Czytasz
Marek Niedzielski odkrył, jak być jak Mac DeMarco i się nie stresować (LEKARZE GO NIENAWIDZĄ) – wywiad

Marek Niedzielski odkrył, jak być jak Mac DeMarco i się nie stresować (LEKARZE GO NIENAWIDZĄ) – wywiad

Cieszy się muzyką, nie boi się pomyłek, nagrywa w garażu… i wychodzi mu to bardzo dobrze. Tak dobrze, że dostrzegła to Trójka. I my. Poznajcie Marka Niedzielskiego.

Określenie „polski Mac DeMarco” chyba najlepiej do niego pasuje (a może po prostu Marek DeMarco?). Oprócz luzu i podobnego klimatu muzycznego, ich vibe można określić jako „niepozorny, choć bardzo utalentowany chłopak z sąsiedztwa”. I nie chodzi nawet o to, że Mac de Marco potrafi grać, śpiewać i jarać szlugi w tym samym czasie, a Marek, oprócz wokalu, swobodnie operuje perkusją. Oprócz technicznego kunsztu na pełnym czillu jest w jego muzyce coś, co może zaskoczyć nie tylko sąsiada, ale i całą Polskę.

O braku spinki

Kim jesteś? Jak byś opisał w kilku słowach swoją kreację artystyczną?

Jestem Marek Niedzielski i mam zespół, który brzmi jak moje imię i nazwisko. Wraz z Pawłem Stachowiakiem (znanym m.in. z EABS) oraz Maciejem Knopem gramy sobie muzykę… bezstresową. To chyba najlepsze określenie tego, co robimy. Jasne, można żonglować nazwami gatunków, jak indie pop czy lo-fi, ale dla mnie najbardziej esencjonalny jest właśnie ten brak spinki. Bo w naszym wspólnym graniu tego stresu po prostu nie ma – również na koncertach. Gdy pakuję się na występ, mam to wewnętrzne poczucie, że wszystko się uda.

Innym aspektem tej bezspinkowości jest to, że nie chcemy, by nasze utwory brzmiały perfekcyjnie. Właśnie dlatego zrezygnowaliśmy ze studia i nagrywamy w garażu. Gdy wynajmujesz studio, masz wyliczone godziny, spinasz się… I nie ma w tym miejsca na przeżywanie emocji i po prostu bycie z muzyką.

U nas często jest tak, że wszyscy czujemy coś na zasadzie ,,ale mi się dzisiaj nie chce, może po prostu sobie pogadamy i poczillujemy?’.’ Ale za chwilę jeden z nas siada do instrumentu, zagra od niechcenia jeden dźwięk, za chwilę drugi dołączy i nagle… tworzymy nowy utwór. Tak jak w przypadku niewydanego jeszcze „fiu fiu fiu” (przedostatni numer z koncertu w Trójce). A nawet, jeżeli poddajemy się temu niechceniu, to uwielbiamy po prostu spędzać czas we czwórkę – bo oprócz mnie, Maćka i Pawła, za czwartą członkinię zespołu uważam Olę Bodnaruś, która odpowiada za szatę graficzną projektu.

dzięki uprzejmości artysty

Podobnie w warstwie tekstowej – nie lubię napinki i patosu. W życiu są trudne chwile i po co dokładać sobie jeszcze ciężaru w muzyce?  Przecież „nie chce mi się” też jest jednym najbardziej życiowych doświadczeń. Czemu nie może być motorem napędowym do stworzenia piosenki, zamiast np. smutku czy żalu? Oczywiście te emocje też są gdzieś tam zaszyte, szczególnie w warstwie tekstowej. Ale nie przygniatają słuchacza. 

