Czytasz
Beyoncé zebrała dream team i nagrała album roku [RECENZJA]

Beyoncé zebrała dream team i nagrała album roku [RECENZJA]

Beyoncé

Singlowe Break My Soul dawało nadzieje na solidny album, ale czy ktoś spodziewał się takiego uderzenia?

Mainstream w końcu wyciąga rękę do maluczkich

Lista współpracowników i współpracowniczek Beyoncé, którzy dołożyli swoje trzy grosze przy okazji powstawanie Renaissance robi wrażenie. Po latach, a właściwie dekadach, podkradania unikalnych stylów czy metod produkcji od mniej znanych artystów, proceder ten został w końcu przerwany. Mało kto był w stanie przewidzieć, że stanie się to właśnie za sprawą Beyoncé. Artystka włożyła sporo wysiłku, aby koncept jej najnowszego albumu został należycie zrealizowany.

Już sama nazwa albumu zdradza nam kierunek, jaki interesował jedną z największych współczesnych ikon popu. Jak wiemy, pojęcie człowiek renesansu odnosi się do osoby wszechstronnie uzdolnionej i wykształconej w wielu dziedzinach. I taka jest właśnie najnowsza płyta B. To emitujące światło stroboskopu i dyskotekowej kuli, które odbija się i rozszczepia tworząc wyjątkową gamę barw.

Renaissance pęcznieje od przeróżnych muzycznych tropów i podgatunków. Nieograniczone możliwości artystki umożliwiały jej oczywiście realizacje nawet najbardziej zuchwałych i ekstrawaganckich planów. Grono ścisłych współpracowników mogło bez większych problemów wykonać należyty research, a następnie znaleźć odpowiednich producentów, którzy stworzyliby perfekcyjne imitacje autorskich brzmień. Tak się jednak nie stało. Beyoncé postanowiła zmienić panujący od lat paradygmat i oddać hołd tym, którzy mają ogromny wpływ na rozwój muzyki, ale nie cieszą się wielką popularność poza otaczającą ich banieczką.

Honey Dijon zadbała, by house brzmiał tak, jak powinien; Kelman Duran dopilnował, by reggaeton pozostał blisko swoich korzeni; A. G. Cook był odpowiedzialny za jakościowy hyperpopowy akcent, Green Velvet dostarczył swoje kultowe sprężyste kicki i skwierczące snare’y. W tym świetle nawet angaż Skrillexa wydaje się uzasadniony i trafnie wpisany w formułę.

Lista współpracowników to jedno, obraz dopełnia bowiem niezwykle trafny dobór sampli. Najgłośniej komentowanym wyborem jest chyba ten dotyczące singlowego Break My Soul, w którym wykorzystany jest fragment utworu Robin S i wokalny sampel, za który odpowiada Big Freedia. Creditsy pokazują, że to zaledwie kropla w morzu. Chwilę po ich publikacji internet zalały obszerne analizy, z których można wyłowić utwory będące źródłem inspiracji dla produkujących podkłady na Renaissance. Nie ma sensu rozbijać tego po raz kolejny. Jedno jest pewne, Beyoncé odrobiła pracę domową, a efekt potwierdza, że było warto.

Filtrowanie trendów

Artystka nie jest pierwszą osobą, która wpadła na podobny pomysł. Chęć stworzenia kompleksowego dzieła, który oddaje wiele wcieleń muzyki klubowej towarzyszy popowym gwiazdom od dekad. Często kończy się to jednak klęską bowiem granica między inspiracją, a kopiowaniem zdaje się być zbyt trudna do wyczucia. Renaissance udowadnia jednak, że da się tego uniknąć.

Siłą tego albumu jest obecność wspólnego mianownika dla wszystkich utworów. Jest nim nie tylko wokal Beyoncé, ale również jej autorska aura. Wprawdzie artystka nigdy nie zapuszczała się w tak odległe od core’u jej stylistyki rejony, ale jakimś cudem czuć, że te wycieczki są podsumowaniem jej całej kariery. Tak właśnie powinna wyglądać muzyczna ewolucja. To podejście w stylu od ogółu do szczegółu. Gdyby każda płyta byłej członkini Destiny’s Child miała być diamentem, to ta ostatnia byłaby takim z ostro przyszlifowanymi rogami.

Żaden z kawałków nie jest letnim crowd-pleaserem, którego przeznaczeniem jest zdobycie sympatii jak największej liczby słuchaczy. Co oczywiście nie oznacza, że tak się finalnie nie stanie. Rzecz w tym, że Beyoncé postawiła na – potencjalnie – bardziej ryzykowną strategię. Renaissance jest esencją – intensywną, charakterną i nieprzezroczystą. Nie ma tu miejsca na kompromisy. Wytrychem do zdobycia serc słuchaczy jest klubowo-taneczny wydźwięk albumu, ale na tym ukłony w stronę masowej publiki się kończą.

Sprawdź też
taco hemingway

Drake vs Beyoncé – nie każdemu flirt z housem wyszedł na dobre

Wolność i niepohamowana ekspresja

Czy weszliśmy w erę, w której ikony mniejszościowych grup mogą w końcu swobodnie wyrażać się w sztuce? Ten ruch trwa bez wątpienia od lat, ale efekt zmian chyba nigdy nie był tak wyczuwalny, jak w tym roku. Ciężko nie wyłapać uderzającego podobieństwa łączącego najnowsze albumy Kendricka Lamara i Beyoncé. Oboje postawili na jeszcze większe odkrycie się przed swoimi odbiorcami. Kendrick zrobił to poprzez – intensywniejsze niż kiedykolwiek wcześniej – zatopienie w autobiograficznych wątkach i ukazanie dręczących go demonów. Beyoncé postawiła za to na mniej radykalne i emocjonalne, ale nie mniej imponujące metody i powróciła do swoich korzeni przedstawiając pełnię swojej persony.

Zawsze znajdą się tacy, którzy wytkną, że poruszanie wątków równościowych jest obecnie w cenie. Najnowszy album Beyoncé idealnie wpisuje się w ten trend i daje świetną okazję, by szambo w necie ponownie wybiło. Rzecz w tym, że artystka porusza te kwestie od lat. Nigdy nie robiła tego jednak z taką odwagą i wyczuciem, jak przy okazji tego projektu. Support dla społeczności queerowej nie ogranicza się w tym wypadku jedynie do pustych frazesów. Jak wspominałem wcześniej, B zadbała, by światło skierowanych na nią reflektorów padło również na konkretne reprezentatki i reprezentantów queerowego świata. „Beyoncé podziękowała mi za to, że udzieliłam się na jej kawałku. Ja na to: co ty gadasz, to ja dziękuję za zaproszenie” – mówi Big Freedia.

Kendrick „Mr. Morale & Big Steppers” – pierwsze wrażenia wczutego psychofana

Czy to dowód na to, że idziemy w dobrym kierunku? Zdecydowanie tak. Najnowszy album Beyoncé zawładnie parkietami w wielu miejscach na świecie, a płynący z niego przekaz ma szansę dołożyć kolejny puzelek do obrazu lepszego świata. Serio, nie myślałem, że napiszę takie słowa po premierze tego materiału. Renaissance to luźno najlepsza płyta tego roku dzieląca to miejsce z najnowszym dziełem Kennyego.