Czytasz
Podróż do innego świata – Garbicz Festival 2021 w nowej formule

Podróż do innego świata – Garbicz Festival 2021 w nowej formule

Garbicz

Garbicz to mała wieś w województwie lubuskim, oddalona od Berlina niewiele ponad 100km. To malownicze miejsce w rezerwacie przyrody, które ukochali sobie Niemcy i postanowili zorganizować tam wyjątkowy festiwal. To właśnie bliskość natury, jeziora, pięknego i zróżnicowanego lasu czyni to miejsce magicznym.

Tegoroczny Garbicz Festival nie odbędzie się w takiej formule, w jakiej odbywał się przed pandemią. Podobnie jak w 2020 organizatorzy postawili na weekendowe obozy z muzyką, jogą, sauną i masażami. Przed nami dwa ostatnie turnusy w ramach Garbicz Weekender – od 13 do 15 sierpnia odbędzie się Freak Fest, a od 20 do 22 sierpnia potrwa DesisDance (na którym zagrają między innymi DJ Koze i Roman Flügel).



Wszystkim tym, którzy nie mogą doczekać się pełnowymiarowej edycji Garbicz Festival polecamy sprawdzić naszą przedpandemiczną relację z 2018 roku:

Pierwsze sety na Garbicz zaczynają się w czwartek o godzinie 15, jednak bardzo dużo uczestników przyjeżdża już w środę. Udało mi się dotrzeć w czwartek wieczorem, szybko zostawiłam rzeczy w namiocie i pobiegłam na scenę Wald, gdzie swój występ kończyli już Kettenkarusssell. Następnie na scenie został sam Konstantin utrzymując gieglingowy klimat smutnego tech-house’u. Kolejnym mocnym zawodnikiem na tej samej scenie był DVS1, jak można było się spodziewać zagrał idealny technicznie set z mocnym techno w roli głównej. Było to dobre wprowadzenie do głównej części mojej garbiczowej przygody.

PIĄTEK

Piątek rozpoczęłam (co później stanie się codziennym rytuałem) od kąpieli w jeziorze, żeby potem w ciągu dnia spacerować od sceny do sceny, szukając muzyki, która przypadnie mi do gustu. Line-up festiwalu jest pokaźny, nie sposób znać wszystkich artystów, szczególnie tych mniej rozpoznawalnych. Ku mojemu zdziwieniu, na jednej z mniejszych scen położonych na wzgórzu o nazwie “Seepferdchen” usłyszałam pierwszorzędne disco.

Dziewczyna w przebraniu konika morskiego grała wspaniałe numery z tego gatunku, które idealnie pasowały do dziennej atmosfery. Disco, słońce i taniec. Występ tej didżejki tak nas zachwycił, że postanowiłyśmy podziękować jej osobiście oraz zapytać jak się nazywa. Lady Oelectric powiedziała nam, że był to jej pierwszy set z winyli. Rzeczywiście było słychać, że ma problem z miksem, jednak w ogóle nam to nie przeszkadzało, ponieważ jej selekcja była znakomita. Wieczór należał do znakomitej Courtesy, której set osobiście uważam za najlepszy całego festiwalu. Zagrała świetnie technicznie, lawirując między gatunkami od techno, przez trance po acid house.

Garbicz
fot. Lucille Potts

Resztę nocy spędzałam w lesie, w którym mogłam doświadczyć wielu nietypowych atrakcji. Miejsce, które na dłużej przyciągnęło moją uwagę nazywało się “Galeria Iluzja”. W tej przestrzeni nie było szans na nudę – trzeba było jedynie doświadczać i chłonąć atmosferę. Najciekawszymi zjawiskami były: oscylator, na którym można było zobaczyć narysowany dźwięk oraz wibrująca membrana głośnika, w której można było zatopić palce w skrobi ziemniaczanej.

Jeśli ktoś chciał coś narysować lub nagrać prosty utwór na sprzęcie, który przypominał rzeczy zebrane ze złomowiska, nie było z tym problemu. Był też punkt skarg i zażaleń, ale wątpię, żeby ktoś miał jakąkolwiek reklamację, co do tego miejsca. Wszyscy traktowali to raczej jako żartobliwo-absurdalną formę. W lesie spotkałam też dwuosobowy zespół perkusyjny, który rozkładał swój sprzęt na rowerach i o danej godzinie wykonywał koncert. Widywałam ich już na innych festiwalach, można powiedzieć, że to taka stała atrakcja.

