Czytasz
Wiesławiec Deluxe –– przewodnik po Kijowie co się zowie!

Wiesławiec Deluxe –– przewodnik po Kijowie co się zowie!

Przy obecnym kursie złotówki Paryże, Rzymy, Londyny i Nowe Jorki możemy sobie wsadzić w dupę, wybrałem więc tydzień na słynącej z rozsądnego kursu waluty Ukrainie, a konkretnie w ukraińskim default city. Oto mój przewodnik po Kijowie.

Przewodniki miejskie są ostatnio w modzie i jest na nie zapotrzebowanie. Okazja nadarza się więc wyśmienita, wróciłem właśnie bowiem z tygodniowego pobytu w Kijowie. Przyczyna była taka, że zwolniłem się z korpo, bo nie mogłem już na to patrzeć i udałem się na chwalebne bezrobocie. Żeby sobie odbić lata zapierdzielania po 8h dziennie, wypada coś fajnego zrobić, ale niestety przy obecnym kursie złotówki Paryże, Rzymy, Londyny i Nowe Jorki możemy sobie wsadzić w dupę, chyba, że chcemy, jak mój kolega parę dobrych lat temu odwiedzać te miejsca w konwencji „gram na gitarze na streecie i śpię na kartonach pod supermarketem”. Ja jestem na takie akcje za stary, a poza tym jest listopad. Wybrałem więc tydzień na słynącej z rozsądnego kursu waluty Ukrainie. Cel: jak zwykle – powłóczyć się po mieście, najebka, obiad, obiad, najebka, wyjazd metrem na ostatnią stację najdłuższej linii i powrót przez 6 godzin pieszo do centrum, najebka. Klasyka. Zapraszam na mój przewodnik po Kijowie.

wszystkie felietony Wiesławca dla Going. MORE

Co prawda na dwa dni przed wyjazdem dostaliśmy informację, że właśnie wprowadzili w Kijowie lockdown z pełną „segregacją sanitarną”, ale to tylko lepiej dla nas – machasz certyfikatem podwójnego szczepienia na wejściu i każda knajpa twoja. Taka segregacja to, w gruncie rzeczy, wspaniały pomysł. Aby wejść do jakiegokolwiek lokalu gastronomicznego, teatru, kina, centrum handlowego czy środka komunikacji publicznej, trzeba mieć certyfikat szczepienia. Również cały personel musi być zaszczepiony. U nas, przy  całkowitym zaszczepieniu około 55% populacji, taki postulat to oczywiście „bio-nazizm”. Na Ukrainie, przy zaszczepieniu na poziomie 16%, to rozsądna propozycja mera Witalija Kliczko w obliczu narastającej czwartej fali zakażeń koronawirusem. No, ale Polska jest wyjątkowa.

Byłem w Kijowie dotąd trzy razy. Raz w 2006 roku, jeden dzień, przejazdem, podczas podróży pociągiem do Symferopola na Krymie. I dwa razy w 2016 roku, też po jednym dniu, z okazji międzylądowania w drodze do i z Erywania. Czyli w sumie prawie tam nie byłem. Wiedziałem że mają główną, socrealistyczną ulicę pod tytułem Chreszczatyk, z której zapamiętałem srebrne lamporzeźby w kształcie sfer z kolcami, wyglądające jak skrzyżowanie ilustracji do wczesnych wydań Cyberiady Lema z designem z Triumfu Pana Kleksa, widziałem raz wspaniały Sobór Mądrości Bożej (polecam tam wejsć!) i raz zapłaciłem za bilet wstępu na teren Ławry Peczerskiej. Pamiętałem też, że dworzec jest wielki, piękny i składa się z dwóch niezależnych części – jednej z lat 30 XX wieku, z ogromną halą, marmurami, żyrandolami i długimi schodami ruchomymi, oraz, ze znajdującej się po drugiej stronie peronów i nad samymi peronami części, któa wyglądaja jak centrala Invest Banku z roku 1992 (klasyczne slavic po-mo). Pamiętałem też ogromne aleje, wysadzane po obu stronach ciągnącymi się w nieskończoność dwudziestopiętrowymi blokami, które widać podczas przejazdu autobusem z głównego kijowskiego lotniska Borispil do centrum miasta. Obecnie lotnisko Borispil uzyskało, wzorem zachodnich metropolii, bezpośrednie połączenie kolejowe do dworca głównego, więc jest szansa, że widok po drodze jest jeszcze bardziej kozacki, jak przystało na perspektywę z okien pociągu. 3 razy po jednym dniu to jednak za mało, żeby powiedzieć że „dobrze znam miasto” i stąd pomysł spędzenia w Kijowie tym razem całego tygodnia. Uwielbiam bezinteresownie łazić po nowych miejscach, szczególnie jeśli są to miasta duże, i nabijać całkowicie nieprzydatnego gdzie indziej expa w rozmieszczeniu poszczególnych dzielnic, stacji metra, tras spacerowych i podwórek, na które nikt, łącznie ze mną, nie ma żadnego interesu wchodzić. To mój ulubiony sposób na istnienie.

