Czytasz
Wiesławiec Deluxe –– turystyka seksualna bez dewiz (poradnik)

Wiesławiec Deluxe –– turystyka seksualna bez dewiz (poradnik)

…typowa satysfakcja Polaka, który najpierw rano zmyślnie komponuje w supermarkecie świetnie zbilansowany koszyk produktów na śniadanie za 50 złotych, tylko po to, żeby wieczorem rozjebać w knajpie 4 stówy na whisky z colą.

Wakacje, wakacje i po wakacjach. No, może nie dla wszystkich, niektórym został jeszcze tydzień albo 5 tygodni, ale dla mnie, jako dla osoby, która zamiast wakacji ma z tytułu stosunku pracy urlop wypoczynkowy, kapa już nadeszła i do widzenia. Dostałem jednak sugestię, że, zanim wrócę do obsesyjnego eksploatowania tematu kapitalistycznych stosunków w zakładzie pracy na zmianę z rozważaniami o filmach o zombie, opis wakacji jest dobrym i lekkim tematem na felieton na koniec sezonu ogórkowego. Z chęcią więc podzielę się swoimi wrażeniami z zakończonej wczoraj dwutygodniowej podróży po Europie.


Na początek muszę się z czegoś zwierzyć. W tym roku, po raz pierwszy w życiu, miałem pewną fantazję: marzyłem o olaniu podróży zagranicznych, przejazdów zagranicznymi pociągami, podróży po autostradach autokarami FLIXBUSu, spania w airbnb w zachodnich metropoliach, o olaniu hoteli, muzeów, galerii sztuki współczesnej, lotnisk i całego tego zestawu, który od 14. roku życia jest przedmiotem mojego odnawiającego się w tej samej postaci pragnienia, i chciałem zrobić sobie to, co wielokrotnie robiono mi (a konkretnie rodzice) w latach 90. Po raz pierwszy w dorosłym życiu pojawił się u mnie regresywny fantazmat spędzenia wakacji nad Bałtykiem, najlepiej trzytygodniowych, w formule: rano na plażę, do wody- brr, zimna, no to może porobić zamki z piasku albo basen nad wodą, albo dokopać się do wody kilka metrów od brzegu, potem obiad na stołówce (btw, ciekawe, czy są jeszcze jakieś masowe stołówki dla wczasowiczów w formacie FWP Rybitwa), potem znowu na plażę, z książką albo gazetą, a wieczorem rybka z frytkami w smażalni i piwko. W międzyczasie zakupy ze straganów typu okulary przeciwsłoneczne za 20 złotych, ręcznik plażowy z tygrysem, suszone diodony i rozgwiazdy na pamiątkę, zapasowe olejki do opalania i – obowiązkowo – jakiś tegoroczny hit typu kolorowa samoschodząca po schodach sprężyna z plastiku, zestaw dwóch paletek na rzep z piłką tenisową albo podrzucani plastikowi spadochroniarze. Przemogłem się jednak i jeszcze sobie tego nie zrobiłem. Jeszcze przyjdzie czas.

Postanowiliśmy zatem z partnerką powtórzyć manewr typu Europa Południowa Na Tanio i Własnym Sumptem,  zrealizowany z powodzeniem w roku 2019 na trasie Warszawa-Brastysława-Budapeszt-Belgrad-Bar-Podgorica, w nieco innym wariancie. Tym razem trasa ustawiona była tak: Wrocław-Budapeszt-Zagrzeb-Split-Dubrownik-Warszawa. Tam: pociągiem i autokarem, z powrotem: samolotem. Noclegi przez airbnb.

Łączny koszt logistyki zamyka się w dwóch kaflach na głowę, co jest znaczącym wzrostem w porównaniu z rokiem 2019, gdzie 2 tygodnie na w/w trasie trasie udało się zrealizować za półtora kafla za osobę. Chorwacja jest jednak brutalnie bardziej turystyczna i droższa niż Serbia czy Czarnogóra, o czym miałem się w tym roku jeszcze nie raz przekonać, kupując obiad w knajpie. 2 kafle to jednak, jak mi się wydaje, całkiem spoko rezultat jak na dwa tygodnie ze wszystkimi noclegami, przejazdami i przelotami tam i z powrotem, szczególnie na tle aktualnych cen wycieczek zorganizowanych i pobytów w formule all inclusive, których ceny przepięknie odzwierciedlają pełzającą deprecjację złotówki w stosunku do Euro, w połączeniu z ogólnoeuropejskimi tendencjami inflacyjnymi po COVIDowym naderwaniu łańcuchów dostaw. Jest to, w moim przypadku, typowa satysfakcja Polaka, który najpierw rano zmyślnie komponuje w supermarkecie świetnie zbilansowany koszyk produktów na śniadanie za 50 złotych, tylko po to, żeby wieczorem rozjebać w knajpie 4 stówy na whisky z colą. To powiedziawszy, przejdźmy do wspominania czynów.

