Czytasz
“Klątwa” TONFY pokazuje, czym jeszcze może być rap

“Klątwa” TONFY pokazuje, czym jeszcze może być rap

Kiedy mowa o przesuwaniu granic w hip-hopie, polscy artyści na ogół nie są pierwszym, ani drugim, skojarzeniem. TONFA na albumie „Klątwa” pokazuje, że może być inaczej.

Warszawski duet TONFA zaliczył dwa lata temu naprawdę udany debiut – krótka EP zawierała materiał na tyle intrygujący, że zaznaczył on swoją obecność w serwisach muzycznych, a Norman i Kierat zostali zaproszeni do zaprezentowania go na kilku większych festiwalach i imprezach. W każdej z tych sytuacji roztoczyli oni jednak aurę tajemnicy tak gęstą, że tajemniczość stała się ich główną marką i chyba mało kto chociażby udaje, że rozumie ten projekt. Najnowsze długogrające wydawnictwo TONFY pod tytułem „Klątwa” na pewno nie ułatwi tego zadania… ale spróbować warto.

Być może za sprawą bliżej niejasnych powiązań personalnych z zespołem Syny, TONFA przedstawiana bywa jako kolejny arthousowy rap “nie tylko dla osób, które słuchają rapu na co dzień”, jak reklamowała ich występ strona festiwalu Soundrive. Tę obserwację zdają się potwierdzać osoby słuchające rapu na co dzień z forum slizgawka.eu, którym TONFA została rzucona na pożarcie przy okazji featu na płycie Włodiego z 1988:


Klątwa to rzeczywiście materiał, który raczej przypadnie do gustu bywalcom warszawskiego Pogłosu i innym reprezentantom szeroko pojętego niezalu, niż cytowanym powyżej rapowym głowom. I jakkolwiek niemalże każdy z bitów na tej płycie można określić przymiotnikami takimi jak ciężki, industrialny, połamany i tak dalej, aż do kolejnej naciąganej analogii do Death Grips, chcę niniejszym przedstawić nieco inny klucz do odczytania twórczości TONFY. Jest to teza chyba kontrowersyjna, ponieważ według moich informacji jeszcze nie padła w szeroko pojętej prasie muzycznej.



Teza ta brzmi: TONFA to hip-hop.

To, że zespołowi takiemu jak TONFA wystarczy skorzystać z trochę innych sampli i trochę innych ustawień equalizera, by zostać okrzykniętym propozycją “alternatywną”, “eksperymentalną”, za którą zapewne stoi artystyczny koncept jak za Synami, świadczy tylko o tym, w jak głębokie koleiny wpadł rodzimy rap i jak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do skończonej palety brzmień czy rozwiązań kompozycyjnych. Nawet, jeśli nie każdy utwór na płycie Klątwa ma wyraźny hook do krzyczenia na koncertach, a niektóre sample są zniekształcone tak, że brzmią jak z płyty Caretakera, nadal mamy do czynienia z ludźmi, którzy wyrażają się poprzez rapowanie do bitu. Mało tego, ci ludzie chyba faktycznie są hiphopowcami – inaczej czemu by postanowili wydać tę płytę akurat 28 września?! Jeżeli naprawdę nie możemy obyć się bez porównań do tuzów zagranicznej rapowej alternatywy,  prędzej widzę analogię do zespołu dälek, którego lider już dawno temu usiłował uciąć podobną debatę co do przynależności gatunkowej jego projektu:

Chcesz usłyszeć TONFĘ i 1988 na żywo? Wbijaj tutaj!

To jest po prostu hip-hop, w najczystszym sensie tego słowa. Jeśli posłuchasz, czym historycznie był hip-hop, polegało to tylko na przeglądaniu różnych skrzyń [z płytami] i znajdowaniu różnych dźwięków, różnych inspiracji do tworzenia. (…) W tym sensie to, co robimy, to nic więcej niż hip-hop. (źródło)



Nie jest to bynajmniej próba oswojenia wszystkich niedopowiedzeń i zaskakujących zwrotów akcji, którymi wypełniona jest Klątwa, ani też osłabienia którejkolwiek z odważnych decyzji artystycznych, jakie TONFA podejmuje na każdym etapie projektu: od idealnie dopasowanej do brzmienia okładki, aż do zaproszenia na jeden z utworów saksofonisty Natana Kryszka.