Mieszkanie wynajęte przez airbnb znajdowało się na północny zachód od centrum miasta, mniej więcej w połowie drogi pomiędzy stacjami metra Złote Wrota i Łukianiwska, zaraz obok fenomenalnego budynku Ministerstwa Skarbu Ukrainy, wybudowanego w wysokim stylu międzynarodowym, pewnie za Breżniewa, i świeżo oddanego do użytku Parku Pejzażna Aleja, będącego trasą spacerową na zboczu wzgórza z widokiem na położoną niżej dzielnicę Podil i mosty na Dnieprze. Sam budynek Ministerstwa Skarbu Ukrainy zasługuje na szczególną uwagę: bryła biurowca składa się z czterech prostopadłościanów, połączonych ze sobą pod kątem rozwartym, bliskim 180 stopni, i ułożonych lustrzanie parami wzdłuż przebiegającej wewnątrz budynku osi symetrii, zaś na jego dachu znajduje się kula, wyglądająca jak planetarium lub jak kopułowy radar lotniskowy. Możliwe, że architekt obiektu musiał gdzieś schować elementy maszynowni dźwigów osobowych, a był zorientowanym futurystycznie estetą. Budynek jest w każdym razie piękny, co kontrastuje z przyznaną obiektowi przez użytkowników na Google oceną 1.9/5. Według użytkowników personel Izby Skarbowej jest chamski, ciągle pije kawę, nie można się nigdy dodzwonić i ogólnie za darmo pieniądze biorą, moje pieniądze z renty. Jestem w stanie w to  uwierzyć.  

Przyjeżdżając do Kijowa spodziewasz się trzech rzeczy: socrealizmu, cerkwi ze złotymi kopułami i niekończących się bloków. Wszystko to oczywiście jest, ale jest tam jeszcze czwarta rzecz, której się nie spodziewasz. Ilość XIX-wiecznych kamienic, pałaców, parków, gmachów, skwerów, bulwarów oraz wkomponowanych w nie kafejek i restauracji przewyższa ilość substancji miejskiej znajdującej się jakimkolwiek polskim mieście, włącznie z Krakowem. W porównaniu z Kijowem, Warszawa składa się tylko i wyłącznie z bloków i szklanych biurowców i nie posiada w ogóle tego, co zwykliśmy nazywać zachowanym, europejskim rdzeniem. Kijów jest miastem o dużo większej skali i o dużo większym potencjale. Oficjalnie liczy około 3 milionów mieszkańców a jego powierzchnia to 835 km2, zbliża się zatem do skali Berlina i mimo, że pewnie 80% z tego stanowią ciągnące się po horyzont, dwudziestokilkopiętrowe blokowiska rozlokowane wzdłuż sześcio- albo ośmiopasmowch arterii, a tylko 20% stanowi centrum o eklektycznym, kamieniczno-socrealistyczno-wielkomiejskim charakterze, to te 20% wystarczy, żeby wszystkie polskie miasta poszły w odstawkę jako kameralne pipidówy do jeżdżenia Lanosem do Biedronki. Kijów jest po prostu większy, ciekawszy i mimo że obecnie żyje się tam gorzej niż u nas, to chodząc po nim wiemy, że znajdujemy się w trzecim mieście Związku Radzieckiego. Skala jest imperialna. Można tam znaleźć wszystko, czego Polsce Bóg, historia oraz Hitler ze Stalinem poskąpili. Jest tam prawdziwa sieć metra, z czwartą linią w budowie oraz piątą i szóstą w planach, z najgłębszą na świecie stacją metra Arsenalna, znajdującą się na głębokości 105 metrów pod powierzchnią ziemi. Do peronów stacji Arsenalna, podobnie jak wielu innych, nieco tylko płytszych stacji kijowskiego metra, dojedziemy podwójnymi zestawami superdługich, superstromych i superszybko przemieszczających się schodów ruchomych, z wielką podziemną kopułą, pełniącą funkcję półpiętra, na którym zmienia się kierunek jazdy. Wrażenie jest niesamowite, przy czym od razu zacząłem zadawać sobie pytanie, jak ta infrastruktura sprawdza się w przypadku osób starszych, schorowanych czy o ograniczonej zdolności ruchowej. Mając 30+ lat i będąc w pełni zdrowia można dostać przy wchodzeniu na te schody lekkiego vertigo – nie wyobrażam sobie uroczych, 90 letnich staruszek dziarsko wskakujących na ten diabelski taśmociąg bez ryzyka wyfiknięcia ostatniego w życiu kozła, niczym ojciec Damien Karras pod koniec Egzorcysty.

