Czytasz
Unsound 2021 – wrażenia z pierwszych dni festiwalu.

Unsound 2021 – wrażenia z pierwszych dni festiwalu.

Unsound Festival 2021 – za nami pierwszych parę dni tegorocznej edycji. Już jest mocno, a mamy dopiero piątek.

W Krakowie jesteśmy od środy. Już na wjeździe czuliśmy mały skok ciśnienia. Covidotęsknota za przekładanymi i odwoływanymi wydarzeniami w wypadku Unsounda przybrała niewyobrażalne rozmiary. W końcu to top topów. Line-up, klimat, inkluzywność – hit. Wprawdzie trochę się pozmieniało, jeśli chodzi o festiwalową mapę, ale jedno jest niezmienne: Unsound to muzycznym mlekiem i miodem płynący safe space dla wszystkich. Pomedytujmy nad tym.



W środę zaczęliśmy od Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Pierwsze trzy występy klamrowało hasło „RESILIENCE”. Najpierw chińsko-malezyjska artystka i pisarka Flora Yin-Wong wprowadziła nas w hipnotyczny nastrój przy pomocy subtelnych dźwięków i własnych literek. Na zakładkę scenę przejął Bendik Giske. Co to za król… Ustami, oddechem i palcami robił więcej, niż niejeden zespół. Saksofon, mikrofony kontaktowe i Bendik, to lot w kosmos. Każdy dźwięk, który wlatywał w publiczność, uwalniał w naszych ciałach małą ciareczkę.

Nim zmieniliśmy venue na kultowe „89” pod Hotelem Forum, posłuchaliśmy jeszcze Off License, czyli queerowej supergrupy, w której skład wchodzą Juliana Huxtable, Ziúr i Theresa Baumgartner. Syntezatory, gitara i literki, waliły po uczuciach – tak w warstwie muzycznej, jak i lirycznej. Food for dusza. Dobra, dusza nakarmiona, ruszylimy na tańce.

Klub 89 otwierała swoim setem Charlie. Przestrzeń szybko nabiła się gościniami_ćmi, i ani przez moment nie czuło się, że to początek. Od razu wjazd w klimat i kolektywne, z początku nieśmiałe bujanie się do dźwięków. Tej nocy usłyszeliśmy jeszcze m.in. brytyjską producentkę LCY oraz rodzimych artystów Sempreya i Avtomata. Ale wyróżnić chcieliśmy występującą bezpośrednio po Charlie brytyjską DJ-kę i producentkę AYĘ, która potrafiła połączyć kreatywny, żywy live set z punkową energią i rapem. Ogień. Dobra, dej mnie pan czwartek. Daję.

Czwartek zaczęliśmy pogrzebowo, czyli od Bastardy. To polski zespół, zajmujący się reinterpretowaniem średniowiecznego grania pogrzebowego. To muzyka, której zazwyczaj słuchamy w innym settingu, ale w przestrzeniach Łaźni Nowej po prostu zamknęliśmy oczy i też dało się odpłynąć. Następna była Eartheater. Amerykańska artystka o rosyjskich korzeniach ma papiery na to, by za każdym razem kraść nasze serca. Trzyoktawowy głos to nie żarty, a jej charyzma sceniczna, to też nie żarty. Żarty były jak przez krótką chwilę zadziałały odpalone przez jakąś nierozsądną jednostkę systemy przeciwpożarowe, również z tej sytuacji Eartheater wybrnęła bezbłędnie i wspólnie z Phoenix Ensemble kontynuowała występ.

Sprawdź też
Eartheater, mat. promocyjne

Po przeniesieniu się do Nowej Rezydencji ponownie mogliśmy odpalić tańczenie. Najpierw było to tańczenie połączone z kminką i przerwami na kontemplację – m.in. dzięki Lutto Lento i perkusiście, z którym występował. Potem przyszła bbymutha i pozamiatała. Kto nie tańczył, ten był na papierosie, bo w środku wszyscy tańczyli. Dalej mocne, można powiedzieć już – klasyczne techno sytuacje. MMM, VTSS & wiele więcej dobra. A to był dopiero czwartek… Co dalej? Sprawdzajcie rozkład jazdy w naszej apce, a my po weekendzie wrócimy z pełną relacją. Do zobaczenia na parkietach.