Czytasz teraz
Lordofon: „Fagata jest piękna” [WYWIAD]
Muzyka

Lordofon: „Fagata jest piękna” [WYWIAD]

Jakby to się udało, to połączenie featów na płycie dopiero byłoby zaskakujące! Słoń, Hi Hania, Wiktor Dyduła i C**** F***. Wieka szkoda, że to nie wyszło. Lordofon o pracy nad albumem Niesamowita Trupa Pana Hiroszimy, przekuwaniu konceptu Pana Hiroszimy na koncerty, pojęciu autentyczności w alternatywie i sympatii do pewnej polskiej raperki.

Zostały ostatnie bilety! Pan Hiroszima przedstawia: Niesamowita trasa zespołu LORDOFON

Jagoda Gawliczek, Going. MORE: Rozmawiamy po pierwszym koncercie z trasy w Gdańsku. Jak czujecie się po spotkaniu z publicznością z nowym materiałem? 

Maciej Poreda, Lordofon: Premiera albumu to moment, gdy traci się nad nim kontrolę. Praktycznie nigdy już nie wracamy do danego materiału. Tymczasem na koncertach ta muzyka ożywa za każdym razem. W Gdańsku bardzo zaskoczył nas np. Starboy, który w lipcu wydawał się zamkniętym tematem. Wszystkie nasze piosenki w Gdańsku stały się zupełnie nowymi utworami. 

Michał Jurek, Lordofon: Pierwszy koncert odbył się dwa tygodnie po premierze albumu, co wiązało się z pewnym ryzykiem, że ten nowy materiał nie będzie jeszcze przez słuchaczy przyswojony. Zaskoczyło mnie, jak dobrze siadły te utwory. Mamy porównanie, bo przez cały sezon letni graliśmy już te kawałki i widać było, że ludzie są na nich mniej aktywni. Bardziej słuchają, niż się bawią, co wygląda, jakby był zanik energii na koncercie. Tymczasem w Gdańsku nie było już widać tych różnic między nowym i starym materiałem, co jest dla nas bardzo fajne. 

Maciej: Mamy też kawałki, które muszą się bardziej zasiedzieć – są dłuższe i mniej energiczne. X, czyli numer, którym otwieramy, nie wywołuje mocnej reakcji, ale wydaje mi się, że za rok będzie się go grało genialnie. 

Lordofon – X

Wasza płyta zbudowana jest wokół konceptu Pana Hiroszimy, czyli przemocowego nadzorcy, szefa. Koncerty rozwijają ten pomysł, co momentami jest mocno kontrowersyjne. Baliście się, jak to siądzie? 

Michał: Oczywiście, że tak. Przed pierwszym koncertem mieliśmy napisany scenariusz. Wszystko sobie ułożyliśmy i zrobiliśmy próby momentów, gdzie poza graniem kawałków wchodzimy w interakcje z Panem Hiroszimą. Aktorstwo to byłoby może za duże słowo, chyba, że damy je w cudzysłowie. Baliśmy się, że to może nie wyjść, że będzie niezręczne i krindżowo. Publiczność też wchodzi w reakcje z Panem Hiroszimą – to bardzo istotny element tego wszystkiego. Gdyby to nie wypaliło, cały koncert by się posypał. Na szczęście się udało.

Przepracowywaliście w ten sposób też jakieś swoje niepokoje i traumy?

Maciej: Zdecydowanie. Ostatnio usłyszeliśmy, że w ogóle w naszym materiale jest dużo niepokoju – więcej niż na poprzednich płytach. Chyba po prostu szukaliśmy źródła tego niepokoju i tak znaleźliśmy Pana Hiroszimę. Na płycie jesteśmy lajtowi, ale na koncercie staramy się, żeby publiczność faktycznie poczuła negatywną energię. À propos rzeczy, którymi się stresowaliśmy – to dosyć ryzykowny zabieg, bo na koncertach kultywuje się raczej pozytywną energię. Nie buczymy, nie hejtujemy nikogo. A tutaj my w zasadzie przez cały koncert budujemy niechęć do jakiejś postaci, która de facto jest z nami na scenie. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami okazało się jednak, że publiczność też ma w sobie dużo negatywnej energii, której chce dać upust.

Na waszym koncercie w Gdańsku czułam się momentami mocno przejęta tym, co się działo. Dużo pomaga jednak to, co dzieje się na samym końcu. Ale nic nie zdradzę, żeby była niespodzianka. 

