Czytasz teraz
„Zawsze jest coś nowego do zrobienia”. Klawiszowiec Suede o muzycznej ewolucji, głodzie zmian i nadziei
Muzyka

„Zawsze jest coś nowego do zrobienia”. Klawiszowiec Suede o muzycznej ewolucji, głodzie zmian i nadziei

Neil Codling

Neil Codling dołączył do Suede w 1996 roku jako klawiszowiec i wokalista wspierający. Z czasem zaczął także grać na gitarze, współtworzyć teksty i wyznaczać kierunek zmian całego zespołu, który mimo bycia wpychanym do szufladki z britpopem stale poszukuje nowych środków wyrazu. Skąd ta nieustanna potrzeba eksperymentów? Czy po 30 latach muzyk dokonuje osobistych podsumowań, czy woli występować w duchu carpe diem? Co osobistego przemycił do nowego albumu Antidepressants? O to wszystko zapytaliśmy Codlinga przed ponowną wizytą Suede nad Wisłą.

23 lipca w klubie Progresja w Warszawie Suede zagra jedyny polski koncert. Kup bilet i spotkaj się z legendami!

Stanisław Bryś, Going. MORE: Brett Anderson, twój kolega z zespołu, powiedział, że każda kolejna płyta jest odpowiedzią na swoją poprzedniczkę. Jak sam opisałbyś relację łączącą album Antidepressants z powstałym wcześniej Autofiction

Neil Codling, klawiszowiec Suede: W historii Suede wiele razy było tak, że wydaliśmy płytę, która odniosła sukces i przepełniła nas entuzjazmem czy zachwytem. Tuż po niej nie osiedliśmy jednak na laurach, tylko zrobiliśmy coś zupełnie innego. Tak było w przypadku Dog Man Star, po którym nagraliśmy popowe Coming Up, a następnie mroczne, elektroniczne Head Music

Kiedy więc ludzie przychodzili na nasze koncerty promujące Autofiction, zauważyliśmy, że postrzegają te piosenki za dość oczyszczające i radosne, do wspólnego śpiewania. Pomyśleliśmy, że nie możemy tego tak zostawić. Początkowo kolejna płyta miała być o wiele bardziej artystyczna, ale spróbowaliśmy podjąć mroczniejsze tematy i sprawić, by same utwory były popowe, radosne i hymniczne. Sprawdziliśmy, dokąd nas to zaprowadzi. Tekstowo zrobiło się poważniej, ale muzycznie — nieco bardziej zachęcająco i lżej.

Neil Codling
okładka płyty Antidepressants, której fragmenty usłyszymy na polskim koncercie Suede / fot. BMG / materiały prasowe

Dwie kompozycje na Antidepressants — Somewhere Between an Atom and a Star i Life is Endless, Life Is a Moment — napisaliście z myślą o ścieżce dźwiękowej do baletu. Opowiesz o niej coś więcej? 

Neil Codling: Tych piosenek powstało nieco więcej. Były o wiele wolniejsze i bardziej ilustracyjne. Powstały, gdy z powodu pandemii przemysł muzyczny utknął w korku. Pojawiły się opóźnienia w tłoczeniu płyt winylowych. Zespoły chciały ruszyć w trasę ze swoimi płytami, więc sporo lokali zostało już zabookowanych. Aby Autofiction wreszcie wyszło, a później zwolniły się sloty na koncerty, musieliśmy odczekać rok. Nie robiliśmy wtedy nic konkretnego, więc pomyśleliśmy, że nagramy ścieżkę dźwiękową do baletu. Rozważaliśmy możliwość jego wystawienia, ale nie udało się tego zrobić na czas. Nie sądzę, by wszystkie z tych 12-14 utworów ujrzały światło dzienne, ale te, które wymieniłeś, faktycznie znalazły się na Antidepressants.

Taki proces twórczy chyba różni się czasowo od tego, do którego jesteście przyzwyczajeni. 

