„Dobre piosenki pozwalają przeżyć coś razem z twórcą”. DrySkull o swoim pierwszym albumie producenckim
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach…
W Salonie, który właśnie trafił do słuchaczy, DrySkull poza największymi gwiazdami polskiej sceny — Mrozem, Krzysztofem Zalewskim, Zalią czy Grubsonem — ugościł basistę Gorillaz, Seyego Adelekana. Jak współpracowało mu się z tyloma twórcami? Czy zna przepis na idealną piosenkę i co według niego powinno powstać pierwsze: muzyka czy tekst? Rozmawiamy z Robertem Krawczykiem w dzień premiery krążka.

Going. MORE: Kiedy rozpocząłeś pracę nad Salonem?
Robert Krawczyk, DrySkull: W 2019 roku. Z początku miał być to zupełnie inny materiał: hip-hopowy, z innymi wykonawcami. Praca nad płytą zbiegła się jednak w czasie z dużymi zmianami gatunkowymi w mojej twórczości. Inaczej zacząłem też postrzegać muzykę i to, dlaczego chcę ją robić. W związku z tym pierwsze 2,5 roku upłynęły mi na badaniu kierunku, w którym będę chciał podążać. Dopiero od 2022 roku zacząłem stopniowo dokładać kolejne utwory.
Jak powstawały te kawałki?
Wszystkie piosenki, może poza jakimiś dwoma wyjątkami, to tak naprawdę spontaniczne efekty rozmów z danym wykonawcą i naszych wspólnych przemyśleń. Czasami prowadziły w jednym kierunku, ale finalnie piosenka powędrowała w zupełnie innym. Zawsze punktem wyjścia było jednak to pierwsze spotkanie.

Jak aranżujesz takie spotkanie?
DrySkull: Zawsze na dzień dobry musi być rozmowa i kawka. Każdy jest inny i nie da się obrać jednego modelu współpracy. Oczywiście można próbować, ale wtedy wychodzi z tego bardziej produkcja bitu niż tworzenie wspólnej piosenki. Mi jednak zależy na relacji, bo to ona zawsze pomaga w tym, żebyśmy obydwoje poczuli się bezpiecznie: ja i wykonawca. To chyba moja jedyna strategia — by otoczyć opieką wykonawcę, który poszukuje swojej drogi, pisząc utwory.
Łatwiej ci robić kawałki równolegle czy po kolei?
Łatwiej pewnie byłoby po kolei, natomiast jestem już nauczony, że tak się nie da. Mam za dużo zleceń, żeby móc sobie na to pozwolić.
A zdarza się, że rozwiązanie z jednego utworu świetnie pasuje do innego i do niego przechodzi?
DrySkull: Tak! I mam genialną anegdotę na ten temat. Utwór Pluszowe kagańce nazywa się tak dlatego, że dzień przed spotkaniem z Błażejem Królem miałem sesję z WalusiemKraksąKryzysem. To wyrażenie padło w rozmowie między nami, następnego dnia powtórzyłem je Błażejowi i okazało się, że idealnie pasuje i uzupełnia jego utwór.
Waluś jest bardzo barwną, jasną i świetną postacią. Jednocześnie myślę, że każdy artysta, który znajduje się na tej płycie, jest po części inspiracją dla wszystkich pozostałych.
Jak finalnie brzmi utwór z Walusiem?
Jak prawdziwy brytyjski rock, którego jestem wielkim fanem od lat. Wydaje mi się, że to hołd dla wszystkich indie rockowych zespołów z początku XXI wieku.
Czy ingerowałeś w teksty artystów, których zaprosiłeś do Salonu?
DrySkull: To też ciekawa sprawa, bo początkowo miałem nadzieję, że skupię się na warstwie muzycznej, a wykonawcy przyniosą mi gotowe teksty. Finalnie okazało się, że poza utworem Grubsona i Krzyśka Zalewskiego wszystkie teksty napisaliśmy wspólnie z artystami podczas naszych spotkań. To mnie cieszy, bo lubię słowo i lubię używać go w różnych lirycznych formach.
Który kawałek powstał najszybciej?
Zdecydowanie Taki sam z Frank Leenem. Spotkaliśmy się o 12:00 i o 15:00 mieliśmy gotową piosenkę. Stojąc na balkonie, zastanawialiśmy się, o czym powinien być utwór. Akurat były palone papierosy, więc pierwsze słowa to: Wiosną lubię palić papierosy. To nas popchnęło do tego, by napisać resztę.
A który utwór najbardziej się zmienił od pierwszego konceptu do finalnego efektu?
DrySkull: W zasadzie wszystkie bardzo przypominają wstępne prevki. Utwór z Błażejem Królem musieliśmy podnieść albo obniżyć o tonację, bo nie mieścił się w jego skali głosu. Wszystkie gitary przestrajaliśmy już do gotowej piosenki, co było troszeczkę pracochłonne. Wydaje mi się jednak, że naprawdę wiernie odtworzyliśmy zamysł, który towarzyszył mi jako twórcy.