Mamy takie założenie, że „im gorzej, tym lepiej” – nagrywamy u mnie w garażu i raczej nikt by nie pomyślał, że te utwory powstały właśnie tam – bo brzmi to czasami aż za dobrze. A nasza muzyka jest lo-fi. Po prostu odpuszczamy, bo i tak nie będziemy brzmieć jak Toto. Zauważyłem na przestrzeni lat, że im więcej mam w sobie luzu, tym lepiej mi to wszystko wychodzi – i lepiej współpracuje się z ludźmi i ogólnie. Męki twórcze są więc nam obce. Nie wiem, co się z tego wszystkiego urodzi, ale czuję, że to jest super przyjemny kierunek.

Oczywiście nie zawsze tak miałem. Kiedyś dążyłem do tego, by grać jak komputer. Musiało być równiutko, dużo i gęsto. Do tego stopnia, że przestałem grać i zacząłem programować perkusję w Abletonie (program do robienia muzyki). W końcu uznałem, że najlepiej to wychodzi, gdy po prostu gram tak, jak umiem – a nie jestem żadnym wirtuozem.

Dobra, dobra, skromniacho, grasz przecież na perkusji i jednocześnie śpiewasz…

O jazzie i stylówie

Jeśli chodzi o jazzowe smaczki w naszej muzyce, to robota Pawła i Maćka, którzy na codzień zajmują się tym gatunkiem.

Czuję, że mało jest w Polsce muzyki popowej, która korzysta z patentów jazzowych.

A na zachodzie przecież pięknie przebojowość z jazzowością łączą Anderson .Paak czy Thundercat.

Idealnym przykładem naszego podejścia jest również Mac DeMarco – tworzy super prostą, lecz głęboką muzykę. Wielu gitarzystów poległoby, chcąc stworzyć coś takiego. Ba, ja bym poległ, gdybym nie miał w zespole Maćka!

Na szczęście, nie poległ. Mac de Marco approves

Zostając przy Macu DeMarco – bliżej Ci do jego stylówy niechlujnego songwritera – stonera, czy też Kuby Badacha – eleganta z idealnie ułożoną fryzurą (do którego też jesteś porównywany)?

Z porównywaniem do Kuby mam problem. Bo on jest fantastycznym, wykształconym muzykiem. Gdybym przyznał Ci rację i powiedział „tak, mamy podobne głosy!”, to czuję taką obawę, że ludzie, którzy się znają, zaczęliby mnie krytykować.

O śpiewaniu (i graniu)

Jebać to! Masz podobny głos i tyle.

Predyspozycje i tembr – okej. Stylówka to zdecydowanie bardziej Mac DeMarco. 

A jak to było z Twoim głosem? I połączeniem wokalu z grą na perkusji?

Wiesz, robią to Phil Xollins, Anderson .Paak, robi to też Marian Lichtmann!

Pierwszy lepszy organista ma trudniejsze zadania, jeśli chodzi o koordynację.


jepepej all the way

A Mac DeMarco gra, śpiewa i jara szlugi!

No, ja mam dwie ręce zajęte, wiec niestety odpada (śmiech)! Tak czy siak, zaczęło się od chórków w moim pierwszym zespole z prawdziwego zdarzenia – POTH. Robiłem je falsetem, bo miałem opór przed śpiewaniem. Nie lubiłem swojego naturalnego głosu. Podczas chórków wyrobiłem sobie za to umiejętność grania na perkusji i śpiewania. Bardzo lubiłem je wymyślać. Z czasem tych pomysłów było coraz więcej i nie starczyło na nie miejsca w tym projekcie. Wtedy stworzyłem melodię wokalną do utworu pt. „Pies” (z EP o tym samym tytule). Zapytałem znajomego wokalisty, czy by jej nie zaśpiewał – i zrobił to bardzo spoko, ale czułem, że to już nie był ten utwór. Wziąłem więc sprawy w swoje ręce i zacząłem samemu pobierać lekcje śpiewu. Było trochę lepiej, ale ostatecznie jest najlepiej, odkąd przestałem się tego uczyć.