Neil Codling: Faktycznie to był eksperyment. Spróbowaliśmy sprawdzić, czy uda nam się nagrać płytę w dziewięć miesięcy, i nie do końca wyszło. Staraliśmy się jak najlepiej wykorzystać ten okres, ale myślę, że potrzebujemy dać sobie trochę więcej czas. Jednak przyzwyczailiśmy się do tego, że wydajemy albumy raz na trzy lata, więc coś zrobionego szybciej postrzegamy za dość niedokończone. 

Poza tym, jak wspomniałem, zmienił się kierunek naszych poszukiwań. Nie potrzebowaliśmy artyzmu, tylko podwojenia tempo na mrocznej, hymnicznej ścieżce, na którą wkroczyliśmy wraz z Autofiction.

Utwór Life Is Endless, Life Is A Moment, o którym opowiada Neil Codling.

Dotychczasowa historia Suede opiera się na ciągłym wymyślaniu się na nowo. Wspomniałeś zresztą w jednym z wywiadów, że nie chciałbyś, żeby wasz zespół płynął tylko na fali nostalgii za latami 90. Rozumiem, że taka pokusa się pojawia? 

Neil Codling: Wiemy, jak wygląda nasz dorobek i rozumiemy, że kiedy gramy na festiwalach i koncertach, pojawiają się ludzie, którzy widzą nas po raz pierwszy i chcą usłyszeć największe hity. Robimy to, bo działamy w branży rozrywkowej i wiemy, jak wygląda. Poza tym przez lata udało nam się zbudować lojalną bazę fanów i pragniemy im się odwdzięczyć. 

Myślę jednak, że tym, co nas napędza i najbardziej interesuje, jest pisanie piosenek i tworzenie płyt. Nie budzimy się rano podekscytowani istnieniem starych przebojów, tylko tym, co będziemy robić w studiu i w jakim pójdzie to kierunku. Od zawsze inspiruje nas wspólne działanie i próba stworzenia czegoś z niczego. Dzięki nowym brzmieniom na albumach podtrzymujemy nasze zainteresowanie muzyką. To taka niepisana mantra.

Skąd według ciebie bierze się u słuchaczy i twórców nostalgia za przeszłością? Czy to jedynie kwestia frustracji tym, jak wygląda współczesny świat, czy warunkuje ją coś jeszcze? 

Neil Codling: Jest coś w tym, co mówisz. Piosenki z przeszłości są dobrze znane i przywołują na myśl bezpieczeństwo. Budują społeczność i wspólnotowe rozumienie. We współczesnym świecie, gdzie rzeczy przestajemy traktować za pewnik, a kultury stają się bardziej fragmentaryczne, posiadanie czegoś, co znamy od podszewki, uspokaja. Poza tym jeśli przychodzisz na koncert jako 50-latek i podskakujesz z radości, słuchając starych piosenek, którymi dzieliłeś się z przyjaciółmi, nagle znów możesz zmienić się w młodziaka. Tkwi w tym duża wartość, ale nie sądzę, żeby tak dało się przeżyć całe życie. 

Branża muzyczna w dużej mierze polega na sprzedaży. Duch nostalgii i poczucie, że znów jesteś małolatem, dla niektórych ludzi będą bezcenne. Nagle z twoich ramion na jeden wieczór zostaje zdjęty ciężar świata. Kim jesteśmy jako zespół, żeby mieć o to pretensje? Ale znów podkreślę, że choć rozumiemy wartość rzeczy, które robiliśmy w latach 90., nie jesteśmy nimi zmotywowani. Moglibyśmy jeździć po festiwalach i grać utwory sprzed 30 lat, tyle że raczej by to nas znudziło. Wolimy się przemóc i spróbować stworzyć coś nowego, zachowując równowagę między premierowym a starym materiałem.

Neil Codling
Suede na żywo / fot. Morten Rygaard / materiały prasowe

O niepokojach targających współczesnością opowiadacie wprost w piosence Broken Music for Broken People. Suede to nadal zespół dla zranionych dusz? 

