Czytasz
Afrodyzjaki, psy i ani słowa o rogalach – Poznań w 1 dzień

Afrodyzjaki, psy i ani słowa o rogalach – Poznań w 1 dzień

Bolesław Chromry, jedna z prac z wystawy Psizm, galeria Łęctwo

Poznań to ponoć miasto doznań. Sprawdziłyśmy to osobiście, kręcąc się po poznańskich ulicach w ostatni piątek przed lockdownem.


Nadzieja | Zwierzyniecka 3/1

Z myślą o czekających nas dziś przygodach, stawiamy na porządne śniadanie. Na szczęście jego wartość energetyczna nie musi wiązać się z kompromisem w kwestii smaku. Wręcz przeciwnie! Nasze kroki kierujemy do restauracji Nadzieja, mieszczącej się w kompleksie Concordia Design. To kontynuacja konceptu JE SUS, który niegdyś kradł nasze gastro-serca przy ulicy Taczaka. Projekt wnętrza przygotowało Agnieszka Owsiany Studio. Inspiracją był Bauhaus przeczytany przez Tel Aviv. Jest tu jasno i czysto, ale nadal przytulnie – tym bardziej szkoda, że na razie po prostu czekamy w tej przestrzeni na odbiór zamówienia na wynos. 

Pierożki w dwóch odsłonach, źródło: Facebook Nadziei

W nowej odsłonie knajpka posiada stałe menu, a paleta dań poszerzyła się o opcje wegetariańskie (czyli już nie tylko wegańskie). Zamawiamy dwa zestawy śniadaniowe. W każdym z nich czeka na spałaszowanie solidna porcja świeżo ukręconego hummusu (przeeeepyszny!) z cieplutką pitą. Do tego szakszuki – jedna z pieczoną dynią hokkaido, oliwkami i sumakiem, a druga z roślinnymi klopsikami, jogurtem i miętą. Świetnie doprawione, pełne smaczków, które aktywizują się z każdym kęsem i bardzo, bardzo sycące. Jeśli final boss w grze nie chciał się pokazać do rana, a nowy serial trzeba było obejrzeć w całości – wasz poranek mógł wypaść w mniej typowych godzinach. Nie oceniamy! Nadal możecie skorzystać z opcji śniadaniowych – Nadzieja serwuje je przez cały dzień. Bardzo żałujemy, że nie udało się nam wrócić do Nadziei w porze obiadowej, bo w menu zaintrygowały nas cytrynowe pierogi z pieczoną brukselką. Wow!




DOMIE | Św. Marcina 53A

Po obfitym śniadaniu kierujemy się na Św. Marcina, gdzie odwiedzamy kolektyw DOMIE. W samym centrum miasta wkraczamy do zupełnie innej rzeczywistości – w siedzibie byłego fotoplastykonu mieści się otwarta przestrzeń twórcza. Schowana gdzieś pomiędzy domami mieszkalnymi, za bramą, z początku wydaje się osobliwą wyrwą w centralnym krajobrazie miasta. Na ganku wita nas Joanna Pietrowicz – artystka, jedna z członkiń kolektywu.

Chcemy tworzyć takie miejsce spotkań, które jest mniej zobowiązujące niż instytucja kultury – mówi.

DOMIE określają siebie jako „społeczny, artystyczny, architektoniczny i ekonomiczny eksperyment kolektywnej troski”. Możemy doświadczyć tego w praktyce – na wejściu dostajemy do wypicia czarną kawkę. Obdrapane ściany, puste pokoje, ale jakoś tak swojsko. Bo do DOMIE przyjść może każdy – zobaczyć wystawę, popracować, czy po prostu – jak my – pogadać. Z DOMIE czeka nas zresztą dłuży wywiad – wypatrujcie materiału na Going. MORE. A tymczasem przejdźmy do samej przestrzeni wystawienniczej, bo w ostatni piątek przed lockdownem udało nam się załapać na nietypową instalację.




