało, a na dodatek jeszcze na drugą połowę koncertu wpadł do nas Believe. 

Wojtek: I na tej wymianie energii zasadza się definicja dobrego koncertu. Oczywiście, inne rzeczy także się liczą, na przykład to, czy poprawnie zagraliśmy. Ale jeśli nam samym podoba się to, co gramy i dobrze czujemy się na scenie, publika zazwyczaj w to wchodzi. 

Antek: Zawsze, odkąd pomyślałem, że chcę profesjonalnie zajmować się muzyką, gram przede wszystkim po to, żeby podobało się innym. Po prostu wydawało mi się, że o to chodzi. 

Wojtek: Bo jaki w sumie byłby inny cel? 

Zaspokojenie swojego ego? 

Antek: Parę dni temu nagraliśmy z Wojtkiem numer sami dla siebie. I już tym zaspokoiliśmy ego.

Omasta
Omasta / fot. Róża Sasor / materiały prasowe

Copyright © Going. 2024 • Wszelkie prawa zastrzeżone

Do góry strony