Czytasz
Balecik zakończony na FEST – 4. dzień festiwalu

Balecik zakończony na FEST – 4. dzień festiwalu

Rapsy, bronksy i fajerwerki. Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Sprawdźcie nasz raporcik z ostatniego (chlip, chlip) dnia festiwalu.



relację z 3. dnia festiwalu przeczytacie tutaj


Przemek

W piątek zaciągnąłem festiwalowy hamulec. Rano obudziłem się więc świeżutki i piękny, w pełni sił witalnych, a jedyna faza, którą odczuwałem, to ta księżyca. Idealnie, by przygotować się na ostatnie festiwalowe starcie. Moimi wywiadowymi oponentami tym razem były Rysy. Ale po kolei. Jednym z pierwszych przystanków podczas ostatniego rozdziału mojej FESTowej podróży było bujanko na falach Undadasea.

Podczas koncertu miały miejsce różne wymiany i transakcje. Raz ekipa unda rzuciła lolka w stronę publiczności. Potem stwierdzili, że mają na scenie za mało jointów, więc wyprosili jednego od ludzi pod sceną. Jednak najważniejszą wymianą była ta energetyczna. To, z jaką mocą raperki i raperzy wypluwali wersy do ludzi, by otrzymywać z powrotem równie silny gwar, było wg mnie bezprecedensowe na tym festiwalu. 

Lekko zawiany morskimi falami prosto z Gdyni ruszyłem na Eden, by tam zaaplikować sobie codzienną porcję downtempo. El Mundo i Be Svendsen live, dwie dawki, skuteczność 99%. Na miejscu złapałem Mihvu oraz Filipa Sonika, którzy tego dnia otwierali tę scenę. Pogadaliśmy trochę o ostatniej epce Michała i ocenialiśmy, ile było dark disco w secie Be Svendsena.







Dr Dark i mr. Disco





Potem szybki wywiad z Rysami (chłopaki mieli straszną obsuwę z powodu korków). W pamięci najbardziej zapadło mi przeszywające, mistyczne wręcz spojrzenie Wojtka Urbańskiego. Producent ma taki vibe, że w alternatywnej rzeczywistości spokojnie mógłby być mnichem buddyjskim albo guru, o którym powstałby serial na Netfliksie.


Rytualny był również sam performens Rys (tak nazwę grupy odmienił towarzyszący im na scenie Michał Anioł, więc to poprawna forma, I guess). Strasznie podoba mi się ich koncertowa formuła, która swobodnie łączy klubowy live act z piosenkami oraz improwizacją. Po nich Silesia Stage przejęła Natalia Przybysz. Najbardziej zaskakujące było wejście na scenę jej rodziców – szczególnie, gdy okazało się, że Anna Przybysz, mama wokalistki, dysponuje nie gorszym głosem niż córka.


Festiwal nieuchronnie zbliżał się do końca, okolice Main Stage zaczynały pustoszeć, a ja wciąż byłem niewytańczony. Uciekając przed cieniem, a raczej promieniami słońca, ponownie ruszyłem na Eden oraz Kręgi Taneczne.

Trafiłem akurat na live act Giorgii Angiuli, podczas którego artystka, odziana w kosmiczny skafander, była dosłownie all over the place – śpiewała, grała na synthach i dziwnych instrumentach własnej roboty. Po niej scenę przejął legendarny Kollektiv Turmstrasse. Bardzo eklektyczny set, idealny jako ostatni akcent FESTowego szaleństwa. Gdy już wybrzmiały ostatnie dźwięki z Kręgów Tanecznych, mogłem udać się na zasłużony spoczynek.

A ten bardzo mi się należał, bo po 4 dniach prawie mieszkania w Parku Śląskim, przeobraziłem się w prawdziwego zwierzaka.








A najlepszym podsumowaniem całego festiwalu jest dla mnie to video, które nagrałem podczas występu Kerala Dust. Fuck yeah.




To tyle z FESTA, ale bynajmniej nie koniec ekstremalnych doznań.