Design stacji metra jest zróżnicowany, od stylu historyzującego w konwencji „na ludowo-na galowo” na stacji Złote Wrota, poprzez brązowe marmury i dyskretne płaskorzeźby z sowieckimi gwiazdami w konwencji „wujek Stalin sprezentował urząd wojewódzki” na Arsenalnej, aż po późno-sowiecką, uniwersalistyczną nowoczesność w typie „osiedlowy supersam” na ostatnich, lewobrzeżnych stacjach linii numer 3. Punktem wspólnym różnorodnie wykończonych stacji są typowo sowieckie założenia konstrukcyjne, z kamiennymi słupami i charakterystycznymi, łukowymi sklepieniami. Często też stacje posiadają wejście tylko od jednej strony i kończą się ścianą po przeciwległej stronie peronu. To, na co warto zwrócić uwagę, to coś, czego się po nowoczesności radzieckiej nie spodziewałem, czyli rozlokowane w wielu miejscach perełki architektury i wzornictwa przemysłowego. Przepiękna jest stacja metra Uniwersytet, posiadająca półokrągły wykusz z oknem wychodzącym na pobliski ogród botaniczny, czy górna stacja naddnieprzańskiej kolejki linowej, posiadająca wyróżniający detal w postaci wielkiego, okrągłego okna z drewnianą ramą, stanowiącego zewnętrzną ścianę kabiny operatora maszyny. Korzystanie z transportu publicznego ułatwia cena. Po ostatniej podwyżce pojedynczy bilet kosztuje 8 hrywien, czyli 1zł 20gr. Nic tylko jeździć.

Centrum miasta jest, zrujnowany podczas II wojny i odbudowany w stylu socrealistycznym, bulwar Chreszczatyk. Skala ulicy to mniej więcej połowa drogi między Marszałkowską Dzielnicą Mieszkaniową a Karl-Marx Alee w Berlinie Wschodnim, jest to jednak socrealizm bajkowy, z dużo większą ilością płaskorzeźb, architektonicznych detali i elementów dekoracyjnych niż w przypadku dwóch wcześniej wspomnianych.