Zawsze jest tak, że najpierw powstaje muzyka?
Zdarza mi się opracowywać muzykę do tekstu, ale bardzo rzadko. Wydaje mi się, że w tych gatunkach, którymi zajmuję się najczęściej, najpierw powstają dźwięki, a do nich pisze się tekst. Chodzi o użytkowość tekstów towarzyszących piosenkom, inaczej niż na przykład w przypadku poezji śpiewanej.
Opowiedz, jak udało ci się nawiązać współpracę z basistą Gorillaz.
Pierwszy kontakt z basistą Gorillaz nawiązałem w momencie, w którym nagrałem cover kawałka Damona Albarna, wokalisty zespołu. Odwzorowałem utwór 1:1 i wysłałem swoją wersję na wszystkie możliwe konta na Instagramie, które były związane z Gorillaz. Seye Adelekan odpisał, że zrobiłem bardzo fajną robotę. W zasadzie przez dwa lata raz na jakiś czas komentowaliśmy sobie różne relacje.
Później, gdy nagrywałem utwór Wolna i piękna z Grubsonem, zorientowałem się, że brakuje mi kogoś, kto nagrałby partię basu. Chwyciłem za telefon, odpaliłem Instagrama i zobaczyłem pierwszą relację z brzegu. Seye napisał, że ma akurat trzy wolne sloty do współpracy. Nie czekając długo, odezwałem się do niego, a on się zgodził.
Spotkaliśmy się w Anglii, bo poleciałem na jego koncert. Wymieniliśmy się numerami telefonów. Gdy w sierpniu byłem na koncercie Gorillaz w Londynie, chwilę przed rozpoczęciem napisał mi, żebym się dobrze bawił. Pomachał mi nawet ze sceny! Surrealistyczna sytuacja. Finalnie Seye dograł się również do utworu Mam czyste niebo nad głową z Jagodą Kret. To dla mnie piękna klamra, bo Wolna i piękna była pierwszym singlem, a utwór z Jagodą — ostatnim. Dzięki temu Seye jest ze mną i na początku, i na końcu tej drogi.
Piękna historia!
DrySkull: Wcześniej długo słuchałem Blur, czyli pierwszego zespołu Damona Albarna. Gdy tylko pojawił się klip do Clint Eastwood z pierwszej płyty Gorillaz, przepadłem. To połączenie wszystkich dróg w mojej wyobraźni, które podpowiadają mi, w jaką stronę muzycznie mam iść. Wydaje mi się, że jesteśmy w jakiś sposób duchowo połączeni z Damonem Albarnem. Wszystko, co robi, jest dokładnie tym, co sam bym zrobił. Wydaje mi się, że gdyby usłyszał moje rzeczy, odpowiedziałby to samo.
To mam nadzieję, że usłyszy!
Taki jest plan, prędzej czy później.
Czy uważasz, że istnieje uniwersalny przepis na dobry utwór?
Należałoby zdefiniować, czym jest dobry utwór. To bardzo dobre pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Natomiast istnieją formuły, którymi kierują się producenci i twórcy podczas wymyślania piosenek, by sprawdziły się w radiu, na koncertach albo na płycie. Ja sam zawsze staram się iść na przekór.
Wydaje mi się, że dobra piosenka przede wszystkim wymaga odpowiedniego stanu psychicznego wykonawcy. Coś musi być żywe w człowieku, żeby dało się to wyciągnąć na zewnątrz w postaci muzyki. Piosenki tworzone od szablonu, tendencyjne, w moim odczuciu raczej nigdy nie zyskają miana dobrych. Dobre piosenki to te, które pozwalają przeżyć coś wraz z twórcą.

Czujesz, że w ostatnich latach zmieniły się oczekiwania słuchaczy względem muzyki?
DrySkull: Myślę, że nawet kilka razy. W pewnym momencie wydawało mi się wręcz, że ludzie mają już dość muzyki i w zasadzie chcieliby, żeby stanowiła dla nich tylko tło. Dziś natomiast panuje uniwersalizm i nie ma już podziału na to, jakiej muzyki słuchasz. Dzięki temu młodzi ludzie czy słuchacze mają szansę diggowania i wertowania wszystkich gatunków po to, żeby znaleźć w nich coś dla siebie. Żyjemy też w coraz szybszych czasach. Mamy taką dzienną liczbę bodźców, że sam ledwo wyrabiam. Uwaga słuchaczy jest krótsza. Trzeba się bardziej postarać, by o nią skutecznie zawalczyć.
Od razu refren?