Próbuję tylko powiedzieć, że dopiero gdy uznamy, że TONFA wcale nie wymyśla na nowo ani nie poprawia hip-hopu, tylko po prostu tworzy go zgodnie ze swoją wrażliwością i inspiracjami, będziemy mogli odpuścić sobie szufladkowanie i porównania, by zamiast tego docenić, jak uczciwą, rewelacyjną produkcyjnie i dopracowaną propozycją jest Klątwa.TONFA robi dobry hip-hop, ponieważ go dobrze rozumie, co pozwala im w pełni wykorzystać patchworkowy charakter tej muzyki, o którym mówi wyżej cytowany MC dälek. Przez całą Klątwę przetacza się mnóstwo sampli, elektronicznych szumów i przypadkowych rozmów z budki nagraniowej. Ta płyta oddycha miejskim życiem, jego często skrajnie kontrastującymi ze sobą odcieniami.

Najbardziej widać to chyba w tekstach na Klątwie, które, jak przeczuwam, będą kolejnym po przynależności gatunkowej elephant in the room pisania o nowej płycie TONFY. Co bardziej zdystansowani stwierdzą, że wersy Kierata i Normana po prostu nie mają sensu, ewentualnie są kolejną tajemnicą tego projektu. Ciekawi mnie natomiast, czy ktokolwiek zmartwi się, że wyjdzie na głupiego przez takie stwierdzenie i porwie się na próbę dekodowania linijek z tego albumu. Zwłaszcza, że oba przewidywane przeze mnie podejścia mają pewne uzasadnienie, ale według mnie w ostatecznym rozrachunku są błędne.

Na początku też wydawało mi się, że TONFA rapuje zagadkami. I że jestem tylko kilka nieoczywistych skojarzeń i followupów od odkrycia tego ukrytego sensu, który właśnie w tym miejscu tego tekstu miał Wam być wyjaśniony i zaskoczyć Was błyskotliwością nie tyle samych tekstów, co bardziej moją. Było już bardzo blisko, nawet zaczął mi się objawiać jakiś szczątkowy storytelling w utworze nowatarcza.



Ale to ostateczne, fundamentalne znaczenie jakoś wymykało mi się w przypadku każdego utworu. I wtedy dotarło do mnie, że naprawdę nie zrobię z tego egzegezy do wrzucenia na Rapgenius. Według mojej najrzetelniejszej bowiem analizy TONFA nie rapuje żadnymi rebusami, tylko poruszeniami, impresjami i afektami.

Jest to metoda, której chyba najbardziej wyrazistym przykładem będzie Rogal DDL na swojej ostatniej płycie Anty. Chodzi o nagromadzenie atomowych wyobrażeń, mikro-opowieści i nawiązań, by emocjonalny koloryt każdego takiego skrawka przeprowadzał odbiorcę przez istny rollercoaster, stanowiący odbicie duszy twórcy, sprawozdanie z jego stanu świadomości.


I o ile w przypadku Rogala jest to świadomość prześcigająca samą siebie przez wzmożoną konsumpcję białych proszków, TONFA prezentuje raczej wnętrze głowy najaranej, i przez to gubiącej ciągle wątek. W każdym razie z linijek odczytujemy już nie zaszyfrowane znaczenia, lecz emocje i ich najróżniejsze odcienie.

A gdy o emocjach już mowa, według mnie trudno przeoczyć fakt, że o ile pierwsza EP TONFY była jedynie lekko upstrzona melancholią („moja babcia już nie walk, man…”), Klątwa często bywa dojmująco smutna, czasem też pełna niepokoju i poczucia przytłoczenia. Mam wręcz nadzieję, że to przesunięcie jest wynikiem raczej opanowania warsztatu w stopniu, który pozwala muzykom wyrazić te emocje, a nie jakichś niedawnych przykrości.

