Czytasz
„Duchy Inisherin”: Kameralna historia, potężne emocje [RECENZJA]

„Duchy Inisherin”: Kameralna historia, potężne emocje [RECENZJA]

Nowy film Martina McDonagha to modelowy przykład kina autorskiego. Jak w soczewce skupia się w nim to, co wyróżnia reżysera na tle innych twórców: dramaturgiczny rodowód, dbałość o emocje targające bohaterami i pośrednia chęć rozliczenia się z historią ojczyzny.

Nad pewnymi rzeczami się nie zastanawiamy. Po prostu dzieją się i już, a my traktujemy je za pewnik. Gdybyśmy mieli każdą z nich rozkładać na czynniki pierwsze i rozmyślać, kiedy nastąpi ich koniec, nerwica natręctw czaiłaby się tuż za rogiem. Tymczasem, zwłaszcza w niespokojnych czasach, szukamy bezpieczeństwa i poczucia niezachwiania. Taka sama potrzeba mogła towarzyszyć Pádraicowi Súilleabháinowi, głównemu bohaterowi Duchów Inisherin Martina McDonagha.

Colin Farrell w filmie „Duchy Inisherin” / fot. materiały prasowe

Mały koniec świata

Mężczyzna żyje na fikcyjnej, tytułowej wyspie należącej do Irlandii. Nie narzeka na biedę, ale nie tonie też w bogactwach. Niewielką, tradycyjnie urządzoną chatę dzieli ze swoją siostrą, Siobhán. Dni Pádraica są do siebie bardzo podobne, a stałym punktem jego harmonogramu jest spotkanie z najlepszym przyjacielem, Colmem. Około 14-tej bohater idzie wraz z nim do lokalnej karczmy. Nie ma zresztą innego wyboru – Inisherin nie zapewnia wielu alternatywnych rozrywek. Przesiadywanie w tym samym miejscu, nawet przez kilka miesięcy, nie stanowi jednak dla niego problemu. Dywagować nad kuflem piwa, obserwować nowych gości i palić papierosy przed wejściem można bez końca. Tym samym Súilleabháin daje się poznać jako człowiek o prostych, lecz konkretnych potrzebach. Poczciwiec, którego niektórzy polubiliby od razu, inni – potraktowali protekcjonalnie.

Avatar: Istota wody, czyli kiedy wizualność bierze górę nad fabułą. Przeczytaj naszą recenzję!

W strukturze ustatkowanego życia Pàdraica pojawia się jednak nieoczekiwane pęknięcie. Mały koniec świata nadchodzi znienacka, bez wcześniejszej zapowiedzi. Pewnego dnia Colm kategorycznie stwierdza, że nie chce iść z nim do baru. Nie zamierza się z nim dłużej przyjaźnić i ma konkretne uzasadnienie swojej decyzji. Resztę życia planuje spędzić na komponowaniu muzyki, dzięki której zostanie zapamiętany po śmierci. Kamrat zza szklanki nie wesprze go w realizacji tych planów.

Duchy Inisherin – zwiastun #1 [napisy]

Cicha eksplozja

Duchy Inisherin, którego osią jest konflikt pomiędzy mieszkańcami wioski, kryje w sobie paradoks. Z jednej strony od filmu bije kameralnością i naturalizmem. Zdarzenia paranormalne, jak tytułowe zjawy, tkwią tu jedynie w sferze domysłów i wierzeń. Historia dzieje się tylko w kilku miejscach, nie wykraczając poza granice irlandzkiej osady. Kamera prowadzona przez Bena Davisa, autora zdjęć raczej kojarzonego z blockbusterami (Strażnicy Galaktyki, Avengers: Czas Ultrona), nie wprowadza efekciarskiego rozmachu. Skupia się na detalach, bezkresnych pustkowiach i dość jednorodnej architekturze Inisherin.

Duchy Inisherin
Plakat filmu „Duchy Inisherin” Martina McDonagha / materiały prasowe

Brak wizualnych fajerwerków daje przestrzeń temu, co znajduje się na drugim końcu barykady. W filmie Martina McDonagha pozornie nieistotne zdarzenie uruchamia lawinę potężnych, skrajnych emocji. Pádraic nie potrafi zrozumieć decyzji Colma i zrobi wszystko, żeby ją cofnąć. Fakt odrzucenia tłumi dojrzałą akceptację zaistniałego stanu rzeczy, choć były przyjaciel ostrzega go, że za każdą kolejną próbę utrzymania kontaktu będzie odcinać sobie palec. Sytuację zagęszczają też wspomniana Siobhàn i miejscowy chłopak, Dominic, którzy chcą pomóc, ale rezultat ich starań jest odwrotny do zamierzonego. Miejscowa szeptucha, pani McCormick, ostrzega, że nad Inisherin wkrótce uniesie się widmo śmierci.