Tak. I najlepiej, żeby cała piosenka trwała maksymalnie 2’30”. No i tu po raz kolejny idę na przekór. Wierzę w to, że słuchacze są na tyle mądrymi ludźmi, by czasem odnaleźć się w nieco bardziej skomplikowanych formach.
Jaka jest zatem najdłuższa piosenka na tej płycie?
Mam czyste niebo nad głową trwa 4’18”. Ogólnie na single wytypowałem wszystkie najdłuższe piosenki: Wolną i piękną oraz Mówię ci nie z Krzyśkiem Zalewskim.
Właśnie, nie rozmawialiśmy jeszcze o Zalewskim. Jak ci się z nim pracowało?
DrySkull: To największy artysta, z jakim kiedykolwiek było mi dane współpracować w tym kraju. Jest świetnym facetem, który naprawdę imponuje mi tym, jak męsko i dojrzale podchodzi do życia. Z całym szacunkiem dla wszystkich artystów – sam jestem ich przedstawicielem – ale naszą cechą najczęściej jest nieogarnięcie. Jesteśmy neurotyczni i umiemy się pogubić w emocjach. Krzysiek jest bardzo sumienny. Pomagał wszystkim, także przy kręceniu teledysku.
Czego producencko chciałbyś jeszcze spróbować jako DrySkull?
Wszystkiego, co podsunie mi los. Jestem bardzo otwarty na życie i chcę, żeby mnie zaskakiwało. Nawet kiedy mocno planuję jakieś ruchy, zawsze staram się zostawić sobie pewną dozę chaosu. Na pewno chciałbym zrobić coś z orkiestrą symfoniczną, bo to od dziecka moje marzenie. Jestem wielkim fanem Błękitnej rapsodii i prawie grałem ją kiedyś na fortepianie z orkiestrą, ale niestety wcześniej zostałem wyrzucony ze szkoły muzycznej…
Jak to?
Bo poszedłem w rock’n’rolla. Grałem z olsztyńskim zespołem Kangaroz i raz pojechałem na egzamin świeżo po weekendzie koncertowym. Miałem w busie garnitur, ale cały wymięty, bo leżał pod gitarami. Przebrałem się i chłopaki wysadzili mnie pod szkołą. Kiedy siadłem za fortepianem, zrozumiałem, że dwie strony preludium Szostakowicza znam, a dwóch pozostałych po prostu nie pamiętam. Próbowałem więc improwizować. Tam było dużo nieharmonicznych dźwięków, więc myślałem, że mi się uda. Komisja niestety się na tym poznała. Po trzeciej nieudanej próbie zagrania tego z pamięci wstałem i powiedziałem, że to chyba by było na tyle. Tak się skończyła moja przygoda ze szkołą muzyczną. Byłem naprawdę odważnym młodym człowiekiem, ale poległem.

Dziś pewnie przenieśliby cię do klasy jazzu.
DrySkull: To jeszcze były czasy, gdy jazz nie był powszechny w szkołach muzycznych i wszyscy szli na klasykę. Dzisiaj jestem jednak bardzo wdzięczny, że tak to się skończyło. Gdybym trafił na akademię muzyczną, nigdy nie zająłbym się produkcją, bo zamiast tego koncertowałbym na fortepianie. Nauka produkcji muzyki jest naprawdę czasochłonnym zajęciem. Musiałem spędzić bardzo dużo czasu w domu i odrzucić wiele zajęć, by móc to robić.
Na koniec zmieńmy perspektywę. Jak oceniasz jako słuchacz, czy dana produkcja jest dobra? Na co zwracasz uwagę w pierwszej kolejności?
Gdy słucham muzyki, staram się zgłupieć, bo niestety domyślnie analizuję, jak brzmią poszczególne partie, na przykład perkusji albo gitar. Jeśli piosenka potrafi mnie porwać i nie wzbudzić we mnie tej próby oceny, zaczynam ją doceniać. Oznacza to, że zaciekawiła mnie czymś, co wymyka się moim producenckim naleciałościom. Albo, że nic mnie nie irytuje i nie rozprasza.
Co zatem ostatnio cię zachwyciło?
Jest taki producent i wykonawca, który nazywa się Common Saints. Szara eminencja muzyki brytyjskiej, człowiek, który pracował i z Olivią Dean, i z Lolą Young. Dwa lata temu wypuścił album. Jak dla mnie to połączenie Pink Floyd, Alana Parsonsa, Daft Punk, Tame Impala i w zasadzie wszystkich możliwych gatunków muzyki w takiej właśnie pigułce, która po prostu pięknie się klei.
Redaktor naczelny Going. MORE. Publikował lub publikuje także na łamach „newonce", „NOIZZ", „Czasopisma Ekrany", „Magazynu Kontakt", „Gazety Magnetofonowej" czy „Papaya.Rocks". Mieszka i pracuje w Warszawie.