W niedzielę pan taksiarz okazuje się być niezłym freakiem, który mógłby dostać angaż w polskiej wersji filmu „Taxi” (byleby tylko nie skończył jak jego główny bohater). Jego czerwone gałki oczne wskazywały na zmęczenie FESTowym weekendem, który zapewne był dla niego nie mniej intensywny niż dla nas. Po kilku ostrych wejściach w zakręt i ignorowaniu progów zwalniających, w taksówce nagle zaczęło się robić gorąco, a spod maski uniosła się chmura dymu.

Szybko opuścilismy auto, podobnie jak pan kierowca. Otworzył maskę, a następnie dostał fontanną wody prosto w twarz. Chłodnica. A najlepsze jest to, że po chwili, niezrażony, zamknął maskę i pojechał dalej. God bless him.

Tak czy siak, przeżyłem FEST!

Kacper

Deprywacja snu daje mi się we znaki. Po śniadaniu muszę się jeszcze zdrzemnąć – na dobrą sprawę dzień zaczynam od dwunastej. Oprócz napisania relacji czeka mnie jeszcze zebranie tekstów chłopaków do kupy i wrzucenie całości na stronkę. Pracę utrudnia doskwierający głód.

Po robocie w nagrodę raczę się żurem, maczanką i piwkiem Hajer Zelter. Obiad baja. W zasadzie bardziej obiadokolacja. Przy stoliku obok siada grupa FESTOWICZÓW na mocnym zjeździe. Jedna z dziewczyn nie wytrzymuje – typiara zaczyna się drzeć i awanturować ze swoimi znajomymi. Wyżej sra, niż dupę ma.

Wbijam do kawiarni obok i zgarniam jeszcze szybki przelew z Rwandy. Jestem gotów wjechać na festiwal.

Rysy mają jakieś problemy logistyczne i są dopiero w drodze na FESTA, więc Przemek musi jeszcze trochę poczekać na wywiad. Dymek i Gabi zabierają mnie na UNDADASEA. Podczas koncertu zastanawiamy się, co stało się z tą ziperską atmosferą na rapowych gigach. W międzyczasie jeden z członków UNDY prosi publiczność o świeczkę. Jednak nie wszystko stracone! Czilowy wajb UNDADASEA nie jest wyłącznie zasługą nadmorskiej bryzy.

Musimy się zawijać, bo czas pokręcić storiesy z maina, gdzie właśnie ruszył koncert PRO8L3M. Wbijam razem z Przemkiem do wywiadowego namiotu i próbuje ogarnąć dwa autografy Kygo, o które zostałem poproszony przez VIPy z Czech. Rzecz niemożliwa, bo podobno stroni on od jakichkolwiek spotkań z powodu koronawirusa.

Mam co raz bardziej dosyć hałasu, uginają mi się nogi, a jedyne o czym myślę, to powrót do hotelu. W poszukiwaniu ciszy trafiam do namiotu naszych skanerów – pomagam im złożyć wiatraki, przez co gubię kartę rabatową Empiku, którą odkręcałem śruby. W oddali Kygo puszcza jakiś tropikalno-house’owy remiks AC/DC… Jego występ i zamknięcie maina zwieńczają spektakularne fajerwerki.

Na telefonie mam co raz więcej wiadomości z pytaniami o te nieszczęsne autografy Kygo. Próbuje się czegokolwiek dowiedzieć, ale o tej porze już nikt nie odbiera telefonów.

Godzina 2:00, festiwal zaczyna pustoszeć, pozostają najwytrwalsi gracze. Dopiero teraz goingowcy mogą odpiąć wrotki, ale wychodzi na to, że tylko część z nich ma na to jeszcze siłę. Razem z Gabi postanawiamy się zawinąć. Pakuje moje wiotkie i przemęczone ciało do taksówki, głowa już tam nie trafia.