Chemia, choć z rzędu toksycznych

Zbudowanie takiego tragizmu nie udałoby się bez przekonującej gry aktorskiej. Colin Farrell i Brendan Gleeson nie po raz pierwszy tworzą zgrany duet na dużym ekranie. Wcześniej, również u brytyjsko-irlandzkiego reżysera, wystąpili w Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (podobnie jak innym recenzentom, bardziej podoba mi się anglojęzyczny tytuł In Bruges). 15 lat temu wcielili się w spiskujących płatnych morderców ukrywających się w belgijskim mieście. Teraz znów czuć pomiędzy nimi chemię, choć – z naturalnych przyczyn – innego rodzaju. Naiwność Pádraica kontrastuje z chłodem Colma, usilnie obstającego przy swoim. Czuć, że nie są sobie obojętni, a jednocześnie żaden z nich się nie ugnie.

W sprawnym prowadzeniu aktorów przez całą historię nie bez znaczenia pozostaje dramaturgiczny rodowód McDonagha. Reżyser umie wsłuchać się w potrzeby wykreowanych przez siebie postaci. Czuje też język, jakim je artykułują. Nie chodzi tu jedynie o silny, irlandzki akcent mieszkańców Inisherin. Dialogi rozpisane przez reżysera są celne, treściwe i pozbawione niepotrzebnych osobników. Nawet zdawkowe słowa trafiają jak strzały puszczone prosto w serce. Podobnie kąśliwa potrafiła być Mildred Hayes, główna bohaterka Trzech billboardów za Ebbing, Missouri – poprzedniego filmu twórcy.

Materiał specjalny poświęcony produkcji filmu „Duchy Inisherin” / reż. Martin McDonagh

Przesłanie niezależne od epoki

Różni recenzenci i inne osoby komentujące produkcję zgadzają się co do jednego. Chociaż Duchy Inisherin rozgrywają się w konkretnym czasie i przestrzeni, są nader uniwersalnym filmem. Między wierszami wyczytamy, że akcja dramatu rozgrywa się w 1923 roku, pod sam koniec irlandzkiej wojny domowej. Państwo uzyskało już niepodległość, ale naród nie mógł porozumieć się co do jego granic i relacji z Wielką Brytanią. Ludzi połączonych więzami krwi rozdzieliły kwestie polityczne. Rys historyczny nadaje dodatkowego kontekstu konfliktowi Pàdraica i Colma, ale zupełnie go nie przesłania. Tej pułapki w mocno autobiograficznym Belfaście nie uniknął ubiegłoroczny kandydat do Oscarów, Kenneth Branagh.

Duchy Inisherin
Colin Farrell w filmie „Duchy Inisherin” / fot. materiały prasowe

W czym u McDonagha zwycięża ta uniwersalność? Ból towarzyszący bohaterowi granemu przez Farrella wprowadza metaforę dojmującej samotności, obecnej przecież niezależnie od czasów. Jak trafnie podkreślił Bartosz Czartoryski z Onetu, zachowania i motywacje obu panów przeciwstawiają się maczystowskiemu, epatującemu testosteronem i – na szczęście – odchodzącemu do lamusa wzorcowi mężczyzny. Samcza walka nie dotyczy manifestacji siły albo zdobycia kobiety (swoją drogą, w Duchach Inisherin poza Siobhán odgrywają niewielką rolę w rozwoju historii). Chodzi im tylko – a może aż? – o święty spokój zdefiniowany według własnych zasad.

Komedia czy dramat?

Film, który zasłużenie ma szansę na aż 9 Oscarów, jest klasyfikowany jako tragikomedia. Ta kategoria zdążyła już wzbudzić niemałe poruszenie. Oczywiście, można jej bronić, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę ostatni akt historii, obfitujący w zaskakujące zwroty akcji i przypominający, że cały ambaras zaczął się od odmówienia zaproszenia na wspólne piwo. McDonagh w swoich diagnozach nie zawsze jest ponurym moralizatorem i umie przeciąć powagę czarnym humorem. Uniwersalne przesłanie Duchów Inisherin każe mi jednak przypiąć im jeszcze jedną łatkę – kina nowej wrażliwości (New Sincerity). Klasyczna struktura produkcji, zbudowana niczym dramat teatralny, idzie tu w parze z wiarygodnym ukazaniem niczym nieskrępowanych, szczerych emocji. Dam sobie rękę (lub, niczym Colm, palec) uciąć, że reakcja na utratę przyjaciela i hamulce, które mogą wtedy puścić, mówią wiele o prawdziwym człowieczeństwie. Nic nie jest dane na zawsze, ale zupełnie nie dziwi, że niektórych ludzi naturalnie chwytamy się bardziej kurczowo.

Zwiastun filmu „Duchy Inisherin” / reż. Martin McDonagh

Duchy Inisherin, reż. Martin McDonagh, w kinach od 20 stycznia

Sprawdź, kto jeszcze powalczy w tym roku o Oscary (są Polacy!)

Copyright © Going. 2021 • Wszelkie prawa zastrzeżone