przewodnik po Kijowie

Pod numerem 25 znajduje się mini-pałac kultury o bardziej ludzkich proporcjach i cieplejszej ornamentyce, zaś całą ulicę dekorują wspomniane już srebrno-metaliczne kule z kolcami utrzymane w konwencji kosmonautycznej. Wystarczy jednak odejść od głównej ulicy na kilkadziesiąt metrów na zachód (w stronę Opery i Złotych Wrót) lub na wschód, w stronę dzielnicy Lipki, aby zobaczyć, że Kijów to nie tylko jedna, reprezentacyjna, stalinowska aleja, ale otaczające ją carskie miasto z pałacami, kamienicami, skwerami i podwórzami, w które gdzieniegdzie, w ramach dogęszczania zabudowy, ładowano modernistyczne gmachy. W śródmieściu nad prawie każdą ulicą wiszą zawieszone centralnie na kablach lampy i jest także sporo zieleni. Całość robi wrażenie typu Gotham City, nie tylko przez dość oczywiste skojarzenia z chimerami i innymi detalami w stylu carskiego, a później sowieckiego art-déco, czy przez niektóre XIX-wieczne budynki wyposażone w zewnętrzne, metalowe schody przeciwpożarowe, ale także przez niesamowitą atmosferę wytwarzaną przez fakt, że miasto położone jest na wzgórzach i obfituje w nierówności terenu. Najlepiej to czuć na Lipkach oraz w położonej na zachód od centrum dzielnicy Afanasiwśkyj Jar, gdzie „babciowa” atmosfera  mieszanki XIX-wiecznych kamieniczek, solidnych domów dla sowieckiej klasy urzędniczej z lat 30. i wkomponowanych w to miejscami bloków z płyty z lat 70. XX wieku kontrastuje z gigantycznymi projektami typu Kijowski Welodrom, zwieńczony budynkiem przywodzącym na myśl pałace budowane za Jurija Łużkowa w Moskwie.

Moim faworytem, jeśli idzie o budynki w konwencji Gotham City, jest położony przy Sichovykh Striltsiv 73 gmach Ministerstwa Sprawiedliwości. Przesuwane pionowo, jak na Brooklynie, okna – są, ceglana faktura fasady – jest, brakuje tylko komisarza Gordona wystawiającego lampę do wzywania Batmana na dachu. Do tego, w niektórych miejscach w Kijowie mamy kompletnie nieobecne w Polsce, a występujące w metropoliach Zachodu rozwiązanie polegające na ulokowaniu wejść do metra w ścianie kamienicy. Do metra wchodzi się wówczas jak w Nowym Jorku, obitymi srebrną blachą drzwiami do budynku, a jedynym sygnałem, że metro tu się znajduje, jest dyskretna, zielona litera M nad wejściem.

przewodnik po Kijowie

Co można w Kijowie robić? W Kijowie można robić to co wszędzie, czyli wstać rano, wyjechać metrem na ostatnią stację metra i wracać do centrum z buta. Jestem weteranem takich akcji, najchętniej urozmaicanych wizytami w jednej, dwóch, albo siedmiu osiedlowych knajpach na piwo po drodze, celem dodania sobie kurażu. Co może pójść nie tak? Ano skala miasta może pójść nie tak. Takie casualowe akcje przechodzą w Pradze, czy nawet w Paryżu, gdzie dodreptasz w końcu z La Défence czy Chateau de Vincennes pod ten Luwr. Kijów jest wielkości Berlina i wyjazd na Chervonyi Khutir, ostatnią stację linii metra numer 3, skończył się trwającym 6 godzin spacerem o długości 25 kilometrów. To jest tak, jakby pojechać sobie S1 na Wannsee i wracać na Alexanderplatz z buta. Tylko dla fanatyków. Za to zyski moralne są niebywałe, bo można po drodze przejść przez całą Lewobrzeżną i zobaczyć jak wygląda w detalach położone na drugim brzegu Dniepru blokowisko, zamieszkałe przez łącznie 1.2 miliona ludzi. Lewy brzeg Kijowa jest, co prawda, rozdzielony administracyjnie na trzy dystrykty po niespełna 400 tysięcy mieszkańców każdy, ale ten podział jest niezauważalny z poziomu ulicy. Z poziomu ulicy po prostu idziesz przez 6 godzin na azymut przez blokowisko na 1.2 miliona mieszkańców.