Trafiłyśmy akurat na samą końcówkę wystawy „Development” Jana Domicza, która była komentarzem do wiadomości o nieprzyznaniu DOMIE dotacji na montaż ogrzewania. Artysta nawiązał w niej do historycznej strategi pomniejszania przestrzeni pałacowych za pomocą podwieszanych gobelinów i tkanin dekoracyjnych. Przyznajemy, że rzeczywiście mogłyśmy się tam ogrzać. W sam raz przed podróżą w kolejne miejsce.

Instalacja Jana Domicza w DOMIE w ramach wystawy „Development”, źródło: Facebook DOMIE




Cafe La Ruina i Raj | Św. Marcina 34

To nie jedyna wyjątkowa przestrzeń na ulicy Św. Marcina. Wkraczając do La Ruina i Raj, można pomylić to miejsce z wnętrzem kolejnej galerii. Wypełnia je mnóstwo wyjątkowych przedmiotów, w tym chociażby rzeźba Jezusa, która pod odpowiednim kątem zdaje się śledzić nas wzrokiem. Rączki odkażone? Odstęp zachowany? Widzi wszystko! Pozostałe ozdobne detale to nic innego jak suweniry z wielu podróży właścicieli lokalu – Moniki Mądrej-Pawlak i Jana Pawlaka. Pisaliśmy już o nich w naszym subiektywnym przewodniku po poznańskich knajpach. Nie bez powodu wracamy pod ten adres.

źródło: Facebook Cafe La Ruina i Raj


Bo na miejscu znajdziemy m.in przepyszną kawę – tego nam zdecydowanie trzeba. W stresujących pandemicznych czasach nie ma co sobie żałować przyjemności – sięgamy po sezonową słodycz, czyli chai latte z syropem korzennym. Dodatkowo, na osłodę, prawdziwe cacao ecológico, czyli ekologiczne kakao. Jeśli w perspektywie macie randkę, podkręćcie emocje sięgając po wersję napoju wzbogaconą o pikantny afrodyzjak. Trudno się w tym miejscu nie zasiedzieć. Na szczęście oprócz dań na wynos, miejscówka działa również jako sklepik, gdzie można kupić zarówno ziarna kawy, jak i autorskie książki właścicieli z przepisami z Ameryki Południowej czy Azji. Taką też kuchnię znajdziecie na miejscu: polecamy m.in. Peru Burgera z peruwiańskim lomo saltado, czyli smażonymi paseczkami wołowiny z sosem sojowym, octem winnym, ostrymi papryczkami, pomidorami, cebulą, przyprawami i ziemniakami. Tak niewiele trzeba, by z Poznania trafić prosto nad Ocean Spokojny… Ale my ruszamy dalej. Przed nami kolejna galeria.




Galeria Centrala | plac Ratajskiego 6a

Galeria mieści się na placu Ratajskiego, który wypełniają przyciągające uwagę rzeźby i masa zieleni. Jeśli – podążając z naszym spacerownikiem – nie zaopatrzyliście się w kawkę na wynos w La Ruinie i Raju, macie dodatkową szansę w pobliskiej Kahawie, o której pisaliśmy w przewodniku po kameralnych księgarnio-kawiarniach. Właściciele Centrali mówią nazywają ją „twórcza przestrzenią dla fotografii”. Tu dzieją się wystawy, organizowane są spotkania, warsztaty, a galeria dodatkowo funkcjonuje również jako biuro coworkingowe. Można tu więc przyjść popracować, a przy okazji zerknąć na eksponowane prace, czy kupić jedną z dostępnych publikacji.


Agnieszka Sejud „Hoax”, praca prezentowana w Galerii Centrala, źródło: mat. promocyjne


Udało się nam dotrzeć na wystawę FAKE NEW, prezentującą prace, wybrane w oparciu o open call. Znajdziemy tu fotografie ośmiorga twórców i twórczyń, którzy – cytując – tworzą lub demaskują fałszywe narracje; interpretują współczesną definicję „normalności” albo „nowej normalności”, poruszają tematykę fake newsów, teorii spiskowych i wirtualnej rzeczywistości. Całość została ujęta w zinie, który można zakupić na miejscu. Jeśli zależy Wam na izolacji, Centrala ma propozycję również dla Was. W witrynie ustawiony zostanie ekran, emitujący prace z wnętrza galerii. Po zeskanowaniu kodu QR, dostaniecie dostęp do dodatkowych materiałów – autorskiego oprowadzania w formie audio, zdigitalizowanych prac i informacji o ich autorach.