W wielu miejscach w lesie wisiały kule dyskotekowe, których strumienie światła pięknie ozdabiały drzewa – efekt ten stanowczo lepiej wyglądał niż w klubie. Zresztą, owe kule były jednym z głównych symboli tego festiwalu. Można je było spotkać w wielu wariantach i każda z nich prezentowała się zachwycająco. Jednym z najbardziej abstrakcyjnych punktów na mapie Garbicza była scena o kształcie betoniarki, której bęben był właśnie pokryty elementami kuli dyskotekowej dodatkowo kręcąc się i rzucając stożki światła w różne strony.

SOBOTA/NIEDZIELA

W ciągu sobotniego popołudnia – jak każdego dnia – zaliczyłam pływanie w jeziorze, a następnie eksplorowałam to, co dawał mi festiwal. Docelowo wybrałam się na koncert Africaine 808, który był dla mnie dość dużym rozczarowaniem, ponieważ muzycy nie grali równo. Szybko się stamtąd ewakuowałam i zdążyłam na ostatnie 15 minut występu dziewczyny, która była dla mnie największym odkryciem tego festiwalu.

Sarah Farina, bo o niej mowa grała bassowo, w klimacie brzmień z UK. Był dla mnie wspaniały kwadrans! Następnie, za poleceniem mojego znajomego powędrowałam na zawodniczkę, która nazywa się Annie Hall i nie zawiodłam się. Co prawda, nie był to perfekcyjnie techniczny set, ale można było usłyszeć electro i acid house, które kocham. Później live chłopaków z Fjaak, który był bardzo dobrze przygotowany i energiczny, chociaż jak dla mnie, za głośny.

Postanowiłam też rzucić okiem na wykon jednej z większych gwiazd festiwalu – Ricardo Villalobosa. Mówiąc szczerze – nie trafił on w moje gusta. Postanowiłam dotrwać do 4 rano, żeby usłyszeć naszego polskiego reprezentanta – Dtekka. Miał dużego pecha, ponieważ akurat na jego secie spadł jedyny deszcz w czasie całego festiwalu, który rozgonił towarzystwo.

Sprawdź też

Kolejny dzień rozpoczęłam od przyjemnego house’owego seta Michała Ziętary, który grał na głównej scenie o godzinie 13. Wieczór spędziłam na scenie ambientowej przy pięknej muzyce Andrea Belfiego. Leżąc na pufach, obserwując zachód słońca i słuchając kojących dźwięków, rozmyślałam o tym, co dawał mi ten festiwal. A dawał bardzo dużo.

Garbicz
fot. Marvin CM

ESENCJA

Przede wszystkim poczucie wspólnoty i wolności. Garbicz to nie tylko festiwal muzyczny. Mam wrażenie, że to przede wszystkim społeczność, która tworzy się na te kilka dni. Czuję się tam jak w rodzinie, która akceptuje mnie taką, jaką jestem. Mogę wyglądać jak chcę, a im dziwniej, tym większą frajdę sprawia to pozostałym. Wszyscy są dla siebie życzliwi i pomagają sobie, oddają lub wymieniają się rzeczami z innymi uczestnikami. Nie ma tu miejsca na agresję.

Co ciekawe, na terenie festiwalu nie ma ochrony, są jedynie wolontariusze, którzy pomagają uczestnikom w trudniejszych chwilach. Istnieje specjalne stanowisko nazwane “Eclipse”, do którego można przyjść, kiedy ktoś źle się czuje, a wolontariusze z otwartymi ramionami zaopiekują się nim. Główne idee tego miejsca to dobroć, życzliwość i miłość. Im więcej dajesz od siebie, tym więcej dostajesz.

Na pierwszych stronach oficjalnego bookletu Garbicz przeczytać można “Gościć Was tutaj to prawdziwa przyjemność. Zapraszamy Was do znalezienia chwili dla siebie i rozładowania codziennego napięcia. Wdech – wydech – i jazda! Tak jest – o to tu właśnie chodzi. Po to się tutaj gromadzimy. I o to prosi nas to piękne i magiczne miejsce. Dbamy o nie, żeby poprowadzić Was ku odpuszczeniu Waszej codzienności i nowemu połączeniu ze swoim ciałem, sercem i duszą. Zatraćcie poczucie czasu i zgrajcie wzajemne frekwencje swych fal, ich punkty szczytowe i to, jak dopływają do brzegu. Wdychajcie natchnienie – wydychajcie pomysły. Wdychajcie przyjemność – wydychajcie stres. Wdychajcie dźwięki – i wydychajcie je poprzez taniec.”

Jedną z piękniejszych rzeczy jakie ofiarowuje nam ten czas i miejsce jest to, że kiedy wracamy do swoich domów chcemy zmieniać swoje życie i świat dookoła na lepsze. Dzięki Garbicz!

Garbicz
fot. Adriana Ziemba
Copyright © Going. 2020 • Wszelkie prawa zastrzeżone