Czytasz
Sentino to magik, a Andy Stott to kot | Muzyczny feed #18

Sentino to magik, a Andy Stott to kot | Muzyczny feed #18

Mało kto pisze o tym, że Andy Stott znów się nie myli. Prawie nikt nie mówi o tym, że Sentino wyjaśnił polską rapgrę. Muzyczny feed nie mówi i nie pisze, bo nie umie, ale znajdziesz w nim info o tym i o tym. Od tego właśnie jest ten cykl, karmimy Cię najlepszym stuffem.




Andy Stott | Never The Right Time




Andy Stott to je kot. Jeśli wykluczymy debiut, to wyjdzie na to, że chłop nie wydał słabego albumu. Ba! Nie tylko potrafi utrzymywać niezwykle równy poziom wydawnictw, ale w dodatku za każdym razem utrudnia sobie sprawę wypływając na nowe muzyczne wody. Tworzenie elektroniki bywa tricky. Potencjalnie nieograniczona paleta dźwięków i rozwiązań sprawia, że słuchacze oczekują coraz to nowszych rozwiązań. Artyści dobrze o tym wiedzą i nierzadko stają przed trudnym wyborem: robić to, w czym jestem dobra/y, czy może rzucić się w wir eksperymentowania? Można by prześledzić dyskografie najważniejszych postaci w historii muzyki elektronicznej i wykazać, że obie te strategie bywają czasem rozwiązaniem, a czasem przekleństwem.





Andy znalazł rozwiązanie pośrednie. Jest to jeden z tych producentów, w przypadku których używanie określenia „suma fascynacji” ma totalnie sens. Brytyjczyk eksplorował różne odcienie elektroniki: żonglował tempami utworów, przeprowadzał zaawansowane operacje dekonstrukcji rytmów, manipulował wokalami, samplami i proporcjami niskich częstotliwości względem reszty. Jednak wszystko, co wyszło spod jego ręki, zdaje się być naturalną ewolucją wcześniejszych dokonań. Zupełnie jakby nieustannie analizował swoją muzykę i szukał w niej przestrzeni, w której można wprowadzić pewne zmiany, wzbogacić o niuanse bez wywracania całej formuły do góry nogami.


śmianie w tym memuchu polega na tym, że zestawiono tu okładkę drugiej płyty Andy’ego Stotta ze zdjęciem kota, który przyjmuje taką samą pozę, co baba na okładce. tajemnica w tym memuchu polega na tym, ze nie wiemy, czy kot zna tę płytę, albo samą jej okładkę (przyp. red.)




Najnowszy album to ewidentna kontynuacja Too Many Voices. Reprezentant wytwórni Modern Love nie poszedł jednak na łatwiznę. Po raz kolejny w karierze zdołał uniknąć powielania sprawdzonego schematu, a zamiast tego, potraktował go jako punkt wyjścia. Gdzie zabrnął? W miejsce bardzo urokliwe, gdzie hipnotyzujące pętle ustąpiły miejsca płynącym loopom, a pocięte wokale, dłuższym i bardziej przejrzystym frazom. W gatunkowych tagach na rymie albumowi towarzyszy ambient-pop i nie jest to przypadkiem. Andy Stott wygładza brzmienie i nie traci przy tym swojego autorskiego pierwiastka i kocham to całym swoim serduszkiem!




Sentino | Czary Mary




Nikt nie pisze o Sentino, no więc my piszemy. Prawda jest taka, że Sebastian Alvarez nagrał rapową płytę roku w PL. Masz rację, Matt Osiaku, to skandal, że nikt o tym nie mówi głośno. Okej, łapię. Pisanie o Sentino może być niewygodne. Jego live’y na Insta to kopalnia kontrowersji, ciężko odłączyć jego twórczość od wygłupów w necie. Ale wiecie, co jest zabawne? Jeśli już to zrobimy, to wychodzi na to, że takie Czary Mary ma mniej ofensywnych i obraźliwych wersów niż ostatni album Bedoesa. Poważnie! Słuchanie rapu (w tym polskiego) to zajęcie, które regularnie generuje ciarki wstydu i moralne zgrzyty. Tym bardziej cieszy, że można nagrać płytkę, która buja i jest (w miarę) nieszkodliwa. Mało tego, Sentino dba o słuchaczy jak mało który raper na naszej scenie.


Sprawdź też
Berghain




Od lat nie było u nas rapera, który miałby tak otwartą głowę na brzmienie. I nie chodzi tu o jakiś dobór bitów. Pezet ma fajny gust, ale gorzej, jak trzeba się jeszcze na nich odnaleźć. Sentino podchodzi do odbiorcy z wielką troską, jego refreny to prawdziwa definicja hooków. Zmiany flow, barwy głosu i sprawne podśpiewywanie dają mu możliwości, z których chętnie i umiejętnie korzysta. Na Czary Mary nie ma chyba refrenu, który by się nie wkręcał przy pierwszym odsłuchu. Sama proporcja zwrotka-refren wiele mówi o strategii rapera. W „Dwusetki” słyszymy refren trzykrotnie, dodatkowo dwa razy jest on poprzedzony klimatycznym bridgem. Poza tym, Sentino perfekcyjnie rozumie konwencje swojego rapu, nie ma tu miejsca na smutną liryczną spowiedź czy polską martyrologię, jego wersy błyszczą pewnością siebie i zdrowym dystansem. Tak, słuchanie Sentino przypomina oglądanie solidnie wykonanego kina gatunkowego, w którym twórca jest w pełni świadomy tego, co chce osiągnąć i wie, jakich środków do tego potrzebuje.