Dwupak z nawiedzonego studia. Płyta „Stadium Arcadium” RHCP kończy 20 lat
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach…
Album, na którym znalazły się takie utwory jak Dani California, Snow (Hey Oh) i Hump de Bump, do dziś uchodzi za jeden z najlepszych krążków w dorobku amerykańskiego zespołu. Przypominamy, dlaczego!
Spis treści
Stadium Arcadium nie jest nazwą żadnego istniejącego obiektu sportowego. To neologizm, który zdaniem gitarzysty Johna Frusciante po prostu wypada chwytliwie i budzi pozytywne skojarzenia. — Zdałem sobie sprawę, że te słowa brzmią pięknie. Jestem osobą, która nie potrzebuje niczego więcej. Nie muszę wiedzieć, co znaczy „I Am the Walrus” (tytuł utworu The Beatles — przyp. red), bo to po prostu świetna zbitka. (…) Nawet nie zastanawiam się więc dłużej nad tym, skąd przyszedł ten tytuł — tłumaczył artysta w jednym z wywiadów.

Koniec z presją
Dobór tytułu wpisuje się w szerszą strategię twórczą, jaką Amerykanie obrali przy tworzeniu całej płyty. Do jej nagrywania podeszli ze świadomością, że nie muszą już czegokolwiek udowadniać. Chwilę wcześniej wydali drugą kompilację przebojów Greatest Hits, a także albumy Californication i By the Way. I choć każdy z materiałów okazał się dużym sukcesem, a na nich samych ciążyła presja związana z byciem jednym z najbardziej wpływowych zespołów rockowych początku XXI wieku, postanowili zdusić ją w zarodku. Zamiast tego postanowili grać, jak chcą — bez kalkulacji, za to z czystą radością z tworzenia.
Czy w tym studiu straszy?
Stadium Arcadium powstawało w The Mansion (Dwór) — studiu nagraniowym należącym do wybitnego producenta Ricka Rubina. RHCP wcześniej pracowało tam nad płytą Blood Sugar Sex Magik, która otworzyła im drogę do międzynarodowej kariery. W przestrzeni rzekomo zamieszkiwanej przez iluzjonistę Harry’ego Houdiniego miało straszyć, ale muzycy zupełnie się tego nie przestraszyli. — Wszyscy byli w dobrych humorach. Mało napięcia, niepokoju i dziwactw. Każdego dnia stawialiśmy się w tym odjechanym pokoju, a wszyscy czuli się swobodniej niż kiedykolwiek wcześniej, dzieląc się swoimi pomysłami — wspominał później wokalista Anthony Kiedis. Frusciante czuł obecność paranormalnych mocy, które odblokowały go twórczo.
Stadium Arcadium. Między Jowiszem a Marsem
W tak niezwykłych warunkach muzycy pozwolili sobie na więcej. Ostatecznie nagrali aż 28 piosenek, przez co Stadium Arcadium jest dwuczęściowym wydawnictwem. Pierwszy człon albumu, Jupiter, zawiera bardziej przebojowe, hymniczne utwory, jak choćby Dani California, Snow (Hey Oh) czy Hump De Bump. W drugim Marsie panowie pozwolili sobie na soniczne eksperymenty (np. użycie syntezatora modularnego) i odważniejsze odsłonięcie emocji. Było o czym opowiadać, bo jak wspominał Kiedis, w czasie nagrań każdy z członków grupy silnie angażował się w jakąś relację romantyczną. — Miłość i kobiety, ciąża i macierzyństwo, problemy w związkach: to wszystko mocno oddziałuje na tę płytę. Byliśmy pełni energii, bo się zakochaliśmy — tłumaczył.
Krążek szybko po premierze dotarł na szczyt zestawienia US „Billboard” 200, a później wyróżniono go czterema nagrodami Grammy. Dziś obchodzi 20. urodziny i to świetna okazja, by sobie o nim przypomnieć. Raczej nie okrył się patyną, bo jego odsłuch jest jak spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem. Emocje może towarzyszą już inne, ale sentyment zostaje.
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach „newonce", „NOIZZ", „Czasopisma Ekrany", „Magazynu Kontakt", „Gazety Magnetofonowej" czy „Papaya.Rocks". Mieszka i pracuje w Warszawie.