Michał: Nie zdradzajmy. Ten koncert ma swoje zabawne momenty, ma momenty negatywne i momenty powiedziałbym nawet lekkiej grozy. Ciągamy ludzi po różnych emocjach i nie używamy do tego tylko i wyłącznie muzyki.

Maciej: Jak się oglądało na przykład Grę o tron, to taki Joffrey był postacią, której nikt nie lubił, ale jednak czuło się emocje, gdy pojawiał się na ekranie. My tutaj oczywiście nie wchodzimy na taki poziom niechęci…

Może na kolejnej płycie?

Maciej: Tak, może z kolejnym albumem. 

Michał: Jak spojrzysz, w jaki sposób Pan Hiroszima wpływa na koncert, w jakich momentach się ukazuje i co robi dokładnie, to – jak myślę z perspektywy czasu – nic dziwnego, że ludzie się na niego zdenerwowali. Dopuszcza się ruchów, które mogą łatwo striggerować osoby, które lubią nasze sztandarowe kawałki. 

Ale są też prezenty. 

Maciej: Tutaj też nie możemy zdradzić szczegółów oprócz tego, że prezenty są z jakiegoś powodu związane z Wielkanocą. Jeśli ktoś jest szczęśliwcem, dostanie jajko albo koszyk.

Michał: Możemy zdradzić, że nie tylko my będziemy na scenie, tylko ktoś z publiczności stanie tam z nami. 

Ta Wielkanoc mnie bardzo ciekawi, bo na płycie pojawia się dużo nawiązań do Jezusa. O co z tym chodzi? 

Maciej: Faktycznie przez te ostatnie półtora roku walczyły we mnie różne siły i dużo czytałem o Jezusie. Nigdy nie byłem wychowywany w wierze katolickiej, ale z jakiegoś powodu teraz przyszedł taki moment w moim życiu, że zapaliła mi się jakaś lampka. Pojawiła się we mnie ciekawość. Na pewno nie było to świadome. Ciekawe jest to, że jak się słucha danej płyty po latach, to jest ona ewidentnie wycinkiem życia w konkretnym okresie. Widać nurty filozoficzne, a raczej po prostu rzeczy, które w tym czasie siedziały komuś w głowie. 

Michał: Jezus jest bardzo mocną i ikoniczną postacią, więc nawiązania do niego w tekście mocno działają na wyobraźnię. 

Maciej: Zresztą nie tylko Jezusa, bo na płycie jest też dużo Boga. Poprzednio nie było go wcale, a tu jest chyba w pięciu kawałkach. 

Michał: Ale nie jest to muzyka katolicka! 

Maciej: Mam nadzieję. 

Czy umieszczenie Kanyego Westa w jednym z kawałku to też w jakiś sposób nawiązanie do Jezusa? 

Maciej: Gdy pisałem tekst do Hiroszima, mon amour, w którym pojawia się Kanye, on startował właśnie z ekstremalnie przegiętą kampanią promocyjną, w której atakował Żydów i nawiązywał do nazizmu, co było po prostu przedziwne. Odkąd pamiętam, byłem zainteresowany popkulturą i czegoś takiego nie widziałem nigdy. To było w jakiś sposób okropne, ale też… intrygujące?  To przerażenie, bo tak to można nazwać, jakiś dygot wewnętrzny, musiałem umieścić w piosence. 

Lordofon – Hiroszima, mon amour

No i pasuje to też do Pana Hiroszimy i eksplorowania negatywnych emocji. 

Maciej: Pan Hiroszima byłby bardzo zadowolony z takich działań, byleby tylko Lordofon pojawił się na czyichś ustach. 

Czy Pan Hiroszima dalej w was żyje?

Maciej: On zawsze będzie żywy. To jest tak jak na terapii, że jak się już coś nazywało, to dalej jest, ale można tym zarządzać. 

Dużo powiedzieliśmy o tekstach, ale jak praca nad albumem wyglądała od strony muzycznej?

Michał: Kiedyś odpowiedź była prostsza, bo w zasadzie jeszcze za czasów Plasteliny można było powiedzieć, że ja robię bity, a Maciek – wokal i teksty. Teraz to jest trochę bardziej złożone, a każdy kawałek powstaje w inny sposób. Są numery, w których nadal za część muzyczną w 100% odpowiadam ja. Są kawałki, w których część muzyczną robiliśmy pół na pół we dwójkę. Są też kawałki, w których Maciek zrobił w znaczącej części instrumenty, ale ja tylko coś uzupełniłem. Z każdym albumem coraz częściej pracujemy razem także nad muzyką. To daje nam nowe możliwości i dużo frajdy. 

