Jasmine Rodgers, wokalistka Bôa: „Tęskniłam za śpiewaniem z większą ekspresją”
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach…
19 lat — a tyle minęło między premierami dwóch ostatnich płyt brytyjskiego zespołu — to we współczesnym przemyśle muzycznym wieczność. Trio przetrwało jednak próbę czasu, a drugi rozdział jego historii rozpoczął niespodziewany viral na TikToku. Jak artyści odnaleźli się na scenie? Z jakim przekazem chcą dziś trafić do słuchaczy i czy nie męczą ich prośby o zagranie Duvet? Przed polskimi koncertami pytamy o to wokalistkę Jasmine Rodgers.

Stanisław Bryś, Going. MORE: Dwa lata temu wydaliście po prawie dwudziestu latach przerwy album Whiplash, a na początku tego roku podzieliliście się ze słuchaczami jego rozszerzoną edycją. Dlaczego postanowiliście uzupełnić tę płytę?
Jasmine Rodgers, Bôa: Gdy nagrywaliśmy utwory na Whiplash, robiliśmy to od podstaw do tego stopnia, że tytułowy numer albo Walk With Me kończyliśmy jeszcze w samym studiu. Dzięki możliwości wykonywania ich na żywo nieco się rozwinęły i zmieniły, więc postanowiliśmy do nich wrócić. Poza tym podczas premierowych koncertów na scenie towarzyszył nam Harry Smith, który często grał na skrzypcach. Miło było usłyszeć, jak robił to podobnie do nieżyjącego już Paula Turrella.
Chcieliśmy pokazać łagodniejszą stronę naszej muzyki i trochę się nią pobawić. Po nagraniu wersji Londinium zarejestrowaliśmy oryginalne ścieżki piosenki Strange Few i stworzyliśmy ich połączenie, na przecięciu smyczków i ciężkiego brzmienia. To pokazuje, że nieustannie ewoluujemy i idziemy naprzód. O takie eksperymenty dziś też jest łatwiej. Poprzednie dwie płyty wypuściliśmy i temat był zamknięty. Teraz można więcej.
Na odświeżonym Whiplash wróciliście do jednej starszej piosenki Twilight. Co w niej szczególnego?
Dla mnie to w pewnym sensie bardzo gotycka piosenka. Pisaliśmy ją pod estakadą kolejową, bo szukaliśmy różnych nietypowych miejsc, gdzie moglibyśmy ćwiczyć i komponować. Było tam naprawdę ciemno! W takich okolicznościach trudno uniknąć, żeby tekst miał tak klasyczny refren, zwłaszcza że czytałam wtedy Anne Rice i wiele innych gotyckich horrorów.
Sam powrót do Twilight okazał się bardzo przyjemny. Uznaliśmy, że dodanie smyczków było słusznym posunięciem, bo w oryginale i tak mają duże znaczenie. A fakt, że nagrywaliśmy całość w studiu, z którego dosłownie było widać wiktoriański cmentarz, sprawił, że wszystko było na swoim miejscu (śmiech).
Skoro rozmawiamy o powrotach, chciałbym jeszcze dopytać o wasz koncertowy comeback. Jak to jest stanąć na scenie po tylu latach?
Pierwszą dłuższą trasę po przerwie zagraliśmy w Stanach Zjednoczonych, w sierpniu 2024. To było duże przeżycie. Po pierwsze: podróżowaliśmy vanem wraz z innymi muzykami. Musieliśmy przyzwyczaić się do ich dynamiki, ale i do siebie nawzajem. Przebywaliśmy razem w studiu, ale nie na taką skalę. Od 20 lat nie spędziliśmy jako zespół tyle czasu bez przerwy.
Poza tym pokonywaliście długie dystanse.
Nie jesteśmy już najmłodsi i taka forma podróżowania nie jest najwygodniejsza (śmiech). Ale po siedmiu godzinach bycia w vanie dochodziło do próby ognia i grania koncertów. Każde miejsce okazało się zupełnie inne. Trafiliśmy na wspaniałą publiczność — nie spodziewaliśmy się, że tak wiele osób polubi naszą muzykę. Podczas występów zastanawialiśmy się, czy oni faktycznie przyszli dla nas, zwłaszcza że Stany dzieli wiele różnic kulturowych z Wielką Brytanią.
Pojawiły się też dwa nowe aspekty techniczne. W marcu 2024 roku, podczas pierwszego koncertu, po raz pierwszy użyliśmy samych odsłuchów. Wcześniej poza nimi mieliśmy jeszcze monitory podłogowe. No i sama musiałam przyswoić grę na gitarze elektrycznej. Było to wspaniałe doświadczenie, ale wymagało wiele nauki.
Nie było tak, że w przerwie od Bôa zupełnie zniknęłaś ze sceny, bo występowałaś solowo. Czym różnią się dla ciebie oba wcielenia artystyczne?