Stage 1: Budapeszt

Budapeszt jest super. Byłem w nim pierwszy raz w 2007 roku i wydał mi się wówczas skrajnie zaniedbanym miastem w upadku. Przejeżdżając pociągiem przez Budapeszt, mijało się niezliczone koczowiska bezdomnych z namiotami i rozwalonymi wokół śmieciami, budynki rzadko kiedy były odnowione, wszystko zarastało i całe miasto sprawiało odwrotne wrażenie niż Warszawa czy Bratysława. Mówiąc „odwrotne wrażenie”, mam na myśli odczucie, że Warszawa czy Bratysława, mimo niskiego potencjału startowego (niewielkie stare miasto otoczone dwupasmówkami i blokami z płyty), rosną i pęcznieją od pompowanego w nie kapitału w ciągłym pędzie modernizacyjnym. W obydwu miastach dominantą skajlajnu już w 2007 były dźwigi i pnące się w górę szklane wieżowce, mające za zadanie obsłużyć miasto zaskoczone-że-zostało-stolicą (Bratysława), bądź skompensować nie-bycie zwyczajną europejską metropolią z kamienicami i bulwarami (Warszawa). Oba miasta wyglądały, i do dziś wyglądają, jak ośrodki, które są jeszcze za małe jak na swoją docelową rangę i pęcznieją od środka, jakby kapitał je sukcesywnie nadmuchiwał. Budapeszt sprawiał w 2007 roku wrażenie odwrotne, jak XIX-wieczny kolos, któremu ktoś na jakimś etapie odłączył prąd i dopływ gotówki. Budapeszt był wówczas zdecydowanie za duży, jak na ilość pieniędzy która przez niego przepływała i wyglądał na miasto implodujące i zapadające się pod własnym ciężarem. Puste place z częściowo zrujnowanymi budynkami, które zarastały roślinami, zamiast, jak w Polsce czy Czechach, robić za kolejny inwestment sajt pod sto piętnasty w mieście hipermarket, albo siedemdziesiąty ósmy szklany biurowiec, odeszły jednak w przeszłość i Budapeszt jest obecnie tętniącą hajsem i życiem metropolią, która nadgoniła zapóźnienia transformacyjne w stosunku do Pragi czy Warszawy, a w niektórych dziedzinach (skala imperialnego, XIX-wiecznego urbanistycznego rdzenia) oba te miasta przerasta.


Widać przy tym, że niezakończona jeszcze przemiana Budapesztu w odrestaurowaną metropolię rozlewa się od rzeki na zewnątrz, i że poziom transformacji przestrzeni w ułożoną wielkomiejską strukturę można śledzić niczym koncentryczne kręgi słojów w przekroju ściętego drzewa. Imperialne place Pesztu nad Dunajem lśnią jak w Londynie, ale kamienice na wysokości Placu Bohaterów wyglądają dalej jak na krakowskim Kazimierzu 15 lat temu. Proporcjonalnie wzrasta również ilość psich kup. Słowem: Budapeszt, spośród miast nowej Unii Europejskiej, ma największy potencjał wielkomiejski, ma wspaniałą przyrodę (wzgórze Gellerta i inne góry otaczające miasto nad rzeką), ma niesamowity, metropolitalny warterfront, monumentalne gmachy i wszystko, co czyni kilkudniowy city break wyśmienitym doświadczeniem. Budapeszt to nowa Praga. Superfajna, tylko jeszcze większa.

Co można w takim mieście robić, jeżeli akurat, tak jak przez 90% czasu trwania dwutygodniowej wycieczki, jest 35 stopni w cieniu? Można zrobić to, co zawsze robię w dużych zachodnich miastach: wyjechać metrem na ostatnią stację dowolnej linii i wracać do centrum na azymut z buta, sprawdzając po drodze, jak wyglądają miejscowe bloki i lokalne podwórka, spędzając w ten sposób czas od 11:00 do 18:00 i – opcjonalnie – doznając w trakcie udaru słonecznego. Mnie przed udarem uchroniła wizyta w markecie osiedlowym SPAR na krańcu dzielnicy Ujpest (północna końcówka linii tramwajowej 14, nikt normalny by tam nie dojechał), gdzie kupiłem sobie dwie bułki z parówką w cieście, jeden kefir i jedną wodę mineralną z lodówki i opierdoliłem to wszystko na murku pod szkołą podstawową, wodę w połowie wlewając sobie do gardła, a w połowie wylewając na głowę. Był to najfajniejszy moment całej podróży.