Neil Codling: Tytuł Broken Music for Broken People tak naprawdę odnosi się do dwóch rzeczy. Po pierwsze: od zawsze byliśmy zespołem outsiderów. Jako grupa do niczego się nie dostosowywaliśmy i nie byliśmy częścią głównego nurtu, raczej pozostawaliśmy na uboczu. Być może przyciągamy ludzi, którzy też czują się wykluczeni, jakby byli na marginesie. Rozumiemy naszych fanów i myślę, że oni to doceniają. 

Inna sprawa, że życie w XXI wieku, a konkretnie na półmetku obecnej dekady, faktycznie stało się bardziej skomplikowane niż w latach 90., gdy rozpoczynaliśmy. Mówimy o tym nie tylko w Broken Music for Broken People, ale we wszystkich tekstach na Antidepressants. Adresujemy je przede wszystkim do tych, którzy czują, że kultura mainstreamowa niekoniecznie ilustruje ich zmartwienia powiązane z obecną epoką. Wiele piosenek opowiada o zakochiwaniu się i rozstaniach, a przecież w tle istnieje coś bardziej skomplikowanego, z czym też trzeba się mierzyć. Zawsze staraliśmy się poruszać takie tematy, mając nadzieję, że inni znajdą swego rodzaju ukojenie w tym, o czym śpiewamy.

Tu znajdziesz bilety na koncert Suede!

We wspomnianej piosence nadajecie outsiderom podmiotowość, przekonując, że to oni, a nie miliarderzy, mają szansę uratować świat. To dość emancypacyjny gest. 

Neil Codling: I ważny. W obecnym systemie społecznym cała władza spoczywa w rękach tych, którzy mają pieniądze. Decyzje podejmuje się nie tyle w oparciu o politykę, co o korzyści finansowe dla konkretnej grupy. Ale myślę, że siła 1% najbogatszych osób nie może tak naprawdę dorównać pozostałym 99%, jeśli ci drudzy będą chcieli coś faktycznie zmienić. Przypominanie o tym w tekstach, pisanie hymnicznych, podnoszących na duchu piosenek, dodaje siły. 

Głęboko w to wierzę, bo to historia stara jak świat, od Ozymandiasa aż po współczesność. Imperia upadają i rozpadają się, ale ludzie i ich siła zawsze będą istnieć. W duchu humanizmu przedkładamy ich ponad władzę i kapitalizm. Nadal możemy być na marginesie i o nich walczyć. Ci, którzy nas słuchają, pewnie to zauważą.

Tytuł piosenki Broken Music For Broken People według Codlinga stanowi esencję tego, czym było, jest i będzie Suede.

Czy podobną diagnozę można byłoby postawić węższemu wycinkowi rzeczywistości, czyli branży muzycznej? Artyści po przejściach uratują rynek? 

Neil Codling: Niszowi, nieznani artyści są tak samo wartościowi jak ci z głównego nurtu, a sztuki nie należy oceniać na podstawie liczby odtworzeń, wyników sprzedaży czy odsetka biletów sprzedanych na trasę koncertową. Jej wartość powinny determinować inne czynniki. Jako Suede od zawsze wyznawaliśmy tę zasadę i pewnie ona również nadała nam status outsiderów. Ale nie mówię niczego wyjątkowego: nie jesteśmy jedynym zespołem na świecie, który uważa, że nie należy skupiać się na samym materialnym sukcesie.

Powiedziałeś wcześniej, że wolisz skupiać się na teraźniejszości, ale nie mogę nie zapytać się o pierwszy koncert Suede, od którego w styczniu upłynęło 30 lat. Pamiętasz go? 

Neil Codling: O tak, i to bardzo dobrze! Zagraliśmy go w nieistniejącym już lokalu Hanover Grand w Londynie, takim małym klubie. Noc była bardzo duszna i gorąca. Poza singlem New Generation, który współtworzył Richard (Oakes, gitarzysta Suede — przyp. red.), wykonaliśmy same niewydane jeszcze utwory z płyty Coming Up. Zrobiliśmy to w podzięce dla naszych najwierniejszych, lojalnych fanów.