Sprawdź też

dzięki uprzejmości artysty

O koncercie w Trójce

Moja pierwsza reakcja na zaproszenie tam brzmiała mniej więcej tak: ,,Na pewno? Nie pomyliliście się? Jestem Marek Niedzielski, nie Adam Niedzielski”.

Zresztą, były komentarze, że jestem krewnym ministra i dlatego się tam załapałem. To ja powiem tylko tyle: WUJEK, OGARNIJ SIĘ.

Dobra, koniec żartów – nie jestem żadnym krewnym ministra. Trójce po prostu spodobała się moja muzyka. To było fantastyczne doświadczenie i dziękuję wszystkim, którzy byli w to zaangażowani. Moje bębny nigdy nie brzmiały tak dobrze, jak tam! 

A powiedzmy, że masz zagrać dla tych 20 osób na… weselu? Zrobiłbyś to?

Nie. Chociaż… to zależy. Ale to źle mi się kojarzy. Potrzebuję, żeby słuchacze byli skupieni na muzyce. Nie lubię grania do kotleta. Z drugiej strony, różne są wesela… Więc pozostawie to pytanie bez odpowiedzi. Musiałbym to poczuć.

Bo tak się składa, że wiem, że zdarzyło Ci się grać zarobkowo na tzw. chałturach.

Tak, jako bębniarz, jak byłem młodszy. Gdy zobaczyłem, ile jest z tego pieniędzy, to się nie wahałem. Ale to jest totalnie nie dla mnie.

dzięki uprzejmości artysty

O studiach, autentyczności i… patodeweloperce

Z innych rzeczy, których się o Tobie dowiedziałem, to że studiowałeś… Dziedzictwo Kultury Materialnej.

Tak – i bardzo to lubię. Było trochę tak, że czułem lekkie parcie ze strony rodziców na studia. Przejrzałem więc katalog i ten kierunek brzmiał dziwnie, może trochę śmiesznie – pomyślałem więc sobie ,,no to idę”. Tak czy siak, jestem bardzo zadowolony z tego czasu. Dowiedziałem się naprawdę ciekawych rzeczy – a przede wszystkim, ukształtowało mi się poczucie estetyki – w przestrzeni i na płaszczyźnie.

A czy miało to jakiś wpływ na Twoje poczucie estetyki muzycznej? Czy np. idziesz sobie ulicą, widzisz rytm architektoniczny jakiegoś budynku i myślisz sobie, jak by go tu zagrać?

Wow, chyba nie jestem aż tak odklejony, gdy idę ulicą (śmiech). Ale spróbuję, czemu nie! A tak na serio – na jednych zajęciach pani profesor, która była bardzo fajna, lecz nie pamiętam jej imienia (dlatego pozdrawiam wszystkie!) powiedziała coś w stylu „tylko rzeczy autentyczne się bronią i wytrzymują próbę czasu” oraz „ludzie kupują tylko prawdę”. Mówiła to w kontekście rewitalizacji kamienic na Przedmieściu Oławskim we Wrocławiu, tudzież ochronienia jakiegoś zabytkowego miejsca przed rozbiórką. Niemniej jednak, te proste mądrości wpłynęły na moje podejście do muzyki.

dzięki uprzejmości artysty

Le Corbusier twierdził, że budynki to maszyny do mieszkania… A teraz mamy zjawisko patodeweloperki, gdzie stają się maszynami do przechowywania ludzi i zarabiania pieniędzy. Nieważne, jak wpływają na otoczenie i co będzie z nimi za 10 czy 50 lat. Trochę podobnie jest czasem z muzyką, tworzoną dosłownie na jeden sezon. Chciałbym, żeby o mojej nie zapomniano tak szybko.

Dlatego na scenie jestem taki, jaki jestem. I proszę mnie nie remontować ani nie oddawać do rozbiórki!

Copyright © Going. 2020 • Wszelkie prawa zastrzeżone