Czytasz
Przyjemniej jest robić coś razem – rozmowa z Sashką Yeriominą

Przyjemniej jest robić coś razem – rozmowa z Sashką Yeriominą

Już w najbliższy piątek w Łodzi odbędzie się wydarzenie pod hasłem „Narodowe Dobro Międzynarodowe”, zorganizowane przez Marcina Polaka i Sashkę Yeriominę. Postanowiłam przyjrzeć się bliżej tej – wpisującej się w temat postaw, zajmowanych przez Polaków wobec migrantów i migrantek – inicjatywie.

Korzystając z mojego przyjazdu na Łódź Design Festival, spotkałam się z Sashką w kawiarni Owoce i Warzywa. Porozmawiałyśmy o wystawie i imprezie, jej pracy w świeżo otwartym Łódzkim Centrum Wielokulturowym oraz o najprzyjemniejszych miejscach w mieście. 

Zacznijmy może od Dobra. 

Kiedy Marcin Polak zaprosił mnie do współpracy przy projekcie wokół migrantów i migrantek to, co robię prywatnie, zaczęło się pokrywać z tym, co robię zawodowo. On odpowiada za wystawę, ja działam przy wydarzeniu muzycznym. Ustaliliśmy, że to będzie impreza, gdzie zagrają sami artyści i artystki mieszkające w Polsce, ale stąd nie pochodzące. Przez obecną sytuację w kraju, ten temat w pewnym sensie bardzo się odświeżył. Podzieliłam się tym planem z Łódzkim Centrum Wielokulturowym i Opusem. Zapytałam, czy chcieliby podziałać z nami promocyjne. Tymczasem zgodzili się wesprzeć nas finansowo! 

Jak to będzie wyglądało w praktyce?

Wydarzenie odbędzie się 1 października w dwóch częściach. Najpierw wystawa i spotkanie-rozmowa z artystami i artystkami oraz osobami z doświadczeniem migracyjnym w Galerii Wschodniej (sprawdź wydarzenie), a potem impreza w Ignorantce (sprawdź wydarzenie). Dużo będzie różnych rave’ów tego dnia, a my chcemy zrobić coś innego – żeby ludzie czuli się jak na domówce, tylko w barze. Zagrają Anna, Wasya, Maksym z Ukrainy i Weronika z Azerbejdżanu. Wystawa nazywa się Narodowe Dobro Międzynarodowe, a część z didżejami Dobro Międzynarodowe. To będzie coś innego! Ludzie często się bawią, żeby po prostu się bawić i to jest okej oczywiście, ale czasem fajnie przyjść gdzieś, gdzie ma to większy cel. 

Długo się znacie z Darkiem i Justyną? [prowadzącymi bar Ignorantka animatorami polskiej sceny muzyki niezależnej – przyp. red.]

Wcześniej się kojarzyliśmy, a zbliżyliśmy się latem tego roku – już po tym jak oni przyjechali do Łodzi. Pisaliśmy ze sobą na różne tematy. Mamy wspólne zainteresowania. Z mojej perspektywy w Łodzi jest super pod tym względem, że nie ma konkurencji w muzycznych środowiskach. Często się kontaktujemy i wspieramy. Zapraszamy do grania osoby z grupy, którą można by postrzegać jako konkurencyjną. Trzeba się wspierać, a nie tak, że każdy sobie. Jak ktoś jest fajny to niby może robić wszystko sam, ale to i tak nie jest tak przyjemne jak wtedy, gdy się robi coś razem i dzieli doświadczenie czy wartości. Wracając do Darka i Justyny – dużo się uczę od nich, a oni słuchają moich przemyśleń z Łodzi. Opowiadam o rzeczach, których potencjalnie mogą nie wiedzieć. 

Żałuję, że nie uda mi się z nimi złapać, znamy się od paru lat. Chciałam podejść do nich do Ignorantki, ale po naszej rozmowie już idę z psem na pociąg i się nie wyrobię. 

Sama przyjechałaś do Łodzi? Nie czujesz się samotna?

Chyba to kwestia przyzwyczajenia. Plus kiedy jestem z pieskiem to jednak inaczej się znosi samotność. Chociaż to potrafi być też nieco uciążliwe – do Muzeum Sztuki Nowoczesnej mnie z nim nie wpuścili.

Tutaj? 

Tak, ponoć pan Dyrektor nie akceptuje zwierząt, nawet noszonych na rękach. To mi się wydało bardzo nienowoczesne myślenie.  

Miałam tak wczoraj. Dorabiam w knajpie, w której pracuje fajna ekipa, chociaż jesteśmy różni. Przyszła tam pani i zapytała o wegańskie opcje. Bardzo chciałam jej pomóc i poprosiłam szefa, żeby coś dla niej wymyślił. On kategorycznie stwierdził, że sam nie lubi takiej kuchni, że to mu nie smakuje, więc nie będzie robił wegańskich rzeczy. Powiedziałam mu, że gdyby w menu pojawiła się chociaż jedna pozycja wegańska to by przyciągnął masę odbiorców. Przecież to tylko ograniczenia w głowie – że się czegoś nie lubi i tyle. Dziwne, że niektórzy ludzie są tak bardzo zamknięci. 