Jak to wygląda? Z daleka wygląda jak Chiny. Niekończące się morze dochodzących do trzydziestu pięter wysokości bloków. Z bliska wygląda jak Polska w latach 90. Super-sam. Auchan. Centrum handlowe. Budka z kebabem. Budka z kawą. Pani wyprowadza pieska. Sprzedaż żywych karpi na bazarku. Rdzewiejący Zaporożec pod blokiem. Podstawówka numer 578. Przedszkole numer 692. Specjalnością kijowską są znajdujące się wśród bloków bardzo duże jeziora, nad którymi trwa rekreacja: ludzie wystawiają sobie krzesełka, robią grilla kiełbaskami z marketu, piją piwko. Jamnik w wełnianym kubraczku biega z zadowoleniem pomachując ogonem. Jak u nas. Z wydarzeń czasowych udało nam się załapać na odbywające się Kijowie biennale, a konkretnie na jeden event: odbywający się w Domu Kina wykład na temat politycznych aspektów produkcji monumentów upamiętniających II wojnę światową w socjalistycznej Jugosławii. Na sali było może 20 osób, jedna z prelegentek była tylko online, wszyscy obecni oczywiście w maseczkach. Było za to bardzo ciekawie, po latach słuchania o Kluczowych Klientach i oglądania prezentacji o wynikach finansowych za bieżący kwartał byłem gotów całować stopy każdemu, kto używał w mojej obecności słów narrative i discourse.  

Sprawdź też
movember

Z ciekawostek polityczno-ekonomicznych: na Ukrainie widać chwilowo ostrą orientację na Zachód, podsycaną na pewno zajęciem przez Rosję Krymu i tlącą się wojną w Donbasie. Nie obalali w końcu tego Janukowycza w 2014 na darmo. Przed budynkami urzędów państwowych wszędzie wiszą podwójne zestawy flag: Ukrainy i Unii Europejskie, mimo że Ukraina na razie pozostaje jedynie krajem stowarzyszonym, a formalny wniosek o członkostwo przewidziany jest na rok 2024. Inaczej niż w Polsce wygląda proces unaradawiania przestrzeni publicznej i związanej z tym polityki historycznej. Żeby się zdesowietyzować, Ukraina musiałaby wysadzić 3/4 Kijowa, nie wchodzi to więc raczej w rachubę. Zamiast tego narodowy charakter centralnych monumentów uzyskuje się poprzez działania komplementarne, jak w przypadku wybudowanego nad Dnieprem na 60. rocznicę powstania ZSRR Łuku Przyjaźni Narodów. Zamiast wyburzać monument, do dwójki postaci pionierów ZSRR – przodowników pracy dostawiona została druga, jasnobrązowa rzeźba, przedstawiająca zgromadzenie XVII wiecznych, wąsatych atamanów siczowych. Po researchu dowiedziałem się, że grupka wąsaczy to Rada Perejasławska z Chmielnickim na czele. Podobnie, odsłonięty w 1981 roku 102 metrowy (statua + piedestał) monument Ojczyzna, upamiętniający udział Kijowa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej jako miasta-bohatera ZSRR dalej stoi nad Dnieprem ze wzniesionym mieczem i herbem Związku Radzieckiego na trzymanej przez postać tarczy. Wokół znajduje się niesamowite muzeum Historii Ukrainy w II Wojnie Światowej, ale jego komponent narodowy polega na przemalowaniu poustawianych na terenie obiektu czołgów T-72 na zółto-niebiesko. Próba dekomunizacji całości musiałaby polegać na wysadzeniu wszystkiego w powietrze, a na to nie ma ani hajsu, ani chyba tak naprawdę potrzeby. No i dobrze, bo muzeum to kawał niesamowitej przestrzeni, którą możemy podziwiać niezależnie od prezentowanego aktualnie w pawilonie wystawowym wsadu z polityki historycznej.