Niestety FEST Festival 2021 zapamiętam tylko z perspektywy pracy. Przez cały mój pobyt w Chorzowie nie udało mi się ani razu zostać na koncercie do końca, a z większości występów byłem zmuszony wyjść po mniej więcej trzech utworach. Pierwszy raz pojechałem w delegację na festiwal i wiem, że już nigdy więcej nie będę się na coś takiego pisał.

Sprawdź też
mat. promocyjne do albumu "Uśmiech" Jana Rapowanie, fot. Paweł Fabjański

Dymek

Ostatki sił jeszcze tliły się w moim przeoranym czterodniowym melanżem organizmie, ale coż, trudno się mówi jedziemy dalej. Czego to się dla Was nie robi.

Główni headlinerzy jak Kygo czy Robin Schulz to zupełnie nie mój klimat, dlatego wolałem zostawić miejsce przy scenie dla innych, a sam postawiłem na polski hip-hop. Kupujcie polskie rap płyty, pamiętacie takie hasło? 

Moim pierwszym planem koncertowym był Miły ATZ. No właśnie, był. Niestety nie wyrobiłem się na Atezeciaka, bo zamówienie taksy w Katowicach w momencie kiedy parę tysięcy ludzi próbuje zrobić to samo, nie należy do łatwych zadań. Żałuję bardzo, bo to kolejny raz kiedy nie dotarłem na koncert tego rapera. Ale luzik, nie psujemy sobie nastroju. W pewnym sensie nic straconego, bo przecież Miły od jakiegoś czasu jest częścią mojego kolejnego must see tego dnia, czyli koncertu gdyńskiego składu UNDADASEA

Miałem okazję już słyszeć ich na innym zajebistym śląskim wydarzeniu jakim jest Upper Festival. Składzik zagralł dużo nowego materiału a ich energia była niezmiennie dobra! Wydaje mi się, że najlepiej podsumowuje ten koncert to co powiedziałem wtedy do Kacpra: ich twórczość to 100 procent hip-hopu w hip-hopie. Na żywo to już w ogóle 110, jest naprawdę prawilnie. xD Bardzo podoba mi się luz z jakim oni rapują, w pewnym sensie niepowtarzalny w polskiej rap-grze. 

W międzyczasie polataliśmy po festiwalu z Gabi w poszukiwaniu stylóweczek. Było Was tyle, że powiem Wam tylko jedno: nie mogę się doczekać na wyniki. Ten festiwal to prawdziwy raj dla modowych świrów. Poprzeczka na przyszły rok ustawiona jest bardzo wysoko. 

Po złapaniu szybkiego bronksa wracam na Tent Stage, żeby posłuchać ojca chrzestnego polskiego rapu, czyli Sokoła, który (jak zwykle) nie zawodzi. Było trochę klasyki (Desiderata na żywo – WOW) i trochę nowszych rzeczy (Napad na bankiet – WOW (2)). Wojtek ma świetny kontakt z publicznością. Kiedy ze sceny mówi hasło, składające się z pięciu i trzech gwiazdek, wszyscy momentalnie ożywają i zaczynają skandować. Nie inaczej jest ze mną, więc postanawiam dodać do tych gwiazdek nazwisko byłego wokalisty zespołu Piersi, co podłapuje parę osób w moim otoczeniu. ***** bandytów rozmontowujących ten kraj.

To samo hasło wychodzi z ust grupy PRO8L3M, na który biegnę szybko na Main Stage. Jestem jednych z tych, którym Oskara i Steeza nigdy za wiele. Kondycja rapowa Oskara z koncertu na koncert staje się coraz lepsza – ziomuś nie wypada z bitu, rapuje z ogromną starannością i niepodważalnymi emocjami. Panowie kolejny raz pokazali ogromną klasę i udowodnili dlaczego są jednym z najmocniejszych graczy w Polsce. Ja to szanuje. 

Tym optymistycznym akcentem kończy się moja przygoda z tegorocznym FESTem. Czy będę tęsknił za Parkiem Śląskim i tymi wszystkim scenami? Na pewno. Czy widzimy się w przyszłym roku? NAJAK! 

Copyright © Going. 2020 • Wszelkie prawa zastrzeżone