Czytasz
„Better Call Saul” – better niż „Breaking Bad”?

„Better Call Saul” – better niż „Breaking Bad”?

better call saul

Każdy zna człowieka, który, gdy rozmawiacie o serialach, powie wam, że jest jeden serial, który jest najlepszy na świecie. Męczący, upierdliwi, pieprzący te same głodne kawałki – nie da się takich ludzi słuchać. Chyba, że mówią o „The Wire” – wtedy mają rację.

Ale część będzie starała się wam wmówić, że najlepszym serialem jest „Breaking Bad”. Albo nie daj Bóg, stwierdzą, że jeden sezon „Detektywa” jest w stanie konkurować z pięcioma genialnymi sezonami „The Wire”. „The Wire” jest najlepsze. Ale dzisiaj nie o tym. Dziś rozmawiamy o „Better Call Saul”.

Pamiętam, gdy przeczytałem opis „Breaking Bad”. Rak, smutny chłop, narkotyki, chemia – wszystko się zgadzało. Miał to być serial, który z miejsca mnie wciągnie. Był rok 2008. Moment, gdy świetne, kultowe seriale nie rodziły się jak grzyby po deszczu. Dzisiaj wybór serialu przyprawia człowieka o ból głowy, trudno wybrać co warto zacząć, zwłaszcza że Netflix i tak to skasuje, żeby zrobić drugi sezon historii, która nie potrzebuje drugiego Sezonu, ALE PIENIĄDZE (patrzę na Ciebie „Squid Game”)

I tak właśnie to wygląda. Więc półtorej dekady temu odpaliłem pierwszy sezon „Breaking Bad”, obejrzałem cały i powiem wam, że gdyby nie fakt, że na potrzeby tego tekstu obejrzałem go jeszcze raz, to byłbym przekonany, że pierwszy sezon składał się z 15. odcinków, a nie 7. – tak bardzo zapisał się w mojej pamięci jako nudny.

Gdy naczelny kazał mi napisać o „Better Call Saul” tuż przed premierą najnowszego sezonu, stwierdziłem, że nie wypada pisać o nim bez obejrzenia w całości „Breaking Bad”. Miałem więc przed sobą długi marzec – i jednego jestem pewien – „Breaking Bad” nie tylko nie jest najlepszym serialem w historii (BO „THE WIRE”), „Breaking Bad” nie jest najlepszym serialem w uniwersum stworzonym przez Vince’a Gilliana.

better call saul vs breaking bad

„Better Call Saul” vs „Breaking Bad” – co mówią specjaliści

Zacznijmy od statystyk: 58 nominacji i 16 wygranych statuetek Emmy powoduje, że „Breaking Bad” to najbardziej uhonorowany serial dramatyczny w historii konkursu. Dla porównania – „Better Call Saul” był nominowany 39 razy (ma przed sobą ostatni sezon), ale wygrał zaledwie dwukrotnie. Wydawać więc się może, że „obiektywnie” “Saul” jest słabszy od “BB”, uznanego dwukrotnie za najlepszy serial dramatyczny na świecie (za pierwszym razem pokonując m.in. pierwsze sezony “House of Cards” i “Game of Thrones”, za drugim wśród przegranych znalazł się “True Detective”). Tymczasem “Better Call Saul” był raz nominowany do chyba najważniejszej w kontekście seriali kategorii serialu dramatycznego – i przegrał z żenującym 7. sezonem “Gry o Tron” (a nominowane były jeszcze m.in. “Killing Eve”, “Bodyguard” i drugi sezon “Sukcesji”). Czyli specjaliści przemówili.

Ale specjaliści dali dwie nominacje “The Wire” (zero wygranych), “Parks & Recreation” dali 16 nominacji i zero wygranych (BRAK NOMINACJI DLA NICKA OFFERMANA), a także nie przyznali żadnej statuetki “Bojackowi Horsemanowi”. Specjaliści mogą spierdalać.

Dlaczego więc “Better Call Saul” jest lepsze od „Breaking Bad”?

Aby czerpać przyjemność z „Better Call Saul”, nie potrzebujemy żadnej wiedzy o „Breaking Bad”. Dostaliśmy prequel, w którym od zera poznajemy historię Jimmy’ego McGilla i tego, jak stał się Saulem Goodmannem – ulubieńcem fanów z „BB”.

Trudno jednoznacznie ocenić, dlaczego historia Jimmy’ego bardziej przemawia do mnie niż losy umierającego na raka chemika, który zaczyna sprzedawać narkotyki i staje się psychopatycznym mordercą. Być może ma na to wpływ fakt, że Jimmy jest o wiele bardziej ludzki i bliższy temu, jakim człowiekiem jestem ja sam. Jimmy to zbiór pomyłek – facet, który chce dobrze i świadomie łamie zasady i prawo, aby czynić dobro – czy to pomagając Kim, czy naginając system, aby dać szansę ludziom na odrobinę sprawiedliwości. Walt za to był fiutem, który udawał, że ma dobre intencje (na początku być może je miał), ale który koniec końców niczym nie różnił się od postaci, które w pierwszych sezonach miały być jego przeciwnościami, stając się terroryzującym otoczeniem bandziorem.