Zrozumiałabym, gdyby Precel był wielkim psem, który może coś strącić, ale mały psiak wzięty na ręce – co on może zrobić?

To robienie z takich miejsc przestrzeni sterylnych. Nie można w nich oddychać. 

Dobrze, że kapci już nie trzeba zakładać!

To sprawia, że galerie stają się niedostępne i elitarne. Wielu ludzi nie ma zaplecza, żeby rozumieć sztukę i czuć się naturalnie w takich przestrzeniach. Słyszałam historię od znajomych, że nie wpuszczono ich do muzeum – już nie w Łodzi. Jedna z osób miała na sobie coś przypominającego piżamę. Pani na recepcji powiedziała, że to niedopuszczalne, żeby ktoś tak wszedł, zaczęła sugerować co w tej piżamie robił. Tak samo z ochroniarzami w muzeach. Ktoś chodzi za Tobą i czujesz się złodziejem i się stresujesz bardzo. 

Tym bardziej jestem zachwycona przestrzenią na Tymienieckiego, gdzie odbywa się Miesiąc Fotografii czy Łódź Design – jest mnóstwo miejsca, można spokojnie wejść z psem. Nie ma tego, że ktoś ciągle za Tobą patrzy. To tak bardzo zmienia percepcję! 

Niektóre miejsca po prostu są przyjazne. Czasem nie chce mi się gdzieś pójść, bo coś tam ciągle nie pasuje, nie czuję się komfortowo. 

A gdzie się czujesz dobrze w Łodzi?

Tutaj w Owocach, gdzie jesteśmy teraz. Czuję się tu trochę jak u Babci – taki PRL, stare krzesła, dźwięki i zapachy. To wszystko sensualne rzeczy. Dobrze się czuję w pizzerii na Dzielnej 43. Podają neapolitańską pizzę. Wzdłuż całej restauracji są okna na całą ścianę. Jest dużo cegieł, więc budynek ma łódzki fabryczny styl. Dużo, dużo roślin, dużo przestrzeni – bardzo ciekawe miejsce. No i pizza jest super! Czuję się też dobrze w Parku Źródliska. Znajduje się tam rodzinna kawiarnia Tubajka, biega dużo dzieci, jest rodzinnie i przytulnie. Niby to jeden park, a w każdej jego części jest trochę inaczej. Tu jezioro i kaczki, tu duże drzewa czy rzeźby, tu muzeum kinematografii. To ważne, żeby myśleć o tym, gdzie się czujemy komfortowo i to wybierać. Pomyśleć, czemu idziemy w konkretne miejsce. A Ty gdzie się czujesz dobrze w Łodzi?

W Owocach bardzo lubię być. Podobało mi się też w Muzeum Książki Artystycznej. To śliczne miejsce. Zaklęte w czasie. Nie jest wygładzone ani nowoczesne. Czuję się w nim bezpiecznie. Byłam tam na wystawie absolwentów programu Sputnik. To kolejny raz, kiedy udostępniają swoją przestrzeń projektom, które nie są oczywiste. A nawiązując do wegańskości – byłam w Boho i mają tam przepyszne roślinne jedzenie. Jadłam boczniaki, które przypominały kalmary. 

Boczniaki jadłam kiedyś jako śledzie i to też było super. Mój współlokator jest szefem kuchni restauracji Yellow. To smakowało tak jak śledź! Nie wiedziałam, że tak można. Tutaj w Owocach mają bajgle z marynowaną marchewką, która smakuje jak łosoś. Od szefowej kuchni Boho dostałam kiedyś selero-rybę. Nawet się rozpadał w taki sam sposób. Nie mam pojęcia jak to zostało zrobione. W tym momencie wspominam słowa szefa kuchni miejsca, w którym pracuję. Mogłoby być tak fajnie, a nie tylko mięcho, tłusto, męsko. 

Myślę, że nie wszystkie osoby czytające naszą rozmowę, mogą kojarzyć, czym się zajmujesz. Opowiesz coś o tym? 

Pochodzę z Ukrainy i przyjechałam do Polski 6 lat temu studiować promocję sztuki w ramach kierunku kulturoznawstwo. Cały czas nie mogę ich skończyć. W międzyczasie robiłam dużo rzeczy, w tym wolontariat i staże na różnych festiwalach – unsoundach, tauronach i wszędzie w Łodzi, cokolwiek się tu odbywało. Byłam pasjonatką muzyki elektronicznej. Wszędzie, gdzie była ona, byłam ja. Działałam też przy Distorted Agency. To Paweł Trzciński [twórca agencji – przyp. red.] zmotywował mnie do zrobienia czegoś swojego. Tak się zaczął cykl imprez CZARY MARY. Organizując te wydarzenia, nie mam nigdy konkretnej wizji. Na pewno mniej chodzi o picie wódki, chociaż tak kojarzą się imprezy ogólnie. Według mnie jest to bardziej poznawanie siebie poprzez muzykę i innych. Doświadczasz po prostu życia! Lubię duchowe tematy i spirytualizm i magię, wnoszoną w codzienność. 