Jeśli idzie o Budapeszt, mam dwie rekomendacje knajpowe.


1) Pub rockowy na Iranii Utca 25, pomiędzy fast foodem z szyldem w postaci dużego plastikowego kurczaka w czapce kucharskiej, a innym pubem, w konwencji Goodbye Lenin. Apeluję do wszystkich: nie idźcie do fast foodu z kurczakiem w czapce kucharskiej ani do baru z Leninem i Che Guevarą na ścianach. Idźcie do, znajdującego się dokładnie pomiędzy nimi, baru rockowego w konwencji Easy Rider, z namalowanymi niezdarnie na ścianach członkami zespołów Guns’n’Roses, Def Leppard i Metallica, którzy poziomem odwzorowania przypominają smerfy, Myszki Miki i Kaczory Donaldy na ścianach szpitalnego oddziału dziecięcego. W ofercie jest tam piwo litrowe Soproni z nalewaka za 700 forintów. Daje to 4zł 50gr za litr piwa w absolutnym centrum miasta. A-must-go, szczególnie że mają wystawione stoliki na ulicę.



2) Hattyuhaz, czyli centrum biurowe Swan House, zlokalizowane w Budzie, przy zejściu z zamku w stronę stacji metra Széll Kálmán Tér, na Hattyu Utca 14 (sorry jeśli źle napisane, nie mówię po węgiersku). Niesamowity architektonicznie budynek biurowo-wielofunkcyjny z cudowną kawiarnią (Hattyú Kávézó), podającą tanią i dobrą kawę, tanie i dobre piwo oraz tanią i dobrą lemoniadę. Sam budynek wygląda jak habitat halflingów z Heroes of Might and Magic II, zmieszany z poprzednim wykończeniem Forum des Halles w Paryżu, a w kawiarni na dziedzińcu trwają wieczne lata 90. – w TV leci tenis albo lekkoatletyka bez dźwięku, z radia Doktor Alban na zmianę z Paulą Abdul, goście siedzą i od 11:00 rano ładują browary z lemoniadą, ktoś pali papierosy, ktoś pije kawę, ktoś przyszedł z parą merdających, uśmiechniętych labradorów w szeleczkach. Do i z budynku biurowego, mieszczącego poliklinikę, biura firm software’owych, masażystów, spa, restauracje, prawników, sprzedaż lamp do solariów oraz hotel, non-stop wchodzą i wychodzą wszelkie możliwe typy ludzkie. Forum na Skyscraper City informuje, że za aktualnym wyglądem Swan House stoi uznany węgierski architekt Imre Makovecz. Wikipedia tego wprost nie potwierdza, ale przez analogię z innymi realizacjami można uznać, że jest to informacja prawdziwa. Podsumowując: o ile inba o Solpol jest kwestiom spornom, to gdyby chcieli zburzyć Swan House, trzeba byłoby stanąć murem i pisać pangalaktyczną petycję o zachowanie przy życiu tego niesamowitego wytworu architektury ponowoczesnej.