Ta gitara okazała się dużym wyzwaniem, bo solowo gram na akustycznej i głównie palcuję. Musiałam poświęcić trochę czasu na przyzwyczajenie się do elektrycznej. Całkiem trudna okazała się też ponowna nauka tekstów, zwłaszcza że sami słuchacze dobrze je znają i pomyłki, które i tak czasem się zdarzają, byłyby dużą wtopą.
Muszę jednak przyznać, że mocno tęskniłam za śpiewaniem z większą ekspresją. Uwielbiam grać folk, ale możliwość przekazania i współodczuwania rockowej energii jest naprawdę wspaniała.
A jak to jest u ciebie z pisaniem tekstów? Widzisz różnicę między tym, jak tworzysz je dla siebie a dla Bôa?
Być może faktycznie mam inne nastawienie. Zauważyłam jednak, że niektóre utwory mogłyby być solowe, a ostatecznie włączyliśmy je do repertuaru zespołu. Różnica bardziej tkwi w tym, jak zmieniłam się w tym czasie.
To ciekawe, co mówisz, bo sam odnoszę wrażenie, że przekaz waszych piosenek jest całkiem podobny. Nadal konfrontujecie się z trudnymi emocjami, by dać im upust i poczuć wyzwolenie.
Świetnie to ująłeś i myślę, że w dużej mierze tak właśnie jest. Chodzi o to, żeby zrozumieć, jaka jestem i skąd się to wzięło: czy to z głowy, czy z serca, czy z jakichś zewnętrznych czynników. Wciąż nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale myślę, że wiele ludzi rozumie to uczucie i próbuje oswoić je w bezpiecznej przestrzeni.
Różnica między tym, jak myślałam o tym kiedyś i dziś, tkwi w tym, że nadal tu jestem.

Rozwiniesz, co masz na myśli?
Gdy jakaś sytuacja jest trudna, wreszcie się poprawi. Później znów się pogorszy, ale i znów będzie lepiej. Fakt, że ją przetrwałam, jest tego symbolem. Być może nie jest to wielkie pocieszenie, ale nie chcę nikomu mówić, jak powinien się zachowywać. Po prostu dzielę się sobą przez muzykę i mam nadzieję, że dzięki temu znajdę przyjaciół. Jeśli z piosenek Bôa ma coś płynąć, to nadzieja, że zawarte w nich światy okażą się wsparciem i ukojeniem.
Czy według ciebie muzyka wciąż może jednoczyć ludzi?
Zupełnie tak! Oglądałam show Bad Bunny’ego na Super Bowl i było niesamowite. Wśród całego bólu i cierpienia, które widzimy w mediach społecznościowych i o którym nie mogę przestać myśleć, ten występ był po prostu cudowny. Pomyślałam sobie: To jest to. I zupełnie nie obchodzi mnie, w jakim gatunku była utrzymana ta czy inna piosenka, kiedy widzę, że bierze się prosto z serca i trafia do słuchaczy.
Wspomniałaś, że chciałabyś dawać słuchaczom Bôa wsparcie. Dostajesz od nich sygnały wskazujące na to, że to się udaje?
Nasze wcześniejsze albumy są już od dawna dostępne i ludzie wciąż się do nich odnoszą. W większości przypadków rozumieją, co mieliśmy na myśli. Cieszę się, że piosenki mają dla nich duże znaczenie i dają wsparcie. Nie zamierzaliśmy tworzyć muzyki z tego powodu, bo robimy to głównie dla siebie, ale to wszystko się ze sobą łączy.
Jedną z uroczych rzeczy w social mediach jest to, jak łatwo można porozumieć się z ulubionymi artystami i opowiedzieć im o tych emocjach. Nie wiadomo, czy ci wykonawcy to przeczytają, ale powiem tyle, że ja sama to robię!
Sami doświadczyliście siły social mediów, gdy wasza piosenka Duvet przerodziła się w viral na TikToku. Do tego tematu już się wielokrotnie odnosiliście, ale ciekawi mnie, czy poza tym coś po latach zaskoczyło was w przemyśle muzycznym.
Nasza wytwórnia (Nettwerk Music Group — przyp. red) okazała się bardzo elastyczna i wspierająca, co było cudowne. Ale zajęło to chwilę, by zrozumiała, że jesteśmy zespołem grającym na żywo i nie chcemy, żeby nasza muzyka była dostępna tylko cyfrowo. Słuchacze potrzebowali płyt CD i winyli. Wszystko udało się jednak załatwić i dziś wytwórnia dobrze bawi się przy realizacji innych naszych pomysłów.

Od premiery Whiplash minęło już trochę czasu. Regularnie gracie koncerty, zdobywacie nowych fanów. Czujesz, że na dobre wróciliście i to nowy początek dla Bôa?
Trudno powiedzieć, ale tak czy inaczej jest mi z tym dobrze. Wcześniej długo graliśmy, później wiele się pozmieniało, a potem nadszedł renesans Duvet, którego się nie spodziewaliśmy. Tak długo, jak ludzie będą chcieli przychodzić na koncerty i nas słuchać, będę je grać. A jeśli chodzi o pisanie piosenek, trudno mi powiedzieć, czy wrócę do solowej twórczości, czy będę dalej pracować z Bôa. Na pewno kreatywność musi brać się z zabawy i ciekawości świata, a do tego nie powinnam czuć presji.
