Czytasz
Dzieckomiasto: jak (nie) bywać z bombelkiem na mieście / wstępniak

Dzieckomiasto: jak (nie) bywać z bombelkiem na mieście / wstępniak

No i dzwonią do mnie państwo z Going i pytają, czy chciałabym dla nich pisać teksty o byciu młodą matką jeszcze młodszego dziecka w wielkim mieście. Owszem, piszę teksty. Owszem, jestem matką, ale czy to sprawia, że mogę się publicznie rozgadywać na ten temat? W kwestii macierzyństwa bardziej niż kiedykolwiek utożsamiam się z pewną znaną maksymą, mianowicie: wiem, że nic nie wiem… 

Z drugiej strony moje dziecko przejawia oznaki tego, że ma się dobrze – rozwija się szybko i radośnie, ja sama też nie narzekam, więc chyba nie zawodzę jako matka. Jednocześnie do bycia parentingową wyrocznią nie aspiruję, więc chyba państwu z Going podziękuję… Ale chwila! Spójrzmy na ostatni element zaproponowanej przez redakcję układanki – MIASTO. Tak, na tym się znam, tego się nie wyprę! Gdzie bywać i o jakich porach, co oglądać oraz co smakować, aby czerpać z atrakcji Warszawy pełnymi garściami, to wiedza, którą magazynuję od kilkunastu lat, a wieczne bycie “na mieście” to moje największe hobby.

ja i moje hobby

Pojawienie się w moim życiu dziecka (dość eufemistyczne określenie wypychania go na świat przez 32 godziny w szpitalu na Madalińskiego) w żadnym stopniu nie przygasiło pasji do miasta i jego atrakcji, a wręcz ją pogłębiło. Dość szybko okazało się, że Feluś na spacerach jest aniołkiem, który momentalnie zasypia, a jak się obudzi, to właściwie nic mu nie przeszkadza, chętniej je, więcej się uśmiecha i przede wszystkim się nie nudzi, o co w domu było bardzo łatwo. Te sprzyjające okoliczności sprawiły, że od drugiego tygodnia życia pakowałam go do wózka po śniadaniu i wracaliśmy do domu minimum po 5, a często i nawet po 8 godzinach – szczęśliwi, z wysoko zaspokojoną ciekawością świata.

z Felusiem podczas zaspokajania ciekawości świata


Lekarze, eksperci do spraw wychowania, babcie oraz inne matki często mają kompletnie różne wizje wychowania dziecka, ale co do jednego zawsze się zgadzają – regularne i długie spacery są dobrodziejstwem dla dzieci. Przede wszystkim dotleniają małą mózgownicę, pomagają w syntezie witaminy D, hartują i wspierają układ immunologiczny oraz pogłębiają kompetencje społeczne – dziecko nie boi się ludzi, łatwiej nawiązuje kontakty, trenuje spostrzegawczość oraz rozwija aparat mowy. A co ważne, spacerując zyskuje także rodzic – również intensywnie się dotlenia, pobiera witaminę D z promieni słońca, daje odpocząć oczom oraz ma okazję rozruszać stare kości i połapać trochę interakcji z ludźmi.

Wynika z tego, że im więcej spacerów, tym lepiej, ale jak tu nie oszaleć podczas kolejnej rundki wokół bloku, albo drepcząc setny raz po tej samej ścieżce w parku? Aby zachować zdrowie psychiczne w formie warto zaufać sobie oraz dziecku i wyjść dalej, traktując potomka jako swojego towarzysza w przeżywaniu miejskich przygód. Nie ma się czego bać – ubrania można zmienić, buzię wytrzeć, przewinąć w randomowym miejscu z kawałkiem płaskiej powierzchni, zjeść dobrze w knajpie, a kiedy zajdzie potrzeba, skorzystać z pomocy przechodniów, którzy z chęcią ją niosą.

podczas treningu umiejętności interpersonalnych


Oczywiście kłamałabym mówiąc, że zawsze jest tak idealnie, słodko i pysznie. Niektóre manewry z dzieckiem w mieście są zupełnie niewykonalne. Mowa tu na przykład o wyjściu z tramwaju na przystanku Most Poniatowskiego i dotarciu nad Wisłę w jednym kawałku po przejściu serpentyn schodów bez cienia podjazdu – to jest trudne nawet z obstawą. Warto też wspomnieć wielką niechęć niektórych restauratorów do zakupienia krzesełka Antilope za 69 zł w Ikei, które mogłoby sprawić, że da się z dzieckiem wygodnie stołować w danym miejscu.


czy tak wiele wymagam?