Nagy Ervin | Hattyúház, Budapest | Kitervezte.hu


Stage 2: Zagrzeb

Do Zagrzebia pojechaliśmy pociągiem odjeżdżającym z mojego ulubionej stacji w Budapeszcie, czyli dworca Deli, o przeszklonej, lekko wklęsłej, prostopadłościennej, modernistycznej bryle. Niestety trwa właśnie remont dworca, więc łukowata przeszklona fasada przykryta jest jakąś szmatą reklamową w rodzaju zmień abonament telekomunikacyjny czy nowy telefon w promocji za forinta. Pociąg klasy IC prowadził dwa wagony do Zagrzebia, jeden z działającą klimatyzacją, drugi bez działającej klimatyzacji. Mieliśmy miejscówki w wagonie bez działającej klimatyzacji, za to bez uchylnych okien. Wytrzymaliśmy tam godzinę, po czym uciekliśmy do wagonu z działającą klimatyzacją. Po drodze miałem okazję w bezprzedziałowym, nieklimatyzowanym wagonie wysłuchać rozmów sprzedażowych, które około 35-letni turysta z Niemiec prowadził z kolejnymi kobietami, zajmującymi miejsce siedzące naprzeciwko niego. Turysta był, wedle deklaracji, na trzytygodniowym samotnym tripie przez Polskę, Ukrainę, Mołdawię, Rumunię i Węgry i właśnie udawał się na wybrzeże dalmatyńskie. Pierwszej, średnio mówiącej po angielsku, opowiadał z dziwacznym połączeniem uduchowionego zaangażowania i autorytarnego tonu eksperckiego o personie i autentycznym ja w psychoanalizie Jungowskiej i o tym, w jaki sposób można za pomocą polecanych przez niego kursów i warsztatów praktykować uważność i wyzwolić spod nakazów bezosobowego „się”. Sprzedażowy koktajl z mindfulnesu, psychoanalizy i egzystencjalizmu zakończył się ostrzejszym dociśnięciem butem, gdy turysta zaczął nalegać, żeby siedząca naprzeciw niego pani podała mu swój numer telefonu i adres mailowy, aby ten mógł jej przesłać kosztujące normalnie 70 Euro materiały kursowe. Pani wysiadła, na jej miejsce wsiadła młoda dziewczyna, nie mówiąca prawie w ogóle po angielsku. Pan Turysta po kilku rozpoznawczych zdaniach zmienił taktykę i zaczął grubiej: Are you married? – No, I am sixteen years old. – Oh, so you live with your parents? – With my mother. – With your mother? You live around here? I am German but I live in the Netherlands. You know Netherlands? You wanna see how I live?  I koleś zaczął dziewczynie pokazywać zdjęcia jakiegoś mieszkania na smartfonie. Podstawa skuteczności to dostosować przekaz do okoliczności, jak mawiał arcybiskup Paetz.

Sprawdź też
Mata, mat. promocyjne

W Krizevci, położonej 70 kilometrów od Zagrzebia miejscowości Agadmatora, pociąg się rozjebał, i trzeba było przesiąść się do zastępczej komunikacji autobusowej, która, po przejechaniu autokarem 30. kilometrów, ponownie została zastąpiona przez pociąg. Efekt: 2 godziny opóźnienia i zameldowanie w airbnb o 23, zamiast o planowanej 21, przy deadlajnie dla przyjezdnych o 22. Nie tylko PKP daje radę. W Zagrzebiu nigdy wcześniej nie byłem, ale wyglądał dokładnie tak, jak się spodziewałem. Średniej wielkości Habsburskie miasto z tortowymi, pseudo-imperialnymi obiektami typu Teatr Narodowy, Pawilon Sztuki, Opera Narodowa, Muzeum Narodowe, z niewielką starówką i doklejoną, nowoczesną częścią z bloków za rzeką, znaną ogólnie jako Novi Zagreb. Najciekawsze obiekty: rotunda Chorwackiego Towarzystwa Sztuk Pięknych na Placu Ofiar Faszyzmu,  cmentarz Mirogoj na wzgórzach nad miastem z wielkim kościołem z kopułą pełniącym funkcję bramy i grobami Franjo Tudjmana czy Drażena Petrovica, oraz park Josipa Strossmayera przed dworcem głównym. Gotycka katedra w przebudowie, więc nie da się wejść. Ciągle 35 stopni w cieniu, a odczuwalna 37. Co można robić? Pójść z buta na Novi Zagreb, zobaczyć największy blok mieszkalny w Europie czyli Mamuticę, prawie dostać po drodze udaru słonecznego, wychillować po wylaniu sobie na głowę i wlaniu do gardła butelki wody mineralnej zakupionej w markecie SPAR w Mamuticy i poczłapać do monumentalnego Muezum Sztuki Współczesnej na retrospektywę rzeźbiarza Ivana Kożaricia, bo to akurat teraz  dają. Rzeźby przyzwoite, powtarza się motyw ciemnej stalowej kuli z prostpadłościennym otworem, przywodzącej na myśl czarną wersję Gwiady Śmierci. Dużo rzeźb-asamblaży, trochę autoportretów, nieco zdjęć, wygląda jakby rzeźbiarz przez całe życie balansował na granicy kontrolowanego obłędu. Na końcu zapis wideoperformensu, podczas którego artysta łamie, depcze, i rozwala dużo drewnianych, prostokątnych ramek. Tytuł akcji: The Frames Must Be Destroyed. Sama wystawa na czwórkę z minusem, bardziej podobał mi się Dragan Illić 2 lata wcześniej w Muzeum w Belgradzie, ale to hasło jakoś ze mną zostało. The Frames Must Be Destroyed.