Twoja Wina | Jackowskiego 36/1

Dzień powoli zbliża się do końca, a nasza energia zaczyna się wyczerpywać. Czas więc na posiłek regeneracyjny. Decydujemy się wyprawę poza Centrum, by liznąć po drodze jeżyckiej architektury. Na trasie mijamy liczne perełki – zdobione elewacje, bajkowe wieżyczki, witrażowe detale. Twoja Wina mieści się w podziemiu jednej z takich urokliwych kamienic. Otwieramy drzwi i naszym oczom ukazuje się wysmakowane wnętrze pełne roślinności i wystrój pełen detali odwołujących się do Ameryki Południowej. Lampki, doniczki, wyplatane chusty, żyrandole z muszli – wszystko razem tworzy spójne wnętrze.

Sprawdź też



W menu wachlarz zróżnicowanych propozycji – zarówno mięsnych, jak i wegetariańskich. W karcie odnajdujemy też inspiracje… greckie. Decydujemy się na zapiekankę moussakę i mule w ziołach podawane z domowym pieczywem. Oba dania cechuje przemyślana kompozycja składników, zostawiająca na podniebieniu bardzo przyjemne wspomnienie. Fani kulinarnych eksperymentów mogą zainteresować się ośmiornicą (jeśli przegapiliście „dorosłe” kakałko w La Ruinie, to macie kolejną szansę na spotkanie z afrodyzjakiem). Obietnicę pysznej przygody składają też kompozycje składników w 4 różnych bowlach – z kalafiorem, pieczoną kapustą, falafelem i batatem. Na miejscu można też zrobić małe zakupy – słoiczki z przetworami i butelki świetnego wina (niektóre z polskich winiarni!) z pewnością umilą chwile spędzane w domu.




Łęctwo | Łukaszewicza 1


Czy Poznań „schodzi na psy”? Sądząc po wystawie w galerii Łęctwo – chyba tak. Po obfitej obiadokolacji szykujemy się na spotkanie z wyznawcami psizmu. Dwupiętrową galerię ogarnęły czworonogi. Jeden z rur PCV, inny z plasteliny, jeszcze inny grozi z obrazu „spacer albo rzygam na pościel”. Z takim to lepiej nie dyskutować. Bartosz Zaskórski oraz Bolesław Chromry przedstawiają swoją wizję „zwrotu kynologicznego” w polskiej sztuce, udowadniając, że pieski są nie tylko do przytulania.

Pieski to potężny żywioł wywołujący zaskakujące przewartościowania wartości w życiu społecznym, naruszający zastane podziały, podziałki, podziałeczki – czytamy w tekście do wystawy autorstwa Bartosza Zaskórskiego.



Czas sprawdzić to w praktyce. Idziemy zatem na najwyższe piętro, skąd dobywa się dronowa muzyka. W slow-motion, w lekarskim kołnierzu, przez chaszcze przedziera się Tofu – piesek Zaskórskiego. Diaboliczna muzyka podkręca niepokojący klimat. A przecież pamiętajmy – to niby tylko pieski! W piwnicznej części galerii napotykamy na szczegółową analizę psiego aromatu – według Bolsława Chromrego pieski mogą pachnieć cheetosami, rosołem lub wszędobylską maggi. Widzowi zostawiamy ostateczny wybór, bo przecież każdy doggo ma swój niepowtarzalny fragrance – jakby to powiedział profesjonalny senselier. Tym psim akcentem kończąc jednocześnie nasz poznański trip.

Poznań badały dla Was i opisywały: Jagoda Gawliczek i Milena Soporowska.

Copyright © Going. 2020 • Wszelkie prawa zastrzeżone