Czyli to raczej wyjdzie spontanicznie.
Tak myślę, tym bardziej, że chcemy, żeby muzyka po prostu brzmiała dobrze. Nie ma co przyspieszać tego procesu.
Ale zdradzisz chociaż, czy myślicie nad nowymi piosenkami?
Na pewno się nad nimi zastanawiamy, ale to jeszcze niepewny temat. Poza tym ostatnie miesiące były dla mnie dość trudne. Straciłam mamę, która zmarła na raka, więc przechodzę teraz proces ponownego dostrajania się do rzeczywistości. Chcę dać sobie więcej czasu.
Oprócz tego bardziej skupiamy się na kontynuowaniu trasy. W tym roku zagramy w wielu miejscach, gdzie nas jeszcze nie było, bo jest ich całkiem sporo. Zależy nam na tym, bo nigdy nie profilowaliśmy się jako brytyjski albo amerykański zespół. Zawsze czuliśmy, że jesteśmy międzynarodowi.
Polskę odwiedziliście po raz pierwszy w ubiegłym roku, a teraz wracacie na dwa koncerty. Jakie były twoje wrażenia z pierwszej wizyty nad Wisłą?
Zawsze myślę o Polsce ciepło, bo mieszkają tu moje dwie przyjaciółki. Co do samych występów, pamiętam, że bardzo spodobał mi się nasz support, zespół Komety. Jego członkowie to bardzo mili i sympatyczni ludzie! A, i jeszcze dwie rzeczy. Występowaliśmy jakoś w lutym, a ludzie czekali w kolejce pod klubem już kilka godzin przed naszym koncertem. Ucieszyłam się, że organizatorzy wpuścili ich do środka, bo myśleliśmy, że umrą z zimna. Później zaskoczyła mnie energia całej publiczności. To było coś niesamowitego, zwłaszcza że na zewnątrz były niskie temperatury.
Może właśnie widzowie chcieli się rozgrzać?
Coś w tym jest! Poza tym był jeszcze jeden fan z transparentem, na którym padło pytanie: Czy mogę zagrać na waszej perkusji? Udało mu się zrobić zdjęcie z Lee (Sullivan, perkusista Bôa — przyp. red.) i to było super.
Czekamy na pierwszy raz w Poznaniu i ponowną wizytę w Warszawie, bo nie mieliśmy specjalnie dużo czasu, żeby dokładnie się po niej rozejrzeć. Zobaczyliśmy Pałac Kultury i Nauki i to w zasadzie byłoby na tyle. Ale na trasie widzieliśmy sporo pięknej architektury i szerokie drogi. Wiem, że to najgorsza rzecz, jaką można powiedzieć o danym kraju, musisz mi to wybaczyć (śmiech).

Jak się czujesz z tym, że słuchacze domagają się Duvet na koncertach? To radość czy utrapienie?
Muszę przyznać, że gdyby tego nie zrobili, byłabym trochę urażona, a już na pewno zdezorientowana. Gdy graliśmy Duvet po raz pierwszy po dłuższej przerwie, umieściliśmy go w setliście dwa razy: na końcu i w środku, bo niektórym widzom pewnie trudno byłoby dotrwać do końca. Nie dostrzegam w tym żadnego problemu, bo to dzięki temu utworowi wiele osób poznało naszą muzykę. Być może byłoby we mnie więcej frustracji, gdybym miała grać tylko stare piosenki.
W tym wszystkim zawsze powinna zachodzić równowaga. Fajnie, gdy można grać to, co się chce, i nawiązywać w ten sposób dialog z publicznością na własnych zasadach. Ale doskonale rozumiem też drugą stronę, bo sama bywałam w sytuacji, gdy chciałam usłyszeć konkretne utwory moich ulubionych artystów. Też jestem temu winna (śmiech).
A jakie piosenki szczególnie lubisz grać na żywo?
Wydaje mi się, że takie, które kryją w sobie cięższy ładunek emocjonalny, na przykład Fool albo Strange Few. Ale to wszystko zmienia się w zależności od kraju, klubu i słuchaczy. Są takie chwile, gdy przypominasz sobie o tym, że dostrzegłaś coś u publiczności. W Australii zauważyłem, że dla jednej dziewczyny konkretny utwór bardzo wiele znaczył i to było bardzo miłe.
Dobrym przykładem jest też Walk With Me, które wykonaliśmy na koncercie w Wielkiej Brytanii. Zepsuło się nagłośnienie, więc wraz z Carlosem i Harrym zagrałam ją tylko na skrzypcach i gitarze. Zachęciliśmy publiczność do śpiewania i było naprawdę fajnie. Kiedy zaczynasz coraz więcej występować, każda piosenka otrzymuje dodatkową, nadbudowaną historię.
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach „newonce", „NOIZZ", „Czasopisma Ekrany", „Magazynu Kontakt", „Gazety Magnetofonowej" czy „Papaya.Rocks". Mieszka i pracuje w Warszawie.