Maciej: Mimo że pracujemy ze sobą już paręnaście lat, jesteśmy innymi ludźmi, którzy mają inną wrażliwość i czasami z tych zgrzytów wrażliwości powstają świetne rzeczy. Warto ten zgrzyt pielęgnować i go szukać. Oczywiście, czasami to nie pozwala na działanie. Na przykład Michał zrobił bit, który jest obiektywnie świetny, tylko po prostu nie oddziałuje na mnie w taki sposób, żebym usiadł i napisał do niego coś dobrego. Nie mam nad tym w ogóle kontroli. Z kolei X to kawałek, w którym przy bicie nie kiwnąłem nawet palcem, a dokładnie rozumiem, o co Michałowi chodziło. Wydaje mi się, że tutaj się dogadaliśmy fantastycznie bez słów i takie chwile są piękne.

Michał: Nieraz mamy bardzo konkretne wyobrażenie, jaki kawałek chcemy zrobić. Może moja pierwsza iteracja nie będzie idealnie w punkt, ale jesteśmy w stanie z nią pracować. Chyba najrzadziej sukcesem okazuje się kawałek, w którym ja robię dowolny bit i dopiero później sprawdzam, czy on się zsynchronizuje z Maćkiem. 

Maciej: W tej pracy masz dwa zbiory i szukasz tego, co wspólne. To sztuka, której cały czas się uczymy. Przy poprzedniej płycie bardzo długo myślałem, że mam obowiązek robić rzeczy, które nie są w moim zbiorze. Teraz jest tak, że jeśli mi się coś podoba, a Michałowi nie – albo odwrotnie – te kawałki po prostu nie idą na płytę. To ma być od nas obu. 

Michał: Uczymy się też dociągać rzeczy do końca. Lego było pod dużym znakiem zapytania. Maciek napisał zwrotkę i brakowało drugiej, a jeszcze nie było Wiktora Dyduły. Dopiero gdy on się dograł, numer zyskał drugie życie i świeżość. Teraz jest jedną z piosenek, które najmocniej idą na płycie.

Michał, a zdarza ci się wetować teksty?

Michał: Mam wrażenie, że Maciek ma w sobie taką dużą ilość samokrytyki, że ja raczej jestem stroną, która mów: Ej, stary, jest spoko, mi naprawdę to siedzi, a Maciek i tak będzie chciał jeszcze trochę pogrzebać.

Maciej: Moja narzeczona nauczyła się być bardzo delikatnym policjantem i to jest jedyna osoba, która umie to zrobić. Kiedy piszę tekst, to przemyślę każdą możliwą rzecz, która mogłaby nie grać. To jest milion kompromisów. Jak coś nie siada, po prostu nie chcę tego robić dalej. Pisanie to praca na emocjach. 

Lordofon
Lordofon, fot. Kacper Tomaszewski / materiały prasowe

Wspomnieliście o Wiktorze, ale nie jest jedyny gość na albumie. Jaka jest historia tych współprac? 

Maciej: Z Wiktorem zrobiliśmy dwie piosenki. Pierwsza była Antarktyda. On napisał super zwrotkę i zaśpiewał ją fantastycznie, ale piosenka zaczęła być za długa. Żeby miała sens, musielibyśmy usunąć moją zwrotkę, a ja byłem do niej strasznie przywiązany. Wiktor wprowadził jednak całą masę kreatywnych rozwiązań, których użyliśmy. Pamiętam chwilę, kiedy zaczął proponować nowe melodie, które są teraz na końcu Antarktydy. To było niesamowite, że ktoś może mieć inną perspektywę na nasze piosenki. Że może podejść do tego z innym wyczuciem melodii. Logika mówiła mi, że to możliwe, ale wtedy pierwszy raz pomyślałem: Wow, co tu się dzieje. Od razu otworzyła się klapka, że ludzie, którzy nie należą do naszej dwójki, mogą wprowadzić całą masę fajnej energii. 

A Hi Hania?

Michał: Mieliśmy Prywatną wyspę z drugą zwrotką, ale tam cały czas były otwarte drzwi na to, żeby ktoś mógł ją podmienić. Jednocześnie pojawił się pomysł, żeby zrobić coś z Hi Hanią. Na jakimś etapie pomyśleliśmy: Ej, „Prywatna wyspa” to coś, co może się tutaj totalnie sprawdzić. Hani, którą znałem wcześniej z Twoje 5 minut spodobała się piosenka i nagrała zwrotkę. Wszystko poszło gładko i szybko. Ja w ogóle znałem ją z pierwszego sezonu. Potem jeszcze dostaliśmy zaproszenie, żeby zagrać na Festiwalu Ekipy w dzień premiery kawałka. Dla Lordofonu to było doświadczenie nie z tej ziemi. Hania wywołała trochę zamieszania wśród naszych słuchaczy, którzy byli zaskoczeni z tą współpracą. Przecież Lordofon to taki alternatywny zespół, który gardzi mainstreamem?! Wydaje mi się, że nasi słuchacze dowiedzieli się trochę gorzkiej prawdy o nas, że niekoniecznie jesteśmy tym, za co nas uważali.