Zapłacę ci 100 złotych, żebyś spierdalał – czyli dlaczego „Chłopaki z Baraków” to dzieło geniusza

Istotne są też postaci stworzone wokół naszych głównych bohaterów. Choć wiele z nich się powtarza, to wydaje się, że dzięki skupieniu się na ich życiu osobistym (co jest też zabiegiem oczywistym, w końcu „Better Call Saul” to prequel, mający przybliżyć historię „jak do tego doszło”), dostajemy bohaterów pełniejszych, bardziej ludzkich i interesujących, czego często brakowało w oryginale. Wydaje się też, że fakt, iż „Saul” jest prequelem, którego „zakończenie” w postaci „Breaking Bad” znamy, pozytywnie wpływa na serię. Nie ważne, jak bardzo chcemy kibicować Jimmy’emu – i tak wiemy, że spotka go marny koniec. Temu też służą czarno-białe momenty narracyjne, w których widzimy Jimmy’ego, ukrywającego się w Nebrasce pod imieniem Gene Takovic w roli managera lokalu sieciówki Cinnabon (taki McDonald’s ze słodkimi wypiekami). Malowniczo smutny koniec cwaniaka, który po latach pracy, aby stać się kimś, zostaje zgorzkniałym frędzlem (specjalnie używam tego słowa, bo mnie śmieszy). Cała historia Jimmy’ego prowadzi do smutnego końca, do bycia przegrywem, do bycia… nikim.

(Jako „komunista” – tak niedawno nazwała mnie część rodziny mojej dziewczyny – chcę podkreślić, że nie ma nic wstydliwego w prowadzeniu sieciówki z wypiekami. Zwłaszcza jeśli człowiek byłby w stanie utrzymać się za to i wieść w miarę miłe życie. Ale od bycia prawnikiem narkobiznesów i płynących z tego luksusem, do sprzedawania bułek jest daleko).

No i co najważniejsze – brat Jimmy’ego,

Chuck McGill, jest fiutem.

Takim prawdziwym, z krwi i kości (vide „boner” albo swojski „kościej”), który wkurwia cię od samego początku. Co ciekawe, „Chuckiem” w „Breaking Bad” jest… Skyler, z nie do końca wiadomych przyczyn skupiająca na sobie niechęć fanów serii. To znaczy teraz już wiadomo – z braku jakościowych „wkurwiaczy”, fani „musieli” kierować swoją niechęć do postaci, która na to nie zasługiwała. Nie wiem jak inaczej wyjaśnić antypatię do Skyler, która nie jest przecież nawet bohaterką negatywną. Wręcz przeciwnie – jest bardzo ludzka i, przynajmniej mi, łatwo jest z nią empatyzować. Kolejny punkt dla „Better Call Saul”.

Serio – przez wiele miesięcy zastanawiało mnie, dlaczego “Better Call Saul” sprawia mi radość, a “Breaking Bad” doprowadza do szewskiej pasji. Może jest to kwestia oczekiwań? Może chodzi o to, że gdy cały internet wyjaśniał mi, że Walter White to idealny antybohater, dla mnie był wkurzającym ślamazarnym dziadem? Może Jimmy McGill wygrywa swoim poczuciem humoru? A może chodzi o to, że ludzie, których oglądamy na ekranie, są po prostu lepiej napisani, bardziej złożeni, mniej oczywiści? Bo możemy udawać, że przemiana White’a jest fascynująca, ale czy tak naprawdę jest? Czy może jest to typowe dążenie do mroku, który go spowija i bum… Darth Vader.

I możecie sobie mówić ile chcecie, że “Ozymandias” jest najlepszym odcinkiem w historii telewizji. Ale wszystko wokół niego jest NUDNE.

Sprawdź też
Ukraina memy

MRW ktoś mówi, ze BB jest lepsze od „The Wire”

Włączając pierwszy raz “Better Call Saul” zakładałem, że serial mi się nie spodoba. I dałem się bardzo pozytywnie zaskoczyć. O czym to świadczy? Głównie o Vincie Gillianie, który był w stanie opowiedzieć połączone z „Breaking Bad” historie w całkowicie różny sposób.

Dlatego faktycznie – obejrzę ostatni rozdział upadku Jimmy’ego McGilla. Bo czekam na jego tragiczny koniec od kilku lat. Ale potem skończę ten serial i obejrzę  “We own this city” – serial Davida Simona (twórcy “The Wire”), który pierwszy raz od wielu lat powróci do swojego rodzinnego miasta, aby opowiedzieć o nim jeszcze jedną historię.

Bo, wybaczcie, fani „Breaking Bad” i „Better Call Saul” – najlepszy serial w historii telewizji to właśnie „The Wire”. Genialny, obrazujący umierające miasto, wyniszczone przez politykę, kłamstwa, narkotyki, rasizm, w którym nikt nie jest dobry, nikt nie jest zły. W którym ludzie po prostu starają się żyć.

A z perspektywy czasu, patrząc na twórczosć Vince’a Gilliana i tak zawsze będę uważał, że najlepszy okres jego kariery to prowadzenie “Z Archiwum X”.

Don’t @ me.

I obejrzyjcie “The Wire”. Jest najlepsze.

You happy now, bitch?