Jednak najcięższe antymatkowe działo wytoczyła wobec mnie… instytucja kultury, mianowicie Muzeum Narodowe, które totalnie przegięło pałę. Pewnego deszczowego dnia wybraliśmy się z Felusiem do rzeczonego przybytku. Mimo tego, że spał w wózku, nie wydawał z siebie żadnego dźwięku, to prawie wszystkie panie pilnujące wystaw patrzyły na mnie jak na zbrodniarkę wojenną, pokazując mi na każdym kroku, że to nie jest miejsce dla nas. Serio. Nie mam manii prześladowczej, uwielbiam ludzi, ale po 10 minutach takiej obcinki chciałam wracać do domu. Z drugiej strony nikomu nic nie zrobiliśmy, więc jeździliśmy sobie w tym gęstym od nieuprzejmości powietrzu dalej. Jeździmy, jeździmy, aż tu nagle strome schody oddzielające nas od sporej części ekspozycji. Na szczęście jest podnośnik! Pytam jednej z pań, czy może go uruchomić. Dostaję odpowiedź sykiem rozgniewanego węża, że nie ma mowy. Pytam więc dlaczego – okazuje się, że z podnośnika mogą korzystać tylko wózki inwalidzkie. Znowu zadaję magiczne pytanie “dlaczego?”, na które Pani odparskuje, że dyrekcja tak każe i koniec, nie ma dyskusji. Stwierdziłam, że odważę się na zadanie ostatniego pytania, które brzmiało: “Jak w takim razie mam przejść z dzieckiem po tych schodach?”. To był błąd, bo to co usłyszałam do teraz ciężko mi ogarnąć. “Trzeba zaplanować wizytę tak, żeby przyjść z ojcem dziecka, który wyniesie wózek” – odpowiedziała rezolutna pani z Muzeum Narodowego. 

Sprawdź też
Beata Kozidrak, fot. Mateusz Czech, mat. promocyjne

OESU! Nie dość, że nie mają podstawowej infrastruktury, albo może właśnie mają, tylko nie chcą jej udostępniać, to jeszcze w swojej nieudolności chcą planować mi i mojemu partnerowi życie? 

Nie omieszkałam podzielić się tą sytuacją na Facebooku, bo wydała mi się dość kabaretowa, ale większość znajomych zamiast się śmiać, była po prostu wkurwiona. Nawet samo Muzeum nie pozostało obojętne i po moim statusie powołało stanowisko Specjalisty ds. Równego Dostępu. To naprawdę słodkie, jednak minęło kilka miesięcy i schody do kilku istotnych części ekspozycji nie zniknęły za sprawą tego cudu. Nadal są nie do przekroczenia. No chyba, że “dobrze” zaplanowało się wizytę, hehehe…

słynne schody w Muzeum Narodowym – nadal som


Ufff, spokojnie, schodzę już na ziemię! W cyklu Dzieckomiasto podpowiem, jak takich sytuacji uniknąć, ponieważ już je za Was przeżyłam. Dodatkowo będę zachęcać do częstego i gęstego wychodzenia z dzieckiem z domu oraz polecać na to najlepsze patenty, dostosowane do wieku Waszych latorośli. Zarekomenduję atrakcje, ciekawe zajęcia i wydarzenia, inne zaś stanowczo odradzę. Podzielę się sprawdzonymi miejscówkami dla rodziców w niemal każdej dzielnicy – nieoczywistymi, czasami nawet ukrytymi. A wszystko po to, aby dzieciom i rodzicom żyło się lepiej, nie tylko w mieście!