Zobacz również
Reneé Rapp

Zaskoczeniem dla słuchaczy była też pewnie moja obecność. Nikt nie ogłosił, że będę grać. Po prostu wyszedłem na scenę i zacząłem robić swoje.

New Generation to do dziś jeden z najpopularniejszych utworów Suede.

Czy 23-letni wówczas Neil Codling mógł się spodziewać, że trzy dekady później wciąż będzie występować i to dla jeszcze większej publiczności? 

Neil Codling: Zupełnie nie, tym bardziej, że wciąż wydaje nam się, że następny album będzie tym ostatnim, który nagramy. To również jest dla nas duża motywacja. Wydaje mi się, że gdy tylko przestaniemy tak myśleć, zaczniemy nagrywać kiepskie płyty. Właśnie dlatego przerwaliśmy działalność w 2003 roku, bo zbyt mocno wybiegliśmy myślami naprzód i planowaliśmy kolejne ruchy. 

Staramy się skupiać na tym, co tu i teraz. Na szczęście przez większość czasu feedback otrzymywany od fanów sprawiał, że mieliśmy siły do tego, by działać dalej. Oby tak pozostało jak najdłużej, bo nie wiem, czym innym moglibyśmy się zająć. Muzyka nieustannie nas motywuje i inspiruje, a to co robimy jako Suede, polega na oddawaniu tego, co od niej otrzymaliśmy, gdy sami dorastaliśmy. Chcemy dołożyć pozytywną cegiełkę do całkiem pokaźnej kolekcji piosenek, które powstają na całym świecie. I wciąż dawać coś wartościowego ludziom, którzy poznali nas w przeszłości.

Odnoszę wrażenie, że to, o czym mówisz, wybrzmiewa także na płycie Antidepressants. Mówicie o nieuchronności pewnych rzeczy, ale nawołujecie, by nie pogrążać się w rozpaczy, tylko doceniać życie w danej chwili.

Neil Codling: Dokładnie o to chodzi. Nazwaliśmy ostatni utwór na albumie Life Is Endless, Life Is a Moment, bo życie upływa w mgnieniu oka. Gdy jesteś młody, wydaje się, że nigdy się nie skończy, ale jest zupełnie odwrotnie. Jako autorzy i muzycy musimy starać się jak najlepiej wykorzystać czas, który mamy. Sami robimy to, poruszając tematy, które są dla nas istotne, a nie tkwimy w pułapce bycia wiecznymi nastolatkami i ich problemami. 

To dość trudne, by tworzyć coś pozytywnego z mroczniejszych myśli. Ale zawsze szukało się romantyzmu w mroku, czegoś podnoszącego na duchu w sytuacjach, które potencjalnie nie należą do najbardziej budujących.

Neil Codling
Suede na żywo / fot. Morten Rygaard / materiały prasowe

Czego życzyć ci na kolejne 30 lat grania w Suede? 

Neil Codling: To, o czym wspomniałem wcześniej, sprawia, że nie siadamy w kółku i nie snujemy planów na najbliższe 5, 10 czy 30 lat. Po prostu budzimy się rano i piszemy piosenki. Chodzi o to, by rozumieć, gdzie obecnie jesteśmy i jak na to reagujemy. To z kolei oznacza, że nie tkwimy w rutynie nagrywania tej samej płyty i roztrząsania podobnych tematów. Bardzo łatwo utknąć w martwym punkcie, a tymczasem w zespole rockowym w równym stopniu definiuje cię to, czym jesteś, jak i to, do czego ci daleko.

Staramy się być sobą, ale za każdym razem wnosić coś nowego. Dopóki ludzie będą przychodzić na koncerty i kupować nasze płyty, dopóty będziemy grać dalej. Tak też nawet podchodzę do naszej wizyty w Warszawie. Graliśmy już raz w Polsce na OFF Festivalu, w 2019 roku, ale nigdy nie wpadliśmy do waszej stolicy. Nie możemy się tego doczekać. Zawsze jest coś nowego do zrobienia.

Copyright © Going. 2024 • Wszelkie prawa zastrzeżone

Do góry strony