Mamutica, Branko Radovanović, CC BY-SA 3.0



Stage 3: Split

Do Splitu dojechaliśmy Flixbusem. Miasto 200-tysięczne, drugie największe w Chorwacji. Niewielkie stare miasto otoczone jest baaardzo dużymi blokowiskami z płyty. Pałac Dioklecjana, sąsiadujący z nim bulwar z palmami, uliczki z restauracyjkami i nadbrzeże było pierwszym symptomem tego, co potem nasiliło się do kwadratu w Dubrovniku: zamiany całego miasta w jedną wielką, głośną i tłoczną wyciągalnię pieniędzy od turystów. W Splicie jeszcze nie jest najgorzej. Na blokach są restauracje, nie musicie jeść w absurdalnie drogich knajpkach w Pałacu Dioklecjana. Jest szansa na obiad dla dwóch osób z wodą za około 100 złotych. Trzeba tylko wiedzieć gdzie iść, jak do tawerny osiedlowej Apollo 11, prowadzonej przez około 60-letniego pana, z klientelą w postaci lokalsów, ciemnobrązową boazerią, przyzwoitymi obrazami nie-z-IKEI na ścianach i obrusami niczym w czeskiej hospudce albo polskiej pizzerni z drożdżową pizzą na początku lat 90tych. Pan prowadzący knajpę spędził w okresie 1989-2009 20 lat w Berlinie na Weddingu jako Gastarbeiter, odłożył hajs, wrócił i założył własną restaurację. Twierdzi, że Berlin fajny, ale w domu najlepiej. Nie dziwię mu się. Przy stoliku nieopodal siedział staruszek, który na wieść, że jesteśmy z Polski, zaczął powtarzać naprzemiennie z dziecięcym zadowoleniem: Stettin, i Gdynia. Pan prowadzący knajpę powiedział: nie zwracajcie na niego uwagi, za Tity bywał często w Polsce, głównie w Szczecinie i ciągle to powtarza jak słyszy coś po polsku. Stetin-Stetin. Nie zwracajcie uwagi.


Co można robić w Splicie? W Splicie można a) iść zrobić pranie do pralni muzycznej bo czyste ciuchy się skończyły i spędzić tam dwie godziny dziękując w duchu za klimatyzację lokalu i słuchając lecącego ze Spotify optymistycznego elektro-funku. W Splicie można również b) udać się do najfajniejszego miejsca w mieście, czyli na park-półwysep Suma Marjan i tam pływać w krystalicznie czystej i ciepłej wodzie i odpoczywać w cieniu drzew iglastych fundując sobie lekkie poparzenie słoneczne i zdając się na innych turystów w kwestii rozmienienia gówno wartych 5 kun na bezcenne 2 razy po 2 kuny bo tylko moneta o nominale 2 kun pasuje do automatu prysznicowego na plaży. W Splicie można również o zmierzchu wejść schodami na najwyższy szczyt parku Suma Marjan, czyli Vrh Telegrin, zwieńczony wielką, łopoczącą flagą Chorwacji i podziwiać stamtąd panoramę miasta i zatoki. Jest tam super.



Stage 4: Dubrovnik

O Matko Boska, nie jedźcie tam jak nie musicie. To wygląda dobrze tylko na zdjęciach. Najgorszy znany mi, obok Wenecji, przykład przekształcenia historycznie wartościowej przestrzeni w jednofunkcyjne symulakrum spod znaku wysysania pieniędzy od przetaczającej się przez specjalnie zaprojektowany korytarz ubojowy turystycznej trzody. Kanapka kosztuje 50 złotych. Obiad kosztuje 200 złotych na osobę. Całe stare miasto zasrane jest turbodrogimi knajpami i punktami usługowymi w konwencji „uogólniona burżuazja z jachtu”, z drętwymi kelnerami, którzy mają na twarzy wypisane nienawidzę tego miejsca i chcę żeby to wszystko już zniknęło. Włącznie z tobą. Tak, ty szczególnie możesz już stąd wypierdalać. Im więcej dane miejsce wysysa z ciebie hajsu, tym bardziej daje ci do zrozumienia, że ty, twoje pieniądze i twoja bytność tam jest tylko nieprzyjemnym, chwilowym zakłóceniem odgrywania programu symulacji z kelnerami, obrusami, garniturami, rolexami, i wiaderkami z lodem na białe wino. Ciekawe, czy tak samo działa to, kiedy zamiast 2 stów chcesz u nich wydać na raz 2 kafle. Nie dane było mi sprawdzić.  

wszystkie felietony Wiesławca dla Going. MORE

Copyright © Going. 2020 • Wszelkie prawa zastrzeżone