Ciekawe jest też obserwowanie transformacji rynkowej w kraju, który nie jest częścią Unii Europejskiej i był w związku z tym odcięty od funduszy strukturalnych. Tramwaje, najczęściej czechosłowackiej produkcji Tatry T3, dożywają swoich dni, telepiąc się na kompletnie zdezelowanych torowiskach. Metro produkcji radzieckiej ma co prawda świeżo zainstalowane ekrany cyfrowe, wyświetlające informacje i reklamy oraz jeździ szybko, ale jest potwornie głośne – od początku eksploatacji szyny pewnie nie były wymieniane. Bloki wyglądają różnie. Niektóre z lat 70. i 80. bardzo przyzwoicie, podobnie jak w Polsce; niektóre to świeża deweloperka w modelu chińskim, jednak część tak zwanych Chruszczowek (masowej fali budownictwa mieszkaniowego w ZSRR związanej z przeniesieniem funduszy z przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego na konsumpcję podstawową w latach 50. i 60.) wygląda, jakby zaraz miała się zawalić. Brak termomodernizacji, płyty spojone smołą, oraz klasyczne radzieckie, wyglądające jak „doklejone” do budynku, zabudowane balkony. Cud, że te budynki są dalej eksploatowane. Inaczej też niż w Polsce wygląda struktura przestrzeni, uwarunkowana innym rozkładem fal kapitalizacji. W centrum jest sporo turbowypasionych knajp i sklepów najnowszej generacji, o konceptualnym designie i wypchanych po sufit drogimi światowymi markami, potem jest strefa zmodernizowanych supersamów osiedlowych pamiętających Breżniewa, a na przedmieściach dominują już wielkopowierzchniowe hipermarkety typu Auchan i centra handlowe „pierwszej generacji” wyglądające jak Kraków Plaza, tylko że zamiast H&M i Zary, za zachodnie marki robią Adidas, Levi’s, Reebok i Puma. Tak funkcjonują chociażby, ciągnące się literalnie przez półtora kilometra, centra handlowe DREAM Berry i DREAM Yellow na północnokijowskim blokowisku Obołoń, znanym z lokalnego browaru. Te architektoniczne koszmary wyglądają jak gigantyczne statki zacumowane wzdłuż głównej arterii dzielnicy, są pomalowane w nieznośne, krzykliwe kolory, mają szereg wejść o pretensjonalnych nazwach w rodzaju „B7 – Italia”, czy ” D6 – Brytania” i oferują duże ilości chujowych tekstyliów. W takich momentach jest się wdzięcznym za polskich planistów i nadzór budowlany.

przewodnik po Kijowie

Wszystko sprawia wrażenie, jakby Ukraina załapała się na pierwszą falę kapitalistycznej modernizacji po 1991 roku, potem została ostro przyduszona i ponownie nadrabia za sprawą prozachodniej koniunktury politycznej po 2014, pod rządami Poroszenki, Kliczki i Żełeńskiego. Mówiąc między nami (psst): postęp, który dokonał się w Kijowie w ciągu ostatnich paru lat jest tak ogromny, a uderzenie kapitału tak mocno widoczne, że wygląda to tak, jakby już w ramach umowy stowarzyszeniowej z UE, bądź jakiegoś rodzaju strategicznego partnerstwa z USA, Ukraina zaczęła zasysać naprawdę duże środki pod tak zwanym stołem. Nie znam detali, ale może ktoś w końcu odkręcił kurek z pieniędzmi widząc, że nie można Ukrainy zostawić leżącej takim odłogiem, jak przez ostatnie 30 lat, bo Rosja zaczęła się nam tutaj geopolitycznie coraz wyraźniej określać. Jeśli ktoś coś na ten temat więcej wie, niech mi napisze – chętnie się dowiem.

przewodnik po Kijowie

Podsumowując: jeśli lubisz bloki, to Kijów jest dla Ciebie. Jeśli lubisz kamienice, to Kijów jest dla Ciebie. Jeśli lubisz bardzo dobrą architekturę modernistyczną, to Kijów jest dla Ciebie. Jeśli lubisz, żeby Cię było stać na dobry obiad, to Kijów też jest dla Ciebie. Nic tylko jechać. Na koniec prezent w postaci klipu, na który natrafiłem w bardzo miłym barze z dobrym piwkiem, kanapami, wielkim ogniskiem na środku i, last but not least, wielkim telewizorem z lecącym non-stop MTV 80’s. Nigdy nie jest za późno na odkrycia archeologiczne znanych sobie uprzednio i później zapomnianych piosenek z cyklu pionierzy eurodance.