Smutek nie jest jednak jedynym nastrojem Klątwy, a raczej jednym z wielu składników kompozycji. Naczelnym wrażeniem, jakie tworzy ta płyta jest zerwanie – afekty stale przechodzą jeden w drugi tak niespodziewanie, że sama gwałtowność zmiany wywołuje wyrazisty efekt. I oczywiście, że sztuka ukazująca fragmentaryczność współczesnego doświadczenia jest produkowana taśmowo chyba już od dekad. Tym niemniej nadal robi wrażenie to, jak TONFA, być może przez to, że nie sili się na kontrasty, lecz po prostu z nimi płynie, potrafi w przeciągu raptem trzech minut roztkliwić, zastanowić, a jeszcze w międzyczasie nieco głupkowato ucieszyć homofonią w rodzaju “pies chłepta wodę w misce, potem miso dają mi w tej samej misze”.

Sprawdź też


Pewnego rodzaju lekkość i niewymuszony dystans są zresztą nieodzownymi elementami stylu TONFY – spójrzmy chociażby na to, jak upragnionych chwil oddechu dostarczają na Klątwie skity z gościnnymi wokalistami. Samo pojęcie stylu natomiast jest konieczne do tego, by zrozumieć ten album. Styl, rozumiany tak jak w wyrażeniach “styl bycia” albo “styl ubierania”, czyli jakaś przenikająca wszystko, niewyrażalna dominanta estetyczna wydaje mi się bowiem główną treścią tego projektu. Właśnie dlatego do niczego nie są potrzebne analizy enigmatycznych linijek – styl się czuje, a nie rozumie. Gdyby Klątwa była fizycznym przedmiotem, ważniejsza byłaby jego faktura pod palcami, nie funkcja czy geometryczna struktura.

Tym niemniej można powiedzieć chociaż tyle, że wydatną cechą stylu TONFY na Klątwie jest pewnego rodzaju… podziemność. Nie chodzi tutaj bynajmniej o muzyczny underground, ta metafora jest już dawno wyczerpana, a o pewną słabość do ograniczonej widoczności (przez mrok lub dym), lekkiego przytłumienia, ciasnoty. To przewózka z klatek schodowych i piwnic, bez wyjścia na dziedziniec, jak w klipie do w.Klatkk_BŁZN.


W ogóle TONFA, podobnie jak koncertujący z nimi w zeszłym roku zespół Torpur, ma pewne jakości, które dają się ubrać w metafory goblinów, orków i innych podziemnych istot z fantasy. To muzyka spod powierzchni ziemi, a więc ze świata poniekąd innego i nieprzystępnego, ale równocześnie znajdującego się tuż obok, a przez to tym bardziej niepokojącego. Zupełnie potrafię sobie wyobrazić, że upragnionym kluczem do zrozumienia TONFY jest być może pozornie tylko żartobliwy KRASNOLUDZKI STYL SKIT. Cała Klątwa jest bowiem dowodem na to, że w przypadku tego projektu wszystko jest możliwe.



Istnieją filmy takie jak Sanatorium pod klepsydrą Wojciecha Jerzego Hasa, które ukazują, jak nieograniczony potencjał ma medium filmu i tym samym przez kontrast pokazują, jak nasze doświadczenie z tym medium jest zubożone przez schematyczność i powtarzalność kasowych produkcji.


Podobnie TONFA swoją Klątwą pokazuje, że można robić w Polsce rap nieoderwany od rodzimego kontekstu, ale też nie bezmyślnie w niego zapatrzony, bo potrafiący podejść do swoich inspiracji w twórczy i nieortodoksyjny sposób. Że nawet na scenie rozrośniętej do monstrualnych rozmiarów przez ogromne pieniądze i gigantyczne zasięgi nadal jest miejsce na propozycję autentycznie świeżą i osobną, bardziej antycypującą swoje grono odbiorców niż skierowaną do zastanej już grupy.

A jeżeli TONFA zawita do Waszego miasta z koncertem, ostrzegam: mogą oni także ukazać wiele warsztatowych braków Waszych ulubieńców z mainstreamu, ponieważ Kierat i Norman siekają linijki bez litości, zadyszki ani czekania na hypemana.