Maciej: Nie dość, że nie gardziliśmy nigdy niczym, to wręcz zawsze chcieliśmy być bardzo znani i robić popową muzykę, tylko dotąd nie umieliśmy. 

Lordofon feat. Hi Hania – Prywatna wyspa

Mnie samą mocno zaskoczyły te negatywne komentarze o Hi Hani. Wasza współpraca wydawała mi się nieoczywistym, a przez to świetnym ruchem. 

Maciej: To było śmieszne, bo Hi Hania jest miłą i fajną postacią, ale totalnie nie z naszego świata. Miałem poczucie, że to jest ewidentne, że podchodzimy do tego z przymrużeniem oka – oczywiście z pełnym szacunkiem do Hani. 

Na zasadzie: mili ludzie robią coś razem. 

Maciej: Tak jakbyśmy zrobili nagle feata z Patecem. To też byłoby dla nas super fajne i ciekawe. Wcześniej w życiu byśmy nie pomyśleli, że ktoś mógłby na to jakoś dziwnie zareagować. A teraz wiemy już, że na pewno by tak było. Mimo że Patec to jest kurde Patec!

Michał: Hania jest influencerką, która wychodzi z tej roli. Stara się skierować w stronę muzyczną i mam poczucie, że jej to wychodzi. Oczywiście sporo jest influencerów, którzy mieli szemrane akcje, że coś wizerunkowo poszło nie tak, ale kurczę, to serio nie jest ten case. Mam wrażenie, że z całego grona ludzi z Ekipy ona jest najbardziej transparentna. 

Maciej: Na socialach Hi Hani jest teraz teasowana współpraca z Kuqe 2115. Jestem przekonany, że to nie będzie miało nawet ćwierci backlashu jak nagranie Prywatnej wyspy. On działa w bańce, w której to jest z jakiegoś powodu dozwolone, mimo że nie jest mniej autentycznym artystą niż my. Okazuje się, że ten cały zestaw zasad, co komu wolno, a komu nie, jest strasznie pogmatwany, więc po prostu nie należy się go słuchać.

Z rapem to się mocno zmieniło w ostatnich latach. Pamiętam jeszcze, jak Mata wypuszczał pierwsze kawałki i dużo osób mówiło, że przecież to bananowy dzieciak i absolutnie nie wolno mu robić rapu. 

Maciej: Jak się dobrze zastanowić, to okaże się, że wszystkie najfajniejsze rzeczy – i to nie tylko w muzyce, ale i kulturze – dzieją się, gdy ktoś robi coś, czego nie powinien. 

Michał: Mam wrażenie, że nie daliśmy nigdy nikomu do zrozumienia, że mamy jakieś zdystansowane spojrzenie czy wręcz niechęć do mainstreamu albo do rzeczy hip-hopowych. Tworząc, inspirujemy się bardzo dużo muzyką, która jest w zasadzie popowa, i też bardzo dużo popowej muzyki słuchamy.

Maciej: Moja ulubiona płyta to w ogóle Melodrama Lorde. 

Michał: A w tym roku Swag Justina Biebera. Zastanawiałem się nad tym, że na poprzednich płytach mieliśmy kilka braggowych kawałków, które były w oczywisty sposób robione z przymrużeniem oka. Ta bragga była na tyle niedorzeczna i głupkowata, że nie można było pomyśleć, że mamy coś do mainstreamu. Ale może jednak ludzie wzięli te kawałki na poważnie? 

Justin Bieber – DAISIES

Wydaje mi się, że pokutuje myślenie, że alternatywa to bastion, w którym obowiązują określone estetyki i etyki. A przecież mamy 2025 rok. 

Maciej: Mi też się wydawało, że żyjemy już w takim totalnym pomieszaniu i poplątaniu. Ale okazało się, że…

Zobacz również
Tata Taktumi

…że jednak Lordofon nie może. 

Maciej: Nie, Lordofonowi absolutnie nie wolno! A przecież jest taka grupa artystów, do której mam wrażenie, że też należymy, jak Miły ATZ czy Kosma Król. Te miejskie alternatywy są trochę oldschoolowe i ludzie znajdują w nich autentyczność. W naszym przypadku iluzoryczną, bo jednak totalnie jesteśmy fajfusami, którzy chcą być znani za wszelką cenę.

