Jemy, gadamy: KAMP!

jedzenie x kamp x going
Nasz drugi wywiad w kulinarnej serii Jemy, gadamy to rozmowa z chłopakami z Kamp!. Istniejący od prawie 10 lat elektropopowy zespół, który zapoczątkował alternatywno-elektroniczną rewolucję w polskiej muzyce popularnej, nagrywa obecnie trzeci album. Spotkaliśmy się z nimi w Raju, gdzie czekało na nas estetycznie podane, zdrowe i zwyczajnie bardzo smaczne jedzenie.

Zacznijmy od prozaicznego pytania – co słychać u zespołu Kamp!, co się u Was dzieje?

Tomek: Zespół Kamp jest obecnie w fazie restrukturyzacji. Nagrywamy trzecią płytę, póki co, wypuściliśmy dwa single, które ukazały się latem. W międzyczasie mieliśmy przeprowadzki, zmieniliśmy studio – dlatego proces powstania nowych rzeczy jest u nas długi, chaotyczny, ale jednocześnie bardzo przyjemny.

Oficjalnie jeszcze nie zapowiedzieliście nowego krążka.

Tomek: Tak! Nie spodziewaj się, że to nadejdzie niebawem. Chcemy mieć jak najwięcej konkretów, zanim zaczniemy cokolwiek ogłaszać. Wielokrotnie wpadaliśmy w pułapkę zbyt wczesnego zapowiadania albumów. Póki co, nie zdradzamy żadnych konkretów.

Michał: Na pewno jesteśmy bliżej niż dalej z tym, co chcielibyśmy na tej płycie robić.

Ale trzymacie się stylistyki obranej na singlach?

Tomek: Jest spora szansa, że te single nie znajdą się finalnie na albumie. Podchodzimy do naszej pracy dość konceptualnie, tzn. chcemy widzieć dzieło, jako pewną zamkniętą całość. Dopóki nie mamy czegoś większego, nie umiemy dać gwarancji jakiejś piosence, że się na tym albumie znajdzie. Trzeba mieć ¾ pracy za sobą.

Michał: To ja chciałem dodać, że przy okazji pracy nad singlami chyba zrozumiałem, że my nie potrafimy pracować bez konkretnego konceptu. Są artyści, którzy skupiają się na pojedynczych numerach, ale dla nas ważna jest wizja całokształtu.

Wydaje mi się, że pewnie założenia z góry ułatwiają pracę – czy to nad płytą, czy nad czymkolwiek innym.

Tomek: Bardzo chcemy to tak widzieć. W pewnym momencie przychodzi moment weryfikacji..

Michał: … i robi się smutno (śmiech).

Tomek: Robi się smutno, trzeba wyrzucić jakieś elementy do kosza. Obecnie mamy już mniej sentymentów, niż na początku kariery. Potrafimy pozbywać się numerów, z większym lub mniejszym żalem, ale jednak. Kiedyś nam tego brakowało, potrafilismy pracować nad jednym utworem zdecydowanie dłużej niż powinniśmy, zamiast zostawić go i iść dalej. Teraz jak nam nie idzie, przerywamy nad tym pracę. Na razie jeszcze jesteśmy przed tym etapem i mamy fabrykę…

Michał: …fabrykę hitów (śmiech).

jedzenie x going x kamp
fot. Izaak Rodrigo Pereira

Czyli większość czasu spędzacie w swoim studio.

Radek: W zasadzie pierwszy raz mamy tak, że siedzimy w nim tydzień w tydzień. A stało się tak dlatego, że udało nam się znaleźć bazę w Warszawie. Ja z Michałem jesteśmy na miejscu, Tomek regularnie dojeżdża i ciężko pracujemy. Widujemy się mniej więcej co dwa tygodnie i intensywnie pracujemy.

Michał: Problem ze znalezieniem odpowiedniego miejsca na studio znacznie opóźnił pracę. To wcale nie takie proste zadanie, nawet tu, w Warszawie.

Radek: Po naszej współpracy z Bartkiem Dziedzicem, który jest znakomitym producentem i bardzo nas ukierunkował na jakość dźwięku w studio, nie chcieliśmy osiadać w średnio brzmiącym miejscu. To musiało być naprawdę dobre.

Tomek: Mamy też super lokalizację i dużo dobrego jedzenia wokół!

Gdzie obecnie rezydujecie?

Michał: Stary Mokotów, dokładnie na ulicy Kazimierzowskiej. Naszym ulubionym miejscem, może nie wyglądającym spektakularnie, jest azjatycki bar Son Son. Absolutny sztos. To lekkie przegięcie, ale jesteśmy tam niemal codziennie. Ciężko znaleźć bardziej konkurencyjne miejsca. Przyznajemy – Son Son nas zniewolił (śmiech).

Tomek: Nieprzewidywalność w najlepszym wydaniu. “Jesteśmy fanami Son Sona” – polecamy, zespół Kamp!.

A co z podróżami, życiem w trasie i wakacyjnym lenistwem? Eksperymentujecie z jedzeniem, szukacie ciekawych wrażeń?