Plakat do jednej z imprez cyklu CZARY MARY

Zamiast spirytusu – spirytualizm.

Hahah, dokładnie. Wykorzystam to! Kontynuując – zawodowo zajmowałam się innymi rzeczami. Byłam nauczycielką edukacji międzykulturowej w placówce edukacji pozaszkolnej. W związku z covidem musiałam zmienić swoje plany. Teraz jestem zatrudniona w Łódzkim Centrum Wielokulturowym. To zadanie realizowane przez Centrum Opus i Fundację Ocalenie, finansowane przez Urząd Miasta Łódź. Działamy jako punkt informacyjny dla cudzoziemek i cudzoziemców. Jeśli ktoś ma problem, może przyjść do nas i postaramy się pomóc. Nie zrobimy tego za niego, tylko wytłumaczymy jak to zrobić, żeby osoby za chwilę mogły poruszać się samodzielnie w często obcych dla siebie warunkach i okolicznościach. Mam nadzieję, że będziemy bezpieczną przestrzenią dla osób spoza Polski. A nawet nie tylko dla nich. W ciągu pierwszych 2 tygodni działalności zgłosiły się do nas m.in. nauczycielki ze szkół, które chciałby się nauczyć ukraińskiego, żeby porozumiewać się z dziećmi, trafiającymi do ich klas. Oczywiście, lekcje polskiego też będą organizowane. Wbrew temu, co obserwujemy obecnie na granicy, wydaje się, że Łódź działa trochę na odwrót i jest przyjazna cudzoziemcom. Wprowadza nowe rozwiązania, mające ułatwić pomoc i kontakt. 

A jakie są podejścia mieszkańców do inności?

Wydaje mi się, że pozytywne. Widzę dużo wsparcia. Tendencja jest taka, że ludzie zaczynają rozmawiać z Ukraińcami, którzy są ich kolegami. Nawet jeśli mają ostrożne podejście, to finalnie okazuje się, że na ludzkim poziomie można się dogadać. Tak to widzę na przykład jeśli chodzi o moich mniej tolerancyjnych znajomych. Nie uważam, że każdy musi być pełen otwarcia i wsparcia, bo to utopijna wizja. Dla mnie wystarczy akceptacja i odrobina życzliwości – to już jest super. ŁCW nie chce wymagać od ludzi tolerancji, kiedy ktoś tego nie czuje. Tu potrzebna jest głębsza praca. 

A jeśli chodzi o działania ŁCW to jakie inne spotkania integracyjne są w planach?

Działa Wielokulturowy Klub Mam. Są organizowane pikniki i spotkania – np. o tym, jak używać nosidełek. Chodzi o to, żeby stworzyć bezpieczne miejsce dla tych kobiet, których jest w Łodzi coraz więcej. One często nie mają dla siebie czasu i nie mają dostępu do kogoś, kto dzieli podobne doświadczenia. Są wycieczki po Łodzi w różnych językach. Dużą dyskusję wzbudził temat filmów z napisami po ukraińsku lub z dubbingiem. Kiedy wychodzą popularne filmy animowane, dzieciom brakuje kompetencji językowych, żeby je zrozumieć i nie mają jak ich oglądać. Staramy się wyłapywać takie pomysły i próbować je realizować. Jesteśmy w trakcie budowania swojej grupy odbiorców. Osoby, które przyjechały do Polski tak jak ja, mają już bazę wiedzy na różnych grupach, więc często bardzo szybko znajdują potrzebne informacje. To z jednej strony fajne i wygodne, ale z drugiej strony są wtedy trochę osobno. Zależy nam, żeby budowali wspólnotę i czuli podwójne wsparcie: i od strony Polaków, i swoich rodaków. 

W Łodzi wielokulturowość wydaje się mocno wpisana w tożsamość miasta. 

Cały wizerunek Łodzi to 4 kultury i to, jak miasto było budowane. Historia jest częścią teraźniejszości, ale umówmy się – obecnie nie ma tu tak dużo Żydów, Niemców i Rosjan. Jest natomiast 15% Ukraińców, Białorusinów, ludzi z Ameryki Łacińskiej, Czeczenów. To już nie są 4 kultury, ale dziesiątki różnych. Łódź nadal jest wielokulturowa, ale zmieniła się definicja. PR-owcy Łodzi idą wydeptanymi tropami, a niekoniecznie aktualizują swoje myślenie. Nie patrzą na to, kto żyje w tym mieście dzisiaj. Wydaje mi się, że trzeba po prostu spojrzeć, kto jest dookoła.