W którymś wywiadzie powiedzieliście podobno, że nie nagracie nic z Fagatą. Ktoś mi to przekazał przed naszą rozmową. To prawda?

Maciej: Nieprawda. Ja bym chciał nagrać z Fagatą.

Michał: Ja bym chciał nagrać z Fagatą.

Maciej: Ona jest wszystkim tym, czym z definicji jest hip-hop. Wydaje mi się, że to właśnie dlatego ludzie jej nie lubią. Wszyscy gonią tę prawdziwość, a jak znajdzie się ktoś prawdziwy, nie mogą tego w ogóle udźwignąć. To jest jak czaszka w Indiana Jonesie, która wybucha, bo nie radzi sobie z całą tą mocą. Tak jest z Fagatą. Jest po prostu zbyt prawdziwa i ja uważam, że to jest piękne. Fagata jest piękna. Kochamy Cię, Fagata.

Michał, masz jeszcze jakieś marzenia, jeśli chodzi o feata?

Michał: Fagata oczywiście, bo jest piękna. Sporo myśleliśmy też, żeby coś zrobić z Michałem Wiraszko. Nie wiem, czy to nam wyjdzie. 

Maciej: Raz się poznaliśmy na Fryderykach. To bardzo ważna postać dla całej naszej historii muzycznej. Moim zdaniem najlepszy tekściarz w Polsce. On by pewnie nie potwierdził tych słów, ale…

On powiedziałby, że Lordofon. 

Maciej: Gadałem z nim i powiedział, że lubi Lordofon, bo to są teksty o czymś. Ale nie dodał nic innego pozytywnego, więc zobaczymy, co z tą współpracą.

Michał: Z Alexem Turnerem byśmy feata mogli zrobić. Z Arctic Monkeys.

Maciej: Pierwszy taki feat w historii polskiej muzyki!

Michał: Swoją drogą, próbowaliśmy zrobić jeden zagraniczny feat już na tej płycie, ale nie wyszedł.

Maciej: Wcześniej nie chcieliśmy tego zdradzić, ale teraz powiemy to pierwszy raz.

Czekajcie, zrobię werble.

Michał: Gadaliśmy z Crazy Frogiem, żeby pojawił się na Cheesy.

Maciej: I to nie jest żart.

Michał: To nie jest żart.

Maciej: Miesiąc gadaliśmy z poważnymi ludźmi, którzy posiadają do niego prawa. To znaczy Pan Hiroszima dzwonił. Ale okazuje się, że on jest w rękach trzech czy czterech niemieckich producentów, którzy siedzą na tronach pieniędzy i rozkazują Crazy Frogowi. Nie wystarczył im młodzieńczy żar w naszych oczach, ale chcieli również dużo euro.

Ojro.

Michał: Ojro. Ale jakby to się udało, to połączenie featów na płycie dopiero byłoby zaskakujące! Słoń, Hi Hania, Wiktor Dyduła i Crazy Frog. Wieka szkoda, że to nie wyszło. 

Maciej: To ciekawy kierunek, prawda? Bo tego nikt nie robi.

Michał: Memiczne piosenki.

Lordofon – Cheesy

Memiczne, ale o czymś. I potem koniecznie festiwal Lordofonu. To w ogóle jest wasze DNA, że jest dużo lekkości, żartów, ironii, ale jednocześnie te tematy są poważne.

Maciej: Staramy się podchodzić do trudnych rzeczy z lekkością i żarcikiem, a z drugiej strony nie podchodzić do niepoważnych tematów. Kiedy tak długo robi się piosenkę, lepiej już zrobić coś sensownego i o czymś. Taka jedna piosenka zajmuje dużo więcej czasu, niż się wydaje. I my potem jeszcze przez lata jeździmy i gramy to po całej Polsce. 

Michał: Trudno, żeby nie było tej lekkości i zabawy, skoro cała nasza praca jest w jakimś sensie zabawą. Ta praca nie pozwala nam dorosnąć. Hoduje i utrzymuje w nas dzieciaka. Więc nie ma się co dziwić, że dwóch trzydziestoletnich chłopów myśli: Kurde, szkoda, że nie wyszedł ten kawałek z Crazy Frogiem. Ja jestem bardzo dumny i szczęśliwy, że my mamy takie problemy w życiu. To jest luksus.

Copyright © Going. 2024 • Wszelkie prawa zastrzeżone

Do góry strony