Tomek: Dla nas to bardzo istotny element podróżowania. Pierwszą turystyką, jaką uprawiamy, jest ta kulinarna. Dopiero potem przychodzi czas na zabytki, podziwianie natury i całej reszty.

Michał: Kiedy jeździmy po Polsce, to również staramy się znaleźć jakieś fajne miejscówki, do których z przyjemnością byśmy wracali. Moglibyśmy zrobić jakiś mały przewodnik, bo trochę “pinezek” się już uzbierało.

Tomek: Ostatnio się nad tym zastanawiałem – czym się kieruję, jeśli chodzi o wybór jedzenia. I wydaje mi się, że jako zespół, jesteśmy ludźmi, którzy lubią często wracać do pewnych miejsc.

Radek: Mamy taką miejscówkę pod Pragą, gdzie trafiliśmy przez przypadek. Byliśmy zachwyceni i będąc w pobliżu, wracamy za każdym razem.

Tomek: Pamiętam ichniejszy smażony ser z ziemniakami. Nie są to jakieś wyszukane smaki, wiadomo, taka kuchnia, ale jest przepysznie.

Radek: Ja z kolei pamiętam pyszną zupę gulaszową. Wtedy jeszcze jadłem mięso, a w Czechach bazuje się głównie na nim. Idąc dalej, jak spotykamy się w Gdyni, pomimo wysypu najróżniejszych fajnych knajp, to i tak kończymy w starym, kultowym Pueblo, które istnieje od lat 90.

Tomek: Pierwsze polskie tex-mexy i do tego naprawdę dobre, trzymają poziom. No dobra, a z takich najbardziej klasycznych miejsc?

jedzenie x going x kamp
fot. Izaak Rodrigo Pereira

Michał: Na rynku Nowego Miasta jest lokal Pod Samsonami. Bardzo fajna obsługa, zupełnie nie przestrzegająca…

Tomek: …wychowania w trzeźwości (śmiech).

Michał: Tak, pani była oburzona, że nie było wódki zamówionej do śledzia. I to było w stylu: “chłopie, ogarnij się, zamów wódkę do śledzia”. Zresztą tamtejszy klimat jest świetny – dodatkowo płatna szatnia, eleganccy kelnerzy i spoko jedzenie.

Wasz pobyt w Brazylii obfitował w kulinarne ciekawostki?

Michał: Zabawne, bo ostatnio pokazywałem komuś zdjęcia z tego wyjazdu i okazało się, że w zasadzie wszystkie pochodzą z jednej knajpy, która znajdowała się obok naszego hotelu.

Tomek: Co ciekawe, była fatalnie oceniania na Trip Advisorze, ale tamtejsze jedzenie naprawdę nam smakowało!

Michał: Nie ma co czarować, głównie chodziliśmy tam ze względu na znakomite drinki, jakie serwowali barmani (śmiech)

Co najchętniej jedzą lokalsi?

Tomek: Podobnie, jak w Argentynie, jedzą bardzo dużo mięsa – szczególnie wołowiny.

Radek: Ja z kolei pamiętam, co niedobrego jedliśmy w Brazylii. Nasz menadżer Bartek zamówił bułkę z ogromną ilością krojonej mortadeli i mocno to przeżył.

Tomek: Bartek jest wegetarianinem – jak my wszyscy zresztą – ale od czasu do czasu robimy sobie dyspensę. Chyba tylko Radziu tego nie praktykuje, prawda? To był jeden z jego pierwszych ‘cheat days’, no i zamówił tę bułę na lokalnym targu. Żeby tego było mało, popił to jakimś sokiem, który smakował jak benzyna. Dramat, po prostu największy koszmar, jaki można sobie wyobrazić. Typowy street food, ale w tym przypadku okazało się to zgubne i Czaro musiał nieco pocierpieć (śmiech).

kamp x jedzenie
fot. Izaak Rodrigo Pereira

Skąd się wziął wasz wegetarianizm, to była zbiorowa decyzja?

Tomek: U mnie poszło szybko. Zaraziła mnie dziewczyna, dość popularna droga. Jak przyszedłem do chłopaków i ogłosiłem, że nie jem już mięsa, to spotkało się oczywiście z żartami ze strony naszego kochanego menedżera. Początki były ciężkie, ale po max. dwóch miesiącach chłopaki też przestali jeść mięcho.

Radek: Ja odchodziłem od mięsa w bardzo kontrolowany sposób. Sam dużo gotuję w domu i w zasadzie nigdy nie robiłem mięsnych potraw, co bardzo ułatwiło mi przejście. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że bez problemu mogę żyć bez mięsa i nawet nie mam takich myśli, nie kusi mnie, aby coś spróbować.

Tomek: My z Michałem miewamy momenty słabości

Michał: Tatar.

Tomek: Tatar czasami wchodzi, ale głównie przy ‘zaćmieniach księżyca’.

Michał: To zdecydowanie wiąże się z późną porą (śmiech).

A konkretne powody – ekonomia, cierpienie zwierząt, może coś innego?

Tomek: Odbyliśmy kilka konkretnych rozmów z osobami, które nas do tego zachęciły. Jedną z nich, była rozmowa z Karolem Grygorukiem, który jest mocno zaangażowany w temat. I zgadzaliśmy się z każdym słowem.

Sprawdź też
Warsaw Preview

Michał: A tę rozmowę odbywaliśmy w restauracji, w której zabijano ryby na miejscu, a następnie serwowano je w smażalni. Wszystko na oczach znajdujących się tam gości. To zrobiło na nas bardzo negatywne wrażenie.

Radek: Mało tego, te ryby czuły, że zaraz będą wyciągnięte ze stawu i strasznie się szamotały. Okropny widok.

Tomek: Początek był jednak banalny – skoro można przeżyć bez mięsa, to czemu nie spróbować? Nie mieliśmy żadnych towarzyszących temu teorii spiskowych.

Michał: Moja kuzynka podrzucała mi też sporo artykułów i filmów w tej tematyce. Trochę się tego naoglądałem – można wysnuć ciekawe wnioski, jeśli chodzi o zanieczyszczenie środowiska i ekologię. Pewne liczby są szokujące.

Radek: Dla mnie jest jeszcze taki wymiar, że nie byłbym w stanie zabić żadnego zwierzęcia, dlatego protestem jest ich niejedzenie.

Tomek: Jest też historia z naszego pobytu w Los Angeles. Nie da się ukryć, że sporo czasu spędzaliśmy wtedy na plaży. Spacerowaliśmy i bardzo często widzieliśmy ludzi, którzy wchodzili w nadbrzeżne skały i wyłapywali stamtąd ośmiornice. Zabijali je w bardzo brutalny sposób, roztrzaskując je wielokrotnie o skały.

Michał: Okazuje się, że trzeba tak robić, żeby mięso ośmiornicy było dobre do spożycia. Chodzi o zredukowanie napięcia mięśni. Mało przyjemna sprawa.

jedzenie x going x kamp
fot. Izaak Rodrigo Pereira

Na pewno macie w pamięci smaki z dzieciństwa, z waszych rodzinnych domów?

Radek: Moja mama pochodzi z Wietnamu, więc u mnie w domu królowała właśnie tamtejsza kuchnia. Moi koledzy – i ja również – twierdzą, że moja mama gotuje rewelacyjnie. Z młodszych lat pamiętam golonkę po wietnamsku, gotowaną w roztopionym cukrze. To było coś sztosowego. Raczej nigdy tego nie potwórzę, ale mega kojarzy mi się z okresem dorastania.

Tomek & Michał: Mama Radka jest naprawdę kulinarnym mistrzem świata.

Tomek: Ostatnio jedliśmy kule ryżowe z orzechami w środku – popisowe danie.

Radek: Prostota tego dania jest ogromna, ale faktycznie jest przepyszne.

Tomek: Powinna otworzyć swoją knajpę. Ciężko jest trafić na tego typu wietnamskie smaki w Warszawie, czy w innym mieście. Na pewno byłby hajp.

Michał: Myślę o takim daniu, które kojarzy mi się z latem i z wakacjami u babci. Nazywam to polskim caprese, a są to pomidory z cebulą i ze śmietaną. Natomiast ostatnio dowiedzieliśmy się z bratem, że chyba tylko u mnie w domu zupa warzywna nazywa się Witajcie Wszyscy Razem, co jest mega fajną nazwą.

Radek: Mamy tutaj miły zwrot do warzyw.

Michał: Moja mama polonistka wymyśliła takie cuda.

Tomek: To straszne, bo z kolei u mnie w domu ta sama zupa nazywa się “śmieciową” (śmiech). O, ja mam super historię. U mnie w domu – i myślę, że jest to sprawa naprawdę wyjątkowa – je się słodkie knedle ze śliwkami z młodą kapustą na słono. I oczywiście knedle posypuje się cukrem i to jest coś pysznego.

Michał: To też jest łódzka historia. Pamiętam, że trafiłem na to danie na jakimś festiwalu smaków. W Łodzi jest to traktowane jako lokalny przysmak.

A co z waszym odżywianiem się w trasie, dajecie radę?

Tomek: Mamy tak, że w podróży jesteśmy zmuszeni na tzw. dietę orlenową. Kiedyś byliśmy skazani jedynie na hot dogi.

Radek: Z ową dietą i tak jest o wiele lepiej. Można zjeść niezłego falafela i hamburgera z kotletem jaglanym, co jest sporym wydarzeniem.

Tomek: Unikamy oleju palmowego, który niestety jest w większości słodyczy i przekąsek. Można to wpisać w raider – produkty bez oleju palmowego.

Michał: Stawiamy na świadomy wybór, tego co kupujemy i w jaki sposób się odżywiamy.

Zobacz komentarze (0)

Odpowiedz

Your email address will not be published.

Copyright © Going. 2020 • Wszelkie